Jeżeli niektórzy z nas krytykują rozwiązania z 1989 roku jako narzucone, to o naszym „dziś” możemy już rozmawiać otwarcie.

REKLAMA
Konsekwencje podjętego niemal ćwierć wieku temu wyboru polskiej drogi rozwoju wolnego rynku rodzą dylematy. Duże nierówności społeczne sprawiają, że społeczeństwu jako całości żyje się źle. Zawiśliśmy w schizofrenicznym świecie między „Dzień dobry TVN” a „Uwagą”. Między tymi światami nie ma dialogu. Choć drugi marzy o blasku pierwszego, a pierwszy z przerażeniem patrzy w społeczną otchłań, w którą może się stoczyć nawet bez własnej winy.
Sklejenie tych dwóch światów jest ważniejsze niż zasypywanie politycznych rowów między partiami. Polityczny spór jest wtórny wobec społecznego rozwarstwienia, a częściowo z niego wynika; elektoraty dwóch głównych partii nie rozmawiają ze sobą, tak samo jak nie rozmawiają ze sobą partyjni liderzy. Ludzie – wyborcy – żyją w różnych rzeczywistościach, z odmiennymi wartościami, nadziejami i lękami. Godzenie ich powinno być nadrzędnym celem dla tych, którzy noszą na ustach wielkie „dobro wspólne”; w imię tego godzenia działa już wiele osób z sektora pozarządowego.
Nie ma dziś sensu kwestionować reformy gospodarczej sprzed dwudziestu pięciu lat. Co się stało, to się nie odstanie. Zresztą – ona sama nie była wszystkiemu winna. Nie wiemy, czy historia mogła się potoczyć inaczej – wiemy, że inaczej się nie potoczyła. Możemy patrzeć na nią krytycznie, a to krytyczne spojrzenie inspiruje. Dlatego warto czytać Stéphane'a Hessela. Warto przeczytać np. wydaną niedawno książkę „23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie”. Ha-Joon Chang pisze w niej, że „wyższa równość dochodowa może sprzyjać spokojowi społecznemu, co z kolei może pobudzić inwestycje”.
„Wielu badaczy uważa – pisze Chang – że taki mechanizm zadziałał w czasie złotej ery kapitalizmu”. Samo zaś „uczynienie bogatych bogatszymi nie sprawi, tak po prostu, że reszta z nas również się wzbogaci. Jeśli przekazanie bogatym większej części dochodu ma być z korzyścią dla reszty społeczeństwa, to bogatych trzeba po prostu zmusić – za pomocą narzędzi polityki gospodarczej (na przykład ulg podatkowych przyznawanych w wysokości uzależnionej od wielkości inwestycji) – by zadbali o większe inwestycje, a zatem i szybszy wzrost. Następnie należy podzielić jego owoc za pomocą takich mechanizmów jak instrumenty państwa opiekuńczego”.
Oczywiście – podobne propozycje budzą u wielu sprzeciw. Bo – mówią ich krytycy – idea państwa opiekuńczego zbankrutowała. Bo nie chcą wpierać "darmozjadów" i "nierobów". Niewątpliwą zaletą tej dyskusji jest jednak fakt, że zasadza się ona na ważnym fundamencie: przyjmujemy, że ekonomia jest nauką społeczną, a nie prawdą naukową. I jeżeli niektórzy z nas krytykują rozwiązania z 1989 roku jako narzucone, to o naszym „dziś” możemy już rozmawiać otwarcie. Mam nadzieję, że miejscem takiej dyskusji stanie się pismo, którego powołanie ogłaszaliśmy w NaTemat.
Magazyn "W Punkt". Na iPada. Na Facebooku.