Fotografuje ludzi nad Wisłą i donosi na policję. Mundurowi są zadowoleni, a socjolodzy mówią o leczeniu kompleksów
Fotografuje ludzi nad Wisłą i donosi na policję. Mundurowi są zadowoleni, a socjolodzy mówią o leczeniu kompleksów Fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta

Społeczny szkodnik, wzorowy obywatel, dewiant, a może stróż prawości? Jak określić człowieka, który poświęca swój wolny czas na fotografowanie mieszkańców Warszawy pijących alkohol nad Wisłą, a potem donosi nad nich na policję? – Jeśli mamy dodatkowe zgłoszenia od społeczeństwa, to jesteśmy z nich bardzo zadowoleni i bardzo na nie czekamy – słyszmy w stołecznej komendzie.

REKLAMA
Temat spożywania alkoholu wzdłuż brzegów Wisły powraca każdego lata jak bumerang. Kiedy tylko pozwala na to pogoda, obie strony rzeki stają się jednym z najpopularniejszym miejsc spotkań w stolicy. Nawet osoby przyjezdne znają te miejscówki.
I chociaż oficjalnie nad Wisłą nie można pić alkoholu, to nie przeszkadza to tysiącom warszawiaków w pochłanianiu procentów hektolitrami. Na ogół patrole policji interweniują tam w momencie zakłócania porządku czy większych burd. Gdyby funkcjonariusze w weekend chcieliby wlepić mandat wszystkim pijącym, to po kilku krokach zabrakłoby im blankietów. Czasem profilaktycznie zatrzymywana jest jedna grupa młodzieży, żeby zmusić resztę do błyskawicznego pozbycia się butelek.

Picie alkoholu nad Wisłą

Warto jednak pamiętać, że problem ze spożywaniem alkoholu nad warszawskim brzegiem Wisły to sprawa dość skomplikowana z prawnego punktu widzenia, gdyż ustawa o wychowaniu w trzeźwości zabrania "picia pod chmurką" jedynie na ulicach, placach i w parkach. Sprawia to, iż zakaz spożywania napojów alkoholowych nie obejmuje prawego brzegu Wisły, który nie mieści się w ustawowych definicjach. W ubiegłym roku przyznała to sama Komenda Stołeczna Policji. Czytaj więcej

Strażnik trzeźwości
Teraz obok odblaskowych kamizelek bywalcy nadwiślańskich bulwarów muszą wypatrywać rowerzysty z profesjonalnym aparatem fotograficznym. Anonimowy fotograf ma nietypowe hobby – uwiecznianie na zdjęciach osób pijących nad Wisłą i wydzwanianie na policję. Kiedy pojawia się patrol, "strażnik prawości" służy w roli świadka i dowodem zbrodni w postaci zdjęć. Jeśli złapany na gorącym uczynku delikwent odmówi przyjęcia mandatu karnego, materiał fotografa posłuży jako dowód w sprawie sądowej.
– Przyjeżdżamy na miejsce i interweniujemy na podstawie tego, co mówi nam ta osoba. Zdjęcia są dowodem w sytuacji, kiedy ktoś nie chce przyjąć mandatu i sprawa trafia do sądu – wyjaśnia nam rzecznik prasowy komendy rejonowej policji w Warszawie, komisarz Robert Szumiata.
logo
Zaznacza, że policja ma obowiązek reagować na każdy sygnał obywatela mówiący o łamaniu prawa. – Jeśli mamy takie informacje od kogokolwiek, to interweniujemy. Ktoś do nas dzwoni i mówi, że widział lub wie, że ktoś spożywa alkohol, zaśmieca, niszczy mienie publiczne. Zgłoszenia mogą być różne – przekonuje policjant.
Czy mundurowi nie widzą w tym nadgorliwości obywatelskiej? Ponadto pojawiają się wątpliwości w kwestii robienia zdjęć bez wiedzy osób fotografowanych. – Dopóki te zdjęcia nie będą upublicznione, nie ma mowy o złamaniu prawa – wyjaśnia kom. Szumiata. Rzecznik tłumaczy,  że każdy może dokumentować przestępstwo czy wykroczenie i przekazać je policji.
Kom. Robert Szumiata
rzecznik prasowy komendy rejonowej policji Warszawa-Śródmieście

Jeśli mamy dodatkowo mamy zgłoszenia od społeczeństwa, to jesteśmy nich bardzo zadowoleni i bardzo na nie czekamy

Rowerzysta regularnie dzwoni pod numer alarmowy. Komenda stołeczna dostaje od niego zgłoszenia od kilku tygodni, ale nie określa jego zachowania jako nadgorliwości. – Nie traktowałbym tego jak donos – mówi rzecznik. W jego opinii, każda osoba ma nie tylko prawo zgłaszania takich przypadków, ale wręcz obowiązek.
Dewiant z misją
To, co dla mundurowych jest pomocą, dla socjologów jest interesującym przypadkiem do analizy. Prof. Krzysztof Wielecki, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego mówi, że zachowanie nadwiślańskiego "fotografa" może wynikać ze ścierania się dwóch obyczajowości w Polsce. – Z jednej strony nie donosi się policji, to wywodzi się jeszcze z czasów PRL-u. Z tego punktu widzenia takie zachowywanie to zachowanie dewianta, czyli osoby nieprzestrzegającej norm społecznych – wszystko jedno czy one są szlachetne czy nie – wyjaśnia w rozmowie z naTemat.
W jego opinii, z drugiej strony tworzy się nam społeczeństwo cywilne, w zachodnim tego słowa znaczeniu. – Przykładem może być Szwajcaria, gdzie obywatele uważają za święty obowiązek donoszenie i uznawane jest to za czyn szlachetny – mówi prof. Wielecki. Przekonuje, że u nas taka obyczajowość dopiero zaczyna się pojawiać. – Jesteśmy otwarci na Europę i widzimy, że tak postępują Niemcy, Szwajcarzy czy Skandynawowie. Z tej perspektywy dewiantem jest ten, kto łamie prawo – w tym przypadku pije alkohol w miejscu publicznym.
Prof. Krzysztof Wielecki
socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego

Oni uważają, że są normalnymi ludźmi. Dla nas to donosicielstwo, ale oni nie myślą w tych kategoriach. To wynika z systemu prawnego i zaufania do państwa. Człowiek uważa, że zaczyna się od tego, że prowadzi się auto o 10 km/h, a kończy się na poważnych przestępstwach

Może najnormalniej w świecie lubi dokuczać ludziom? – pytam. – Jest taka możliwość, ale tworzy się również obyczajowość legalistyczna. Prawo jest najważniejsze, nawet jak ktoś robi coś, co wydaje się być złe, ale postępuje zgodnie z prawem to ma rację. W psychologii człowieka z takimi cechami nazywa określa się mianem osobowości autorytarne. Jeśli ktoś łamie prawo, budzi się w nich poczucie bezpieczeństwa i porządku. Oni często mają misję cywilizowania ludzi – mówi socjolog z UW.
Nasz rozmówca tłumaczy, że "rowerzysta" może być też po prostu człowiekiem zamkniętym w sobie z kompleksami, który leczy je właśnie w ten sposób. – I ma radość, że teraz komuś będzie gorzej – dodaje.