Ten dokument zmieni Twoje spojrzenie na sprawę prof. Chazana. Nie tylko on "ratował" dziecko

Kobieta, której dziecko "uratował" prof. Chazan nie była jego pacjentką i przez to Chazan jest niewinny? To pierwsze jest faktem
Kobieta, której dziecko "uratował" prof. Chazan nie była jego pacjentką i przez to Chazan jest niewinny? To pierwsze jest faktem Fot. Jacek Marczewski / AG
Kobieta, która urodziła dziecko z poważnymi wadami rozwojowymi, nie była pacjentką prof. Chazana – grzmią prawicowi publicyści i blogerzy. To dowodzi – twierdzą – że prof. Chazan nie mógł złamać prawa. I faktycznie kobieta ta nie była jego pacjentką – wynika z dokumentów. Czyżby więc prawica miała rację? Jak zwykle, nie do końca.

Manipulacje, czyli obronić Chazana
W prawicowej blogosferze i mediach zaczęły krążyć teksty o tym, jak mainstreamowe media manipulują opinią publiczną, by zrzucić winę na prof. Chazana. Autorzy tych wpisów opierają się opublikowanym na stronie warszawskiego Urzędu Miasta „Projekcie wystąpienia pokontrolnego z kontroli przeprowadzonej w Szpitalu Specjalistycznym im. Świętej Rodziny". W dokumencie tym zawarto szczegółowy opis sytuacji z punktu widzenia wszystkich osób biorących udział w tym tragicznym ciągu wydarzeń.



W projekcie znajdują się więc wyjaśnienia kobiety (jej personalia nie są ujawnione) zmuszonej do urodzenia dziecka z ciężkimi wadami rozwojowymi, prof. Bogdana Chazana – dyrektora szpitala im. Świętej Rodziny oraz dr Macieja Gawlaka – ginekologa, który prowadził ciążę, a zarazem ordynatora Oddziału Położnictwa w szpitalu im. św. Rodziny. To właśnie podopieczną dr Gawlaka, a nie prof. Chazana, była ofiara całej sytuacji i to służy prawicowym komentatorom za dowód, że Chazan nie złamał prawa.

Przebieg wydarzeń i wnioski z kontroli jasno pokazują jednak, że profesor ma w tym swoją winę - choć nie tylko on.

Styczeń-luty 2014 - ciąża z in vitro, trafienie do szpitala im. Świętej Rodziny

Kobieta zaszła w ciążę pod opieką znanej kliniki Novum, która specjalizuje się w metodzie in vitro. Była to już jej piąta ciąża – wszystkie wcześniejsze skończyły się poronieniem w okresie 4-20 tygodnia. Tamte ciąże prowadziła w Szpitalu Bielańskim, ale prywatnie. To właśnie tam doszło do poronienia i dlatego pacjentka zrezygnowała z tamtego ośrodka.

W Novum zajmowano się nią do 10 tygodnia ciąży, ale jak zeznał kontrolerom dr Gawlak, takie ośrodki rzadko podejmują się prowadzenia dalszych etapów ciąży. Dlatego też pacjentka zgłosiła się do dr Gawlaka. Polecono go jako specjalistę od trudnych przypadków. Kobieta była zadowolona z faktu, że dr Gawlak to ordynator oddziału. Jednocześnie podkreśliła w zeznaniach, że nie wiedziała, iż w szpitalu im. Świętej Rodziny nie dokonuje się aborcji i że mogą tam wystąpić jakiekolwiek problemy z przerywaniem ciąży.

9 stycznia 2014 roku pacjentka odbywa pierwszą wizytę w szpitalu im. Świętej Rodziny. Dr Maciej Gawlak nie proponuje jej badań prenatalnych, mimo poinformowania o takiej potrzebie przez przychodnię Novum - zeznaje kobieta w swoim wyjaśnieniu. Lekarz zleca jedynie podstawowe badania i USG, których wyników pacjentka nie otrzymała. Dr Gawlak poinformował ją jedynie, że wyniki tych badań są prawidłowe.

23 stycznia 2014 dr Gawlak skierował pacjentkę do Szpitala św. Rodziny celem założenia szwu szyjki macicy – ze względu na ryzyko poronienia. Szew założono 6 lutego i dzień później wypisano kobietę ze szpitala.

Marzec – stwierdzenie wad płodu

W dniu 8 marca pacjentka wraca na oddział, uskarżając się na m.in. na silne bóle brzucha. Ponieważ mogą one być objawami ewentualnego poronienia, szpital przyjmuje kobietę na badania. 10 marca wykonane zostaje USG, w którym jednak nie zostają stwierdzone żadne nieprawidłowości. Podkreślenia wymaga jednak fakt, że badanie to było wykonywane wyłącznie pod kątem poronienia i nastawione na ocenę serca i szyjki macicy.

Jednocześnie dr Gawlak w swoim zeznaniu w rozmowie z jednym z kontrolerów przyznaje, że przy tym badaniu były "trudności z wizualizacją płodu ze względu na otyłość pacjentki i złą przezierność tkanek". Jak zaznaczył, "w retrospektywnej ocenie po 22 tygodniu uznał, że jedno ze zdjęć może zastanawiać".

27 marca dr Gawlak wykonuje kolejne USG, w którym stwierdza m.in. nieprawidłowy obraz czaszki płodu pod postacią wodogłowia i nieprawidłowy zarys twarzy. Lekarz w swoim zeznaniu podkreślił, że interpretacja zdjęć była wciąż trudna, bo tym razem "dziecko zasłaniało twarz rękami" oraz ze względu na wspomnianą wcześniej otyłość pacjentki. W tak zwanym "badaniu połówkowym" 28 marca Gawlak potwierdza swoje obawy, a jego diagnozę dodatkowo potwierdzają dwaj kolejni lekarze z jego oddziału.
Dr Maciej Gawlak

W dniu stwierdzenia wady zdecydowałem o potrzebie przeniesienia Pacjentki do Instytutu Matki i Dziecka w celu pogłębienia diagnostyki i ewentualnego leczenia.

Fragment zeznania
Dr Gawlak od razu informuje pacjentkę o obciążeniu dziecka wadami rozwojowymi i możliwości aborcji, nie wspomina jednak, kiedy mija ostateczny termin legalnego wykonania zabiegu. Tego samego dnia pacjentka zostaje przyjęta do Instytutu Matki i Dziecka. Jednocześnie, według zeznań pacjentki, już wtedy dr Gawlak poinformował prof. Chazana o stwierdzeniu wad rozwojowych płodu.

28 marca – 2 kwietnia – w IMiDz odmawia się jej aborcji

28 marca pacjentka trafia do Instytutu Matki i Dziecka przy ul. Kasprzaka w Warszawie. Tam poprzez szereg specjalistycznych badań lekarze potwierdzają, wciąż z problemami interpretacyjnymi, wady twarzy płodu. Wykonano tam m.in. kolejne USG, echo serca płodu, rezonans magnetyczny, a także badanie kariotypu poprzez pobranie krwi za pomocą kardocentezy – czyli pobrania krwi z pępowiny. Jak się potem okaże, to właśnie badanie kariotypu będzie kluczowe dla całej sprawy.

Jak podkreśla Gawlak w swoim zeznaniu, wykonanie tych badań miało służyć ostatecznemu stwierdzeniu wad w sercu i ewentualnie – w przypadku korzystnego wyniku badania kariotypu – pozwolić na pojawienie się szansy na uratowanie dziecka. Sam prof. Chazan w wyjaśnieniu twierdził jednak, że "nie pamięta" kiedy u dziecka stwierdzono wady rozwojowe.

Po badaniach potwierdzających poważne wady płodu, pacjentka oznajmia lekarzom w Instytucie, że jest zdecydowana na aborcję. Personel IMiDz informuje ją, jakie są procedury przy takim zabiegu, m.in. o konieczności złożenia podania, ale nie podaje informacji o ostatecznym terminie legalnego wykonania aborcji. Lekarze również nie proponują wykonania takiego zabiegu w Instytucie i nie dają pacjentce odpowiedniego formularza wnioskującego o taki zabieg.

W swoim zeznaniu dr Gawlak, co potwierdza kobieta, prosił jeszcze lekarzy Instytutu o wykonanie aborcji, ale odmówili oni twierdząc, że "nie są terminatorami".

Sama pacjentka zaznacza w wypowiedziach, że wstępne wyniki badań genetycznych otrzymała w ciągu 3 dni (2 kwietnia), ale na wynik badania kariotypu, mającego przesądzić o całej sprawie, czeka się 2 tygodnie. Terminem odebrania wyników miał być 10 kwietnia.

Kwiecień – decydujące dni, błąd Chazana?

2 kwietnia kobieta opuszcza Instytut Matki i Dziecka i wraca do szpitala im. Świętej Rodziny z wstępnymi wynikami badań genetycznych, które wykazują prawidłowy kariotyp. Wynik z dnia 2 kwietnia potraktowano jako wstępną diagnostykę, która nie wskazywała na konieczność wcześniejszego zakończenia ciąży – zeznał jednak dr Gawlak.

W szpitalu pacjentka informuje lekarza prowadzącego o swojej chęci wykonania aborcji. Ten stwierdza wówczas, że musi o tym powiadomić dyrektora szpitala prof. Bogdana Chazana, by ten wyraził zgodę na zabieg. Jednocześnie w trakcie konsultacji obaj dochodzą do wniosku, że biorąc pod uwagę ryzyko poronień, należy zdjąć szew z szyjki macicy – wówczas być może dojdzie do poronienia po raz kolejny. Jak podkreślono w dokumencie, było to rozwiązanie akceptowane również przez pacjentkę. Wychodzi więc na to, że aborcja profesorowi "nie leżała", ale na "naturalne" poronienie się już godził.

3 kwietnia pacjentka zostaje wypisana ze szpitala do domu, ma zastanowić się jeszcze nad swoją decyzją dotyczącą aborcji. Gawlak w wyjaśnieniu twierdzi przy okazji, że 3 lub 4 kwietnia informował prof. Chazana o potwierdzonych w Instytucie wadach płodu oraz wstępnym wyniku kariotypu zaznaczając jednak, że to nie wynik ostateczny. Po rozmowie z profesorem zapada decyzja o zdjęciu szwu szyjki macicy.

4 kwietnia pacjentka otrzymuje przez telefon informację o zgodzie Chazana na zdjęcie szwu. Kobieta dowiaduje się od razu, że na spotkanie z profesorem w sprawie ewentualnej aborcji musi zgłosić się dopiero po otrzymaniu ostatecznych wyników badań kariotypu, wykonanych przez Instytut Matki i Dziecka, czyli co najmniej za 6 dni - po 10 kwietnia.

7 kwietnia Pacjentka zgłasza się do przyszpitalnej poradni, 8 kwietnia dochodzi do zabiegu zdjęcia szwu z szyjki macicy. Pacjentka wciąż czeka na wyniki badań kariotypu i tym samym – na spotkanie z prof. Chazanem. W swoich zeznaniach zaznacza przy tym, że według niej "z całą pewnością przed 7 kwietnia 2014 r. Prof. B. Chazan wiedział o jej sytuacji i wadach rozwojowych dziecka".

11 kwietnia wyniki badań kariotypu zostają wydane pacjentce. W mediach i jednym z pism dowodowych mowa była o dacie 11 czerwca – kontrolerzy uznali to jednak za oczywistą pomyłkę w dacie, co niewykluczone, że pociągnęło za sobą liczne pomyłki w artykułach opisujących sprawę.

Między 7 a 11 kwietnia pacjentka, jak zeznała, dzwoniła do dr. Gawlaka z pytaniem o spotkanie z prof. Chazanem. 11 kwietnia kobieta powiadamia lekarza o posiadanych wynikach i umówione zostaje spotkanie z prof. Chazanem – na 14 kwietnia.

14 kwietnia – spotkanie z Chazanem

Według oskarżającej profesor zwlekał z podjęciem decyzji o spotkaniu – bo wstępne wyniki badań miał już 2 kwietnia, a nie podjął od tamtej pory decyzji. Profesor, zdaniem Pacjentki, nie powinien był czekać na ostateczne wyniki badań kariotypu.

14 kwietnia dochodzi do spotkania, na którym obecni są: prof. Bogdan Chazan, dr Maciej Gawlak oraz pacjentka. Ta miała przy tym wrażenie, "że Profesor słucha pobieżnie referowania sprawy przez dr Gawlaka". Szef szpitala miał ją przekonywać, żeby oddała dziecko do hospicjum i że istnieje możliwość adopcji. Jak zeznała kobieta, nie chciała narażać dziecka na cierpienia i odmówiła tym propozycjom. Pacjentka i jej mąż, jak twierdzą, poprosili prof. Chazana o zgodę i wskazanie lekarza, który wykonałby zabieg.

Profesor Chazan odpowiada jej, że decyzję podejmie po konsultacji z prawnikami. Od razu po spotkaniu dr Gawlak sugeruje kobiecie, by mimo ustnej prośby o aborcję złożyła także podanie pisemne, co też pacjentka bezzwłocznie uczyniła.

15 kwietnia prof. Chazan odmawia aborcji w piśmie, które osobiście wręcza kobiecie 16 kwietnia. Na tym spotkaniu prof. Chazana i pacjentki nie było lekarza prowadzącego dr Gawlaka, który nawet nie został o tym poinformowany. Co więcej, w rozmowie z jednym z kontrolerów z 12 czerwca prof. Chazan przyznał, że w jego szpitalu nie ma obowiązku konsultacji z nim przypadków kwalifikowanych do aborcji – ale dr Gawlak zrobił to, bo ma "zbliżony światopogląd" do prof. Chazana.
Na prośbę pacjentki 17 kwietnia dr Gawlak wystawia jej skierowanie do Szpitala Bielańskiego w celu dokonania aborcji. Kobieta zostaje tam przyjęta 18 kwietnia, ale lekarze stwierdzają, że nie mogą wykonać aborcji, bo upłynął ustawowy 24 tydzień ciąży, czyli jest o 5 dni za późno. Dr Gawlak w swoim wyjaśnieniu zaznacza, że dziwi go to, bo ustawowy termin nie jest tak jednoznacznie określony. Konsultant Krajowy w odpowiedzi na pytania kontroli uznał jednak, że jego zdaniem zasadne jest traktowanie 24 tygodnia ciąży jako terminu granicznego, chyba że mamy do czynienia z tzw. wadami letalnymi – czyli nie dającymi żadnych szans na przeżycie, wówczas można ten termin przekroczyć.

Pacjentka wraca po tym do dr. Gawlaka. Ten informuje ją o możliwości dokonania zabiegu m.in. w Anglii. Ostatecznie kobieta odmawia jednak poddania się aborcji za granicą. W zeznaniu pacjentka zaznacza, że dr Gawlak mimo kłopotów starał się "rzetelnie, jak najszybciej i najlepiej przeprowadzić proces diagnostyczny" i "starał się jej umożliwić wcześniejsze rozwiązanie ciąży".

Jak wyjaśnia tę sprawę prof. Chazan?

Odnośnie kluczowej kwestii, czyli "odwlekania" spotkania z pacjentką, które jej zdaniem uniemożliwiło legalną aborcję, Chazan twierdził, że "skonsultował pacjentkę w ciągu 2-3 dni". Gdy kontroler wskazał, że według kobiety dyrektor przyjął ją dopiero po 11 dniach (chodzi o okres od 3 kwietnia do 14 kwietnia), ginekolog odpowiada, że nie pamięta, by pacjentka prosiła go o konsultacje, a on zwlekał. Gdy kontroler precyzuje, że chodzi o prośbę konsultacyjną ze strony dr Gawlaka, dyrektor szpitala odpowiada: – Nie pamiętam szczegółów, ale nie sądzę, by trwało to zbyt długo.

Chazan podkreślał, że musiał poczekać ze spotkaniem z pacjentką na wynik badania kariotypu z Instytutu, bo w przypadku prawidłowego kariotypu istnieje szansa na leczenie dziecka po urodzeniu. Ponieważ badanie przeprowadził specjalizujący się w diagnostyce Instytut, Chazan uznał badanie za kluczowe dla całej sprawy.

Profesor jednoznacznie nie potrafił stwierdzić, dlaczego odmówił aborcji w swoim szpitalu. Lekarzy o podobnych mu poglądach w placówce było może trzech na kilkudziesięciu. Jednocześnie Chazan wyjaśnił, że nie wskazał pacjentce "realnej możliwości uzyskania świadczenia u innego lekarza", bo takich lekarzy nie zna.

Dodatkowo Chazan wskazuje, że jeśli dziecko pacjentki było niezdolne do życia, to dopuszczalny termin aborcji w tym przypadku nie jest określony.

Co stwierdziła kontrola i jakie są ostateczne fakty

Przede wszystkim: pacjentka nie została poinformowana, ani w Szpitalu im. Św. Rodziny, ani w Instytucie Matki i Dziecka, o dopuszczalnym terminie legalnej aborcji oraz o możliwości zastosowania takiego zabiegu, chociaż wyraźnie o to poprosiła.

Kontrolerzy zapytali też Konsultanta Krajowego ds. perinatologii czy prof. Chazan powinien i musiał czekać na wyniki badania kariotypu w sytuacji, gdy inne badania jasno już potwierdziły wady rozwojowe płodu. Konsultant w odpowiedzi przyznał, że "stwierdzenie tego rodzaju nieprawidłowości w badaniach rozwojowych, potwierdzone przez drugie specjalistę, nie wymaga wdrażania kolejnych procedur diagnostycznych i jest wystarczające do podjęcia decyzji o przerwaniu ciąży". Tym bardziej, że prawidłowy kariotyp może występować nawet przy wadach w postaci bezczaszkowia czy bezmózgowia.

Kluczowym stwierdzeniem dokumentu jest więc fakt, że to prof. Chazan chciał czekać z konsultacją na otrzymanie wyników badań kariotypu – chociaż nie było to już konieczne do zalecenia aborcji. Pacjentka, przypomnijmy, o swojej decyzji poinformowała już 3 kwietnia, a na spotkanie została zaproszona 14 kwietnia. Szpital Bielański zaś odmówił jej aborcji twierdząc, że przekroczyła dopuszczalny termin o 5 dni.

Faktem jednak jest, że Bogdan Chazan nie miał wpływu ani na ilość, ani na rodzaj badań - wykonywane były one w innym instytucie, w ten sposób więc nie mógł wpływać - co mu się zarzuca - na ich opóźnienie.

Nie jest jednak prawdą, że prof. Chazan nie może ponieść konsekwencji za odmówienie aborcji pacjentce - to koronny argument prawicowych mediów - skoro nie był jej lekarzem prowadzącym.

Kontrola bowiem uznała, że prof. Chazan odmówił zabiegu nie jako lekarz, a administrator państwowej placówki - a tym samym, w świetle obowiązującego prawa, nie mógł skorzystać z klauzuli sumienia i na jej podstawie odmówić zrobienia aborcji w jego szpitalu. Klauzulę sumienia mogą wykorzystywać wyłącznie lekarze w przypadku swoich indywidualnych pacjentów.

Chazan winny
Według kontroli czekanie na wyniki badań kariotypu było błędem – bo istniały już m.in. badania obrazowe dowodzące wad rozwojowych, a termin graniczny dla aborcji był niedaleki.

Praktycznie, zdaniem kontroli, uniemożliwiło to dokonanie legalnej aborcji w kraju. Dziecko urodziło się z m.in z rozszczepieniem twarzy. Zmarło po 10 dniach.
Trwa ładowanie komentarzy...