
W rocznicę powstania warszawskiego postanowiłam przywołać to, co rok temu i napisać, to samo, co rok temu, czyli najzwyczajniej: przypomnieć. Tak to jest z pamięcią, wspominaniem, rocznicami. Właściwie nic się nie zmienia, bo co miałoby się zmienić?
REKLAMA
(...) nie będę udawać, że jest fajnie być "dzieckiem powstania warszawskiego" (a właściwie wnuczką). No, jest to dość opresyjne, żeby nie powiedzieć wkurzające... Wizerunek PW jest zawłaszczony, upolityczniony, zagarnięty i zwulgaryzowany przez gromady bezmyślnych ludzi - ma bardzo regresywną energię dzielącą ludzi (zamiast jednoczyć) i ja się z tym nie utożsamiam. Żeby tego było mało, z drugiej strony, w końcu, kiedy jest już wolność słowa i wolna Polska okazuje się, że w środowisku, w którym pracuję od ponad 20 lat bycie z rodziny powstańczej jest obciachem, a mówienie, że ma się warszawskie korzenie – „mową nienawiści i wykluczenia”.
Jednak wszystkiego nie da się powiedzieć. Dlatego dziś właśnie postanowiłam (tak jak w zeszłym roku...), przypomnieć spotkanie z prywatną historią – z moją historią wnuczki, córki, kolejnego pokolenia warszawiaków, które tworzy dziś to miasto. Historią jednej rodziny, którą narzuciło nam miasto.
Janina z Hanią i Jankiem:
Hania i Janek mieszkali ze swoją mamą – moją babcią Janiną niedaleko ulicy Bielańskiej tuż przy wschodnim murze Getta w 6 pokojowym mieszkaniu z dwoma wejściami, (dziadka aresztowało NKWD w Wilnie w 1941 i następnie przetrzymywano i torturowano na Łubiance, do czasu wydostania go przez gen. Andersa. Wrócił do domu przez ówczesną Persję i Egipt w 1947. Po aresztowaniu babcia wróciła do Warszawy). W jednym z pokoi za szafą babcia ukrywała żydowskie dzieci, wyprowadzone z pobliskiego getta, drugi pokój często oddawany był potrzebującym z konspiracji, a także ukrywającym się lub rannym członkom podziemia, którymi wówczas babcia i ciotka opiekowały się na zmianę. Pozostałe przeznaczone były dla rodziny: zajmowała je właśnie babcia Jasia i jej dwójka małych dzieci, Hania (moja ciocia), Janek (mój tata) oraz przyjeżdżający spoza Warszawy członkowie rodziny. W czasie wojny, aby utrzymać dzieci babcia produkowała kapelusze, szyła ubrania, wykonywała poprawki krawieckie. Po powstaniu podobnie jak większość ludności cywilnej Warszawy została wraz z dziećmi pognana do obozu tymczasowego w Pruszkowie, skąd wywożono ludność do niemieckich obozów. Babcia, która zdawała sobie sprawę, że kuzynki i przyjaciółki zostały wywiezione do obozów śmierci, robiła wszystko, by opóźnić swój ewentualny odjazd, symulując chorobę swoją i dzieci, więc przeniesiono ją do grupy zakaźnie chorych na obrzeżu (hala nr 8), skąd pod osłoną nocy uciekła przez ogrodzenie i na piechotę, niekiedy czołgając się godzinami pod ostrzałem (z dwójką małych 9 i 7 lat, dzieci!!) przedostała się do rodzinnego domu swoich dziadków pod Łodzią.
Hania i Janek mieszkali ze swoją mamą – moją babcią Janiną niedaleko ulicy Bielańskiej tuż przy wschodnim murze Getta w 6 pokojowym mieszkaniu z dwoma wejściami, (dziadka aresztowało NKWD w Wilnie w 1941 i następnie przetrzymywano i torturowano na Łubiance, do czasu wydostania go przez gen. Andersa. Wrócił do domu przez ówczesną Persję i Egipt w 1947. Po aresztowaniu babcia wróciła do Warszawy). W jednym z pokoi za szafą babcia ukrywała żydowskie dzieci, wyprowadzone z pobliskiego getta, drugi pokój często oddawany był potrzebującym z konspiracji, a także ukrywającym się lub rannym członkom podziemia, którymi wówczas babcia i ciotka opiekowały się na zmianę. Pozostałe przeznaczone były dla rodziny: zajmowała je właśnie babcia Jasia i jej dwójka małych dzieci, Hania (moja ciocia), Janek (mój tata) oraz przyjeżdżający spoza Warszawy członkowie rodziny. W czasie wojny, aby utrzymać dzieci babcia produkowała kapelusze, szyła ubrania, wykonywała poprawki krawieckie. Po powstaniu podobnie jak większość ludności cywilnej Warszawy została wraz z dziećmi pognana do obozu tymczasowego w Pruszkowie, skąd wywożono ludność do niemieckich obozów. Babcia, która zdawała sobie sprawę, że kuzynki i przyjaciółki zostały wywiezione do obozów śmierci, robiła wszystko, by opóźnić swój ewentualny odjazd, symulując chorobę swoją i dzieci, więc przeniesiono ją do grupy zakaźnie chorych na obrzeżu (hala nr 8), skąd pod osłoną nocy uciekła przez ogrodzenie i na piechotę, niekiedy czołgając się godzinami pod ostrzałem (z dwójką małych 9 i 7 lat, dzieci!!) przedostała się do rodzinnego domu swoich dziadków pod Łodzią.
Nelly z Marysią i Kostkiem:
moja Babcia Nelly, pochodziła z polsko-niemieckiej rodziny, przed wojną studiowała filozofię w Warszawie, której nie skończyła z powodu braku pieniędzy. W czasie okupacji w mieszkaniu na Powiślu prowadziła komplety. Niekiedy zadaniem malutkiej Marysi (mojej mamy) było stanie na czatach – czyli obserwowanie ulicy przez okno, czy nie pojawią się Niemcy. W czasie wojny Nelly, jej mąż Tadeusz, pseudonim Uszycki i syn Konstanty pseudonim Lech, byli w konspiracji. Początkowo w partyzantce w terenie, potem w Warszawie. Cudem udało jej się wydostać z łapanki, jako osobie doskonale mówiącej po niemiecku, a dokładnie dzięki oficerowi, „dobremu Niemcowi”, który zobowiązał ją do wyrobienia sobie karty volksdeutsche'iej, której jednak nigdy nie wyrobiła... (gdy byłam mała dziewczynką nie pozwalała mi pisać „niemcy” i „hitler” z dużej litery, i mówiła, że wstydzi się za Niemców za faszyzm i nigdy nie wolno wspominać jej niemieckich korzeni). W czasie okupacji wraz z dziadkiem rotacyjnie przechowywali Żydów – do tego celu jedno z pomieszczeń zostało przerobione w taki sposób, że drzwi do odizolowanego pokoju zastawiono umocowaną do ścian szafą, przez którą można było wejść do środka i dostarczyć jedzenie i wodę. Obok domu dziadzio prowadził „zakład mechaniczny”, w którym babcia także zajmowała się "papierami" oraz organizację pracy dla kolegów z konspiracji, którym potrzebne były dokumenty o zatrudnieniu. Dzięki warsztatowi, można było jakoś przeżyć i pomóc rodzinie, choć pod osłoną "usług elektryczno-mechnicznych” opracowywano m.in. nadajniki radiowe (dziadek był inżynierem-wynalazcą), które w czasie akcji dywersji nadawały polskie ogłoszenia przez niemieckie „gadały” na mieście.
W czasie powstania mąż i 19letni syn babci Nelly walczyli razem w 5. kompanii batalionu Tum w Zgrupowaniu "Kryska" na Powiślu. Babcia, prowadziła w mieszkaniu punkt opatrunkowy oraz była współodpowiedzialna za organizację zbiórek, a także kierowała punktem przekazywania i przechowywania zdobytej broni. Po PW, obaj powstańcy nie wrócili – zepchnięci nad rzekę wraz z innymi walczącymi, niemal śmiertelnie ranni (dziadzio z roztrzaskaną twarzą, dodatkowo zaraził się durem brzusznym, więc stan jego był fatalny, Kostek ranny w głowę rykoszetem trzymał się najlepiej i niósł ojczyma na plecach). Razem przedostali się cudem na drugą stronę Wisły pod ostrzałem radzieckim ("Strzelali do nas jak do kaczek"), dzięki pomocy berlingowca – przyjaciela dziadka ze studiów na Politechnice. Kostek wrócił na Powiśle, ale zastał mieszkanie puste i spalone.
Marysia z mamą zostały zabrane przez Niemców z domu, pognane do obozu przesiedlenia w Pruszkowie, gdzie brudne, głodne, zawszone i przerażone załadowano do wagonu bydlęcego do Oświęcimia. Pociąg (a właściwie tylko ostatni wagon, odczepiony w udanej akcji partyzanckiej), został odbity przez partyzantów około 100 km na południe od Warszawy i Nelly z kilkuletnią córką spędziły wraz z innymi odbitymi cywilami z transportu parę dni w lesie, potem w pobliskich wsiach i ocalały.
moja Babcia Nelly, pochodziła z polsko-niemieckiej rodziny, przed wojną studiowała filozofię w Warszawie, której nie skończyła z powodu braku pieniędzy. W czasie okupacji w mieszkaniu na Powiślu prowadziła komplety. Niekiedy zadaniem malutkiej Marysi (mojej mamy) było stanie na czatach – czyli obserwowanie ulicy przez okno, czy nie pojawią się Niemcy. W czasie wojny Nelly, jej mąż Tadeusz, pseudonim Uszycki i syn Konstanty pseudonim Lech, byli w konspiracji. Początkowo w partyzantce w terenie, potem w Warszawie. Cudem udało jej się wydostać z łapanki, jako osobie doskonale mówiącej po niemiecku, a dokładnie dzięki oficerowi, „dobremu Niemcowi”, który zobowiązał ją do wyrobienia sobie karty volksdeutsche'iej, której jednak nigdy nie wyrobiła... (gdy byłam mała dziewczynką nie pozwalała mi pisać „niemcy” i „hitler” z dużej litery, i mówiła, że wstydzi się za Niemców za faszyzm i nigdy nie wolno wspominać jej niemieckich korzeni). W czasie okupacji wraz z dziadkiem rotacyjnie przechowywali Żydów – do tego celu jedno z pomieszczeń zostało przerobione w taki sposób, że drzwi do odizolowanego pokoju zastawiono umocowaną do ścian szafą, przez którą można było wejść do środka i dostarczyć jedzenie i wodę. Obok domu dziadzio prowadził „zakład mechaniczny”, w którym babcia także zajmowała się "papierami" oraz organizację pracy dla kolegów z konspiracji, którym potrzebne były dokumenty o zatrudnieniu. Dzięki warsztatowi, można było jakoś przeżyć i pomóc rodzinie, choć pod osłoną "usług elektryczno-mechnicznych” opracowywano m.in. nadajniki radiowe (dziadek był inżynierem-wynalazcą), które w czasie akcji dywersji nadawały polskie ogłoszenia przez niemieckie „gadały” na mieście.
W czasie powstania mąż i 19letni syn babci Nelly walczyli razem w 5. kompanii batalionu Tum w Zgrupowaniu "Kryska" na Powiślu. Babcia, prowadziła w mieszkaniu punkt opatrunkowy oraz była współodpowiedzialna za organizację zbiórek, a także kierowała punktem przekazywania i przechowywania zdobytej broni. Po PW, obaj powstańcy nie wrócili – zepchnięci nad rzekę wraz z innymi walczącymi, niemal śmiertelnie ranni (dziadzio z roztrzaskaną twarzą, dodatkowo zaraził się durem brzusznym, więc stan jego był fatalny, Kostek ranny w głowę rykoszetem trzymał się najlepiej i niósł ojczyma na plecach). Razem przedostali się cudem na drugą stronę Wisły pod ostrzałem radzieckim ("Strzelali do nas jak do kaczek"), dzięki pomocy berlingowca – przyjaciela dziadka ze studiów na Politechnice. Kostek wrócił na Powiśle, ale zastał mieszkanie puste i spalone.
Marysia z mamą zostały zabrane przez Niemców z domu, pognane do obozu przesiedlenia w Pruszkowie, gdzie brudne, głodne, zawszone i przerażone załadowano do wagonu bydlęcego do Oświęcimia. Pociąg (a właściwie tylko ostatni wagon, odczepiony w udanej akcji partyzanckiej), został odbity przez partyzantów około 100 km na południe od Warszawy i Nelly z kilkuletnią córką spędziły wraz z innymi odbitymi cywilami z transportu parę dni w lesie, potem w pobliskich wsiach i ocalały.
Stefa z Wojtkiem i Marysią:
Wojtek, mój nigdy nie poznany wujek w dniu wybuchu powstania nie miał jeszcze skończonych 16 lat. Jego ojciec, pochodził z polsko-żydowskiej rodziny, (jego ojciec, z kolei, był dyrektorem LO im. Władysława IV), przebywał w obozie internowania w Rumunii i nic o powstaniu nie wiedział do powrotu w 1945; mama Wojtka – ciocia Stefa, która została w Warszawie sama z dwójką dzieci, aby zarobić na życie szyła i sprzedawała filcowe kapcie oraz wykonywała inne drobne prace. Prowadziła także komplety w swoim mieszkaniu na Mokotowskiej. W czasie zajęć, kilkuletnia Marysia miała za zadnie obserwować ulicę. Wojtek (15 latek), nic nie mówiąc rodzinie, po prostu wyszedł do powstania - oszukał dowództwo batalionu, co do swojego wieku ... i został wciągnięty batalionu Odwet II, jako... 19-latek. Pseudonim Junak, zginął 6 sierpnia na ul. Langiewicza na Mokotowie (V Obwód (Mokotów) Warszawskiego Okręgu Armii Krajowej - 4. Rejon - II batalion szturmowy "Odwet" ("Odwet II") - 1. kompania.)
Po zakończeniu powstania, nieświadome śmierci brata i syna - Marysia z mamą Stefą, jak większość cywili zostały zabrana z domu i pognane na piechotę do Pruszkowa. Straszliwy głód, straszny widok, wszy, płacz, przerażenie, wagon bydlęcy. Załadowano je do pociągu do niemieckiego obozu koncentracyjnego Stutthoff KL (Sztutowo). Przebywały tam do końca wojny. Wyzwolone w 1945, przez Szwecję i Niemcy wróciły do spalonego domu w Warszawie.
Wojtek, mój nigdy nie poznany wujek w dniu wybuchu powstania nie miał jeszcze skończonych 16 lat. Jego ojciec, pochodził z polsko-żydowskiej rodziny, (jego ojciec, z kolei, był dyrektorem LO im. Władysława IV), przebywał w obozie internowania w Rumunii i nic o powstaniu nie wiedział do powrotu w 1945; mama Wojtka – ciocia Stefa, która została w Warszawie sama z dwójką dzieci, aby zarobić na życie szyła i sprzedawała filcowe kapcie oraz wykonywała inne drobne prace. Prowadziła także komplety w swoim mieszkaniu na Mokotowskiej. W czasie zajęć, kilkuletnia Marysia miała za zadnie obserwować ulicę. Wojtek (15 latek), nic nie mówiąc rodzinie, po prostu wyszedł do powstania - oszukał dowództwo batalionu, co do swojego wieku ... i został wciągnięty batalionu Odwet II, jako... 19-latek. Pseudonim Junak, zginął 6 sierpnia na ul. Langiewicza na Mokotowie (V Obwód (Mokotów) Warszawskiego Okręgu Armii Krajowej - 4. Rejon - II batalion szturmowy "Odwet" ("Odwet II") - 1. kompania.)
Po zakończeniu powstania, nieświadome śmierci brata i syna - Marysia z mamą Stefą, jak większość cywili zostały zabrana z domu i pognane na piechotę do Pruszkowa. Straszliwy głód, straszny widok, wszy, płacz, przerażenie, wagon bydlęcy. Załadowano je do pociągu do niemieckiego obozu koncentracyjnego Stutthoff KL (Sztutowo). Przebywały tam do końca wojny. Wyzwolone w 1945, przez Szwecję i Niemcy wróciły do spalonego domu w Warszawie.
Janka z Zosią:
W czasie wojny Zosia mieszkała w Warszawie z mamą Janką - jej tata, wujek Jędrek, powołany do wojska we wrześniu1939, walczył w wojnie obronnej, dostał się do niewoli i spędził cała wojnę w oflagu, jako więzień wojenny. Zosia musiała pracować, aby pomóc swojej niezbyt zaradnej mamie i włączyła się też wbrew mamie w działania konspiracyjne w Szarych Szeregach, m.in. przechowywała w domu odbiornik radiowy (za co groziła kara śmierci). W czasie powstania miała 14 lat: była łączniczką i m.in. brała udział w udanej akcji obrzucenia butelkami z benzyną niemieckich samochodów opancerzonych na Marszałkowskiej. Po powstaniu udało się jej ukryć w gruzach, uniknąć aresztowania i wywózki i zostać w Warszawie. Mieszkanie jednak spalono i całkowicie oszabrowano.
W czasie wojny Zosia mieszkała w Warszawie z mamą Janką - jej tata, wujek Jędrek, powołany do wojska we wrześniu1939, walczył w wojnie obronnej, dostał się do niewoli i spędził cała wojnę w oflagu, jako więzień wojenny. Zosia musiała pracować, aby pomóc swojej niezbyt zaradnej mamie i włączyła się też wbrew mamie w działania konspiracyjne w Szarych Szeregach, m.in. przechowywała w domu odbiornik radiowy (za co groziła kara śmierci). W czasie powstania miała 14 lat: była łączniczką i m.in. brała udział w udanej akcji obrzucenia butelkami z benzyną niemieckich samochodów opancerzonych na Marszałkowskiej. Po powstaniu udało się jej ukryć w gruzach, uniknąć aresztowania i wywózki i zostać w Warszawie. Mieszkanie jednak spalono i całkowicie oszabrowano.
Leszek i ciotka Henia
Leszek w momencie wybuchu wojny był świeżo upieczonym maturzystą, mieszkał w "domu bez kantów" na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Podczas jednego z pierwszych z bombardowań, znalazł się w jakiejś piwnicy. Musieli spędzić tam noc - ...Leszek z dziewczyną w oddalonym kącie... To był ich pierwszy raz. Nie spotkali się więcej, jego dziewczyna, pierwsza miłość, zginęła wkrótce w powstaniu. Leszek uważał, że ciotka Henia, myślała, że nie przeżyją bombardowań i specjalnie im to zaaranżowała… W czasie okupacji, Leszek przez zieloną granicę przedostał się do Londynu, gdzie został wcielony do Cichociemnych. Zrzucony pod koniec lipca1944 w operacji Most III, dostał się do Warszawy, gdzie w czasie PW był odpowiedzialny za łączność. Mówił, że misją była straszna - przy swoim nadajniku bał się przeraźliwie, zdając sobie sprawę, jak łatwo sygnał nadawczy może być namierzony przez hitlerowców. Po powstaniu przedostał się ponownie do Londynu. Po wojnie skończył tam studia, zamieszkał w Kanadzie. Do Polski przyjechał dopiero w latach 80. Potępiał nauki JPII. Uważał, że są wsteczne i nie przystają do nowoczesnego świata.
Leszek w momencie wybuchu wojny był świeżo upieczonym maturzystą, mieszkał w "domu bez kantów" na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Podczas jednego z pierwszych z bombardowań, znalazł się w jakiejś piwnicy. Musieli spędzić tam noc - ...Leszek z dziewczyną w oddalonym kącie... To był ich pierwszy raz. Nie spotkali się więcej, jego dziewczyna, pierwsza miłość, zginęła wkrótce w powstaniu. Leszek uważał, że ciotka Henia, myślała, że nie przeżyją bombardowań i specjalnie im to zaaranżowała… W czasie okupacji, Leszek przez zieloną granicę przedostał się do Londynu, gdzie został wcielony do Cichociemnych. Zrzucony pod koniec lipca1944 w operacji Most III, dostał się do Warszawy, gdzie w czasie PW był odpowiedzialny za łączność. Mówił, że misją była straszna - przy swoim nadajniku bał się przeraźliwie, zdając sobie sprawę, jak łatwo sygnał nadawczy może być namierzony przez hitlerowców. Po powstaniu przedostał się ponownie do Londynu. Po wojnie skończył tam studia, zamieszkał w Kanadzie. Do Polski przyjechał dopiero w latach 80. Potępiał nauki JPII. Uważał, że są wsteczne i nie przystają do nowoczesnego świata.
Tadeusz:
Dziadek Tadzio nigdy nie mówił o powstaniu, ciężko było dowiedzieć się czegokolwiek, oprócz opowieści o lekko zniekształconym policzku, na skutek postrzału i ponad 40 odłamkach, które utkwiły mu w twarzy. Kiedyś jednak, udało mi się namówić go do wspomnień, opowiadał w szczegółach, o młodym Kostku i innym walczącym smarkaczu, których dodatkowo musiał osłaniać na Powiślu (walczył w randze strzelca, ale po śmieci dwóch kolejnych dowódców, mianowano go dowódcą grupy, jako najstarszego i tego dnia 13.09 - został też ranny), o Ukraińcu, który strzelił do niego, o Armii Czerwonej "przedostałem się na Pragę cudem - strzelali do nas jak do kaczek", o niezwyklej gospodyni z Pragi, która wyleczyła go z czerwonki obierkami z ziemniaków... ale tak naprawdę ważne było tylko jedno, co powiedział mi ze smutkiem na końcu (nie, nie był ani trochę sentymentalny): “To nie tak miało być... Był rozkaz – walczyliśmy. Wierzyłem, że dla was, dla dzieci, dla wnuków, żebyście wy byli szczęśliwi. Ale nie o taką przyszłość...” Nigdy nie zapomnę tego smutku – "Nie o taką Polskę...” no i potem była "lepsza Polska", ale on pierwszy w domu użył słowa "oszołomy i bardzo był milczący i smutny, wtedy też.
Dziadek Tadzio nigdy nie mówił o powstaniu, ciężko było dowiedzieć się czegokolwiek, oprócz opowieści o lekko zniekształconym policzku, na skutek postrzału i ponad 40 odłamkach, które utkwiły mu w twarzy. Kiedyś jednak, udało mi się namówić go do wspomnień, opowiadał w szczegółach, o młodym Kostku i innym walczącym smarkaczu, których dodatkowo musiał osłaniać na Powiślu (walczył w randze strzelca, ale po śmieci dwóch kolejnych dowódców, mianowano go dowódcą grupy, jako najstarszego i tego dnia 13.09 - został też ranny), o Ukraińcu, który strzelił do niego, o Armii Czerwonej "przedostałem się na Pragę cudem - strzelali do nas jak do kaczek", o niezwyklej gospodyni z Pragi, która wyleczyła go z czerwonki obierkami z ziemniaków... ale tak naprawdę ważne było tylko jedno, co powiedział mi ze smutkiem na końcu (nie, nie był ani trochę sentymentalny): “To nie tak miało być... Był rozkaz – walczyliśmy. Wierzyłem, że dla was, dla dzieci, dla wnuków, żebyście wy byli szczęśliwi. Ale nie o taką przyszłość...” Nigdy nie zapomnę tego smutku – "Nie o taką Polskę...” no i potem była "lepsza Polska", ale on pierwszy w domu użył słowa "oszołomy i bardzo był milczący i smutny, wtedy też.
post scriptum!
Nie chodzę na spędy na warszawskich placach, na groby i cmentarze w rocznicę powstania. Rocznica jest zawłaszczona, jest polem walki, ale nie tej, nie takiej i ja nie chcę w niej uczestniczyć.
(Patrzę ze zdziwieniem na dymy i race, na kibolską "wrzaskliwą" wizualnie estetykę "świętowania" w godzinie ciszy na ulicach stolicy kraju jakby była prowincjonalnym stadionem, z nachalną estetyką sportu składającą się z wywrzeszczanych haseł, przyśpiewek, buczenia, kolorowych dymów i ubiorów z emblemami, które mają pokazać "wyższość" i wyeliminować obcych (czyli tych, co nie mają kotwicy na t-shircie), i jak sądzę z pojmowania wojny jak sportu? Zawłaszczanie ulic i placów, wykluczanie z nich ciszy i zadumy i krytycznej refleksji, i narzucania tego terroru niechcianej, nachalnej, krzykliwej, kiczowatej quasi-sportowej obecności, zawłaszczającej wspólną przestrzeń, bez szacunku, bez kultury pamięci, bez miejsca dla innych. I czy to jest jedyny sposób rozumienia i czczenia przez tych ludzi patriotyzmu i wartości? To już jest nie tylko zadziwiające, ale i smutne).
Nie byłam też nigdy w Muzeum Powstania Warszawskiego, bo nie jest to nasze Muzeum. Nie jest to muzeum powstania w mieście, tylko demonstracyjna na zewnątrz i kultywowana wewnątrz (nie bez wpływu na macho-obciachową kulturę obecną też w mediach), arogancja wobec bohaterek i bohaterów bez stopnia, bez tytułu i bez broni, zapomnienie i wykluczenie kobiet, cywili, mniejszości, których lokuje się na „zapleczu” "od-męskiej" tradycji walki z bronią. A z drugiej strony, tak naprawdę przekazanie im właśnie - tym nieobecnym, bezimiennym w narracji - wszystkich możliwych traum i odpowiedzialności za wszystkie błędy. A przecież powstanie – o czym nie mówi się i w poniżaniu i w wywyższaniu powstania – to ci, co przeżyli, następne pokolenia przechowujące w pamięci, nie dającą się zanegować siłę niezgody na opresję, ale też traumę powojenną powstaniowej klęski: koszmary, strachy, lęki, fobie przenoszone z pokolenia na pokolenie... Tak więc lista strat, to także życie powojennych warszawiaków; tych rdzennych i przybyłych, na których przenosi się propagandę wykluczenia, choć oni ponoszą konsekwencje historii tego miasta, to oni wspólnie ciągle odbudowują to miasto.
Powstańcy - Tadeusz, Kostek, Wojtek, Leszek (4) mają swoje biogramy w MPW.
Cywilki i cywile, współpowstanki i współpowstańcy - Janina, Nelly, Stefa, Janka, Henia, Janek, Hania, Marysia i Marysia (9), nie mają. Mam nadzieję, że doczekamy się w końcu upamiętnienia ich bohaterskich losów w tym Muzeum Powstania Warszawskiego: powstania, w którym, chciały czy nie, brały udział...
Cywilki i cywile, współpowstanki i współpowstańcy - Janina, Nelly, Stefa, Janka, Henia, Janek, Hania, Marysia i Marysia (9), nie mają. Mam nadzieję, że doczekamy się w końcu upamiętnienia ich bohaterskich losów w tym Muzeum Powstania Warszawskiego: powstania, w którym, chciały czy nie, brały udział...
