
Niezależnie od wyniku warszawskiego referendum trudno będzie mówić, że było ono niepotrzebne.
REKLAMA
Nie wiadomo, czy zmiany w stołecznym ratuszu podyktowane kampanią referendalną – jak wprowadzenie młodych, kompetentnych osób i zwracanie większej uwagi na dialog z mieszkańcami – udałoby się wprowadzić podczas zwykłej kampanii wyborczej, kiedy urzędującemu prezydentowi łatwiej zebrać większość głosów. Tym razem presja jest większa niż w normalnych wyborach. Referenda odwoławcze silnie mobilizują przeciwników aktualnej władzy. Zatem dzięki referendum – niezależnie od poziomu sympatii do pomysłodawcy akcji Piotra Guziała czy do prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz – warszawiacy już coś zyskali.
Jednocześnie kapania ujawnia słabości polskiej polityki. Co obywatele usłyszeli od swoich najważniejszych przedstawicieli? Prezydent Bronisław Komorowski powiedział, że nie weźmie udziału w referendum, a premier Donald Tusk nazwał je polityczną hucpą, co oznacza bezczelne oszustwo. Dla samej Hanny Gronkiewicz-Waltz ci, którzy wybierają się na referendum, zachowują się jak dzieci, które nie szanują reguł gry, bo nie chcą poczekać roku na wybory samorządowe. Nie jest to jedynie przypadek Platformy: tak samo zachowywali się na przykład politycy PiS przed referendum w sprawie odwołania prezydenta Łodzi Jerzego Kropiwnickiego („Gdybym był łodzianinem, nie wybrałbym się na to referendum” – mówił Jarosław Kaczyński). Na początku 2010 roku ponad 95 proc. głosujących domagało się jego odejścia.
Nawet prymas Polski arcybiskup Józef Kowalczyk uznał za stosowne powiedzieć, że absencja w referendum nie jest grzechem. A przecież wspieranie przez kościelnego hierarchę konkretnej partii uwiera niezależnie od tego, czy staje on za PiS czy za PO.
Warszawa mogła stać się miejscem ważnej debaty, tymczasem pokazała partię rządzącą jako tę, która z niskiej kultury politycznej czyni cnotę. Platforma postawiła niską frekwencję, dzięki której warszawskie referendum byłoby nieważne (aby było ważne, musi zagłosować co najmniej trzy piąte osób, które brały udział w poprzednich wyborach prezydenta Warszawy, czyli minimum 389 tys.). Politycy Platformy, popierający Platformę publicyści i komentatorzy widzą sens głównie w przekonywaniu, że referendum jest niepotrzebne, niepoważne albo że jest oszustwem. Jednak żadne z tych określeń nie odpowiada prawdzie.
Referendum nie jest hucpą, a istnieje między innymi po to, by nie trzeba było czekać na wybory samorządowe. Mieści się ono w systemie demokratycznym, a ustawa o referendum lokalnym wymienia wprost, że przedmiotem takiego referendum może być odwołanie prezydenta. I nie musi ono być organizowane wtedy, kiedy jest to wygodne dla władzy. Problemem z referendum jest jego konstrukcja, która sprawia, że dla zwolenników prezydent najlepiej aby w dzień głosowania zostali w domach. „Wzywanie do bojkotu gryzie się z wyobrażeniem o demokracji”, napisał w Tygodniku Powszechnym politolog Jarosław Flis (zaproponował jedno rozwiązanie – jego zdaniem wymóg liczby oddanych głosów powinien dotyczyć tylko głosów przeciw, a inicjatorom referendum należałoby nakazać zgłoszenie kontrkandydata).
Referendum jest potrzebne i poważne dla wystarczająco dużej grupy osób, by móc je zorganizować zgodnie z regułami. I jest tym poważniejsze, że jego wynik może być decydujący dla notowań Platformy w całym kraju w momencie gdy zaczyna się wielka rozciągnięta kampania wyborcza: w maju wybory do Parlamentu Europejskiego, niedługo potem, jesienią 2014 wybory samorządowe, kilka miesięcy później wybory parlamentarne, a w 2015 prezydenckie.
Platforma popełniła błąd, bo nie przekonała sensownie większości wyborców do jednego rozwiązania: albo zagłosowania za HGW, albo pozostania w domu. Wystąpienia jej polityków były aroganckie i sprzeczne z tym, co stoi za pojęciem „obywatelska”. Błędy opozycji to brak porozumienia, wiarygodności i kontrpropozycji wobec urzędującej prezydent. W tym referendum na pewno liczy się każdy oddany i nieoddany głos.
