Grupa naTemat

Szkoła i inne wodotryski. Dzień z doradczynią Providenta

Pani Grażyna odwiedza w tygodniu około 100 klientów.
Pani Grażyna odwiedza w tygodniu około 100 klientów. Fot. Jacek Waszkiewicz
W Brodnicy najbardziej widocznym punktem krajobrazu jest Wieża Bociania. I bociany chyba rzeczywiście lubią to miasto, bo rodziny są tu liczne i bogate w potomstwo. A dzieci to wydatek. Zwłaszcza we wrześniu, gdy zaczyna się szkoła.

– Nie będę malował trawy na zielono – mówi mi rzecznik firmy Provident Roman Jamiołkowski. – Branża pożyczkowa nie ma dobrej opinii, a ten biznes jest trudny. Nie będę pani opowiadał , że Provident w ramach społecznej odpowiedzialności sadzi drzewa i maluje świetlice – chociaż to robimy. Chcę się skoncentrować przede wszystkim na biznesie. Nasze pożyczki nie są tanie, ale działamy uczciwie i transparentnie. Część kosztów to domowe wizyty doradczyni – mówi.


W ciągu roku są miesiące, kiedy zainteresowanie pożyczkami jest większe. – To oczywiście grudzień i święta, okolice maja, kiedy ludzie wyprawiają dzieciom komunie, wakacje i właśnie wrzesień, gdy trzeba wyposażyć dziecko do szkoły – zaznacza rzecznik firmy. Okazuje się, że budżety domowe często nie są w stanie podołać kosztom, jakie trzeba ponieść na nowy plecak, podręczniki, przybory, radę rodziców czy ubezpieczenie. Wtedy właśnie z pomocą przychodzi Provident.

Ale w Brodnicy nie ma Providenta. To znaczy technicznie jest, jednak w świadomości klientów, których odwiedzam, taka firma nie funkcjonuje. Jest pani Grażynka.

Nawet psy przestają na mnie szczekać

Pani Grażyna od pięciu lat z ramienia Providenta udziela mieszkańcom Brodnicy pożyczek. Co tydzień zbiera raty od ponad stu klientów. Odwiedza ich w domu, rozmawia z nimi i dyskretnie odbiera kwotę rzędu 30-70 zł. Lubi kontakt z ludźmi, dużo mówi.

– Logistyka to podstawa. Ale ja mam swoje sposoby. U moich klientów jestem częściej niż ich rodzina, bo raz na tydzień. Nawet ich psy przestały już na mnie szczekać.

Dzisiaj będę towarzyszyła pani Grażynie w jej cotygodniowym kursie po domach klientów. 

Lis w kurniku
Roman Jamiołkowski, rzecznik firmy Provident

Nasza działalność to niewytłumaczony społecznie biznes, a nasza reputacja jest kiepska. Niezasłużenie. Dlatego jesteśmy otwarci i dając pani kontakt do klientów, których my, jako Biuro Prasowe kompletnie nie znamy, wpuszczamy lisa do kurnika.

Podjeżdżamy pod dom pani Ireny – nieduży murowany klocek. Kobieta przygotowała się na naszą wizytę – fryzura nawet nie drgnie, usztywniona dużą dawką lakieru do włosów, wyrazisty makijaż, rzęsy ledwo utrzymują ciężar tuszu. Pomieszczenia są nieduże, ale czyste i zadbane. Pani Irena mieszka tu z czterema synami. Mikołaj jest najmłodszy, skończył rok. Ma rozszczep podniebienia i problemy z biodrem. – Ostatnio musiałam mu kupić specjalną maść, kosztowała mnie 180 zł. Bywa, że dwa razy w miesiącu jedziemy do Warszawy – do laryngologa albo ortopedy. Operację związaną z rozszczepem mamy zaplanowaną na 2015 rok – słyszę od pani Ireny.
– Chodziłyśmy razem w ciąży. To znaczy ja z panią Ireną tak bardzo tę ciążę przeżywałam – mówi Grażyna. – Mój syn też się nazywa Mikołaj i tak sobie myślę, że dziecko Irenki ma tak na imię po moim – dodaje. Ale chłopaków na M jest tu więcej. 

Na kanapie siedzi jeszcze Maciek - jest w czwartej klasie. Jego głowa jest całkowicie pozbawiona włosów. – To łysienie. – uspokaja pani Irena - Zupełnie nie wiemy co jest tego przyczyną. Najpierw było łysienie plackowate, a teraz już poszło po całości. Żaden z lekarzy, do których jeździmy nie potrafi zdiagnozować mojego synka – żali się pani Irena. Ale Maciek nic sobie nie robi z łysej głowy. Fascynują go biegi, zwłaszcza te krótkodystansowe, jest sprinterem. – Wie pani, on musi widzieć metę, cel, wtedy dobiegnie – słyszę od jego matki. Maciek jest też fanem Star Wars i właśnie dlatego postaci z tego filmu widnieją na jego piórniku kupionym na ten rok szkolny. 

– Z tymi przyborami jest ciężko. W tym roku na wyprawkę szkolną poszło ponad tysiąc złotych. Staram się kupować lepsze plecaki, ale dzieciaki dużo książek noszą do szkoły, więc i tornistry szybko się zużywają – dodaje. Jeden plecak to wydatek rzędu stu złotych. – Z książkami też nie jest lekko. Dzieci nie mogą przejmować po sobie z roku na rok podręczników, bo te się zmieniają – narzeka. W kupieniu wszystkich przyborów i książek pomógł właśnie Provident, to znaczy pani Grażyna.

Kolejny chłopak na M to Miłosz. Jest już w gimnazjum, na jego piórniku widnieją Angry Birdsy. – Moim ulubionym przedmiotem jest WF. Po szkole gram w piłkę ręczną. Najbardziej nie lubię matematyki. Kim bym chciał być jak dorosnę? Hydraulikiem. Dlaczego? Wydaje mi się, że to pewny zawód.
Po szesnastej do domu wpada Mateusz, najstarszy z całej czwórki. – Uczę się w zawodówce, na elektryka. Niestety, było za mało osób, żeby otworzyć klasę o profilu elektrycznym, więc na razie jest tak, że mamy przedmioty ogólne, a teraz załatwili nam miesiąc praktyk w Cielętach. Liczę na to, że mnie tam już zatrzymają – mówi Mateusz. – Czas wolny spędzam z dziewczyną, Magdą. Całe wakacje już razem chodzimy. Pojedziemy nad jezioro, pójdziemy na spacer. Kino? Nie, raczej nie korzystamy, bo trzeba by było jechać do Torunia. Brodnickie zamknęli w zeszłym roku, ale nie nudzę się – dodaje. 

Pani Irena przed urodzeniem Mikołaja pracowała w sklepie. – Jak dostałam pracę i umowę, to z tej radości postanowiłam dzieciom kupić komputer. I od pięciu lat już mają. – dodaje. Internet przydaje się przy nauce i odrabianiu lekcji. – Jak nie mogę sobie poradzić z zadaniem z matematyki, to po prostu wrzucam do netu i mam rozwiązanie – chwali się Miłosz.

Wakacje? Spędzają je w domu. – Mąż obecnie szuka pracy, jest malarzem pokojowym. Ale na przykład w tym roku Maciek pojechał na jeden dzień do Krynicy Morskiej. Wycieczkę organizował ksiądz i była po kosztach, tylko czterdzieści złotych. To pochodził sobie nad morzem i powdychał jodu.

Pani Grażynka pomaga w sytuacjach wyjątkowych, takich, których miesięczny budżet nie jest w stanie udźwignąć. Z wakacji można zrezygnować, ale ze szkoły już nie. Tak samo ze świętami. Cotygodniowe wizyty nie są stresem, to miły rytuał. Pani Irena jest do nich przyzwyczajona, lubi je. Dlatego kiedy skończy spłacać pożyczkę, często zapożycza się na nowo. – Czy zdarza mi się pożyczać na kaprysy? – pani Irena pobłażliwie uśmiecha się w moją stronę. – Nie, nie stać mnie na kaprysy. Nawet te pożyczone.

Słodkie raty

– Nasze doradczynie są rozliczane przede wszystkim z tego, jak ich klienci spłacają pożyczki. Właśnie dlatego to one po spotkaniu z klientem ostatecznie decydują o tym, jak dużą kwotę mogą pożyczyć – mówi Roman Jamiołkowski. – Pożyczki u nas są szybkie i łatwo dostępne. Ale nie aż tak łatwo, jak w przypadku tzw. kredytów chwilówek – dodaje. Firma przyznaje pieniądze w 24 godziny, ale żeby podpisać umowę doradczyni firmy musi koniecznie osobiście spotkać się z klientem. Poznać go, dopiero wtedy może podjąć decyzję czy gotówkę można pożyczyć.
Roman Jamiołkowski, rzecznik firmy Provident

Bazy danych o klientach pokazują tylko historię kredytową danej osoby. My chcemy poznać człowieka, a nie jego ewentualny dług.

– Zdarza się, że ludzie pożyczają np. na plazmę. Ale to się dzieje naprawdę rzadko. Zwykle są to jakieś wydarzenia ekstra, których nie może udźwignąć budżet domowy, jak właśnie posłanie dzieci do szkoły czy wyprawienie świąt – mówi pani Grażyna. – Często są to po prostu pieniądze na nagłe sytuacje. Zepsuty piec od centralnego, niedziałająca pralka czy drogi lek, który trzeba szybko wykupić. Niestety, często pożyczają też na przeżycie, bo pracodawca nie wypłacił pensji na czas, a tu się żyje od pierwszego do pierwszego.

Pani Agnieszka mieszka z trójką dzieci w Gorczenicy pod Brodnicą, w wielorodzinnym domu z czerwonej cegły. Mieszkanie jest urządzone nowocześnie, a od pani Agnieszki emanuje energia i dobry humor. Jest drobna, mówi szybko i pewnie. Jej syn Sebastian to dusza towarzystwa. Jego dwie siostry Ola i Ania wręcz przeciwnie. Na wieść o naszej wizycie schowały się w swoich pokojach.

– Od dwudziestu pięciu lat jestem sekretarzem szkoły. Zajmuję się ewidencją uczniów, listami płac, wszelkimi sprawami kancelaryjnymi. Wszystkie moje dzieci chodziły do tej szkoły, a jedna córka nadal chodzi – mówi pani Agnieszka. Dlaczego Provident? – No nie wiem, współpracujemy już pięć lat. Na bieżąco odnawiamy te pożyczki. Na pewno wygodą jest gotówka do domu, kontakt z miłym człowiekiem. I oczywiście łatwy dostęp. Nasza rodzina jest spora, wydatki są większe. Wszystkie dzieci uczą się i właśnie ta nauka jest największym kosztem – tłumaczy.

Pani Agnieszka w tym roku złapała się za głowę, kiedy we wrześniu wyliczyła, że na same podręczniki dla trójki dzieci będzie musiała wydać ponad 600 zł. A ten rok szkolny jest wyjątkowy, bo średnia córka zdaje maturę. Nie dość, że idzie nową reformą i co roku trzeba kupić zupełnie nowy komplet książek, to teraz jeszcze trzeba było zainwestować w repetytoria. Córka chce iść na studia, to i matura musi jej dobrze pójść.

Strategia pani Agnieszki jest chyba skuteczna, bo najstarsze dziecko, Sebastian, bez problemu dostał się na Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu. – Miałem najróżniejsze pomysły, ale ostatecznie zdecydowałem się na Wschodoznawstwo. W tym roku będę bronił licencjat. W przyszłości chciałbym zostać pośrednikiem w kontaktach handlowych lub biznesowych. Ale powinienem jeszcze uzupełniająco zrobić studia związane z tematami gospodarczymi – opowiada Sebastian. – Myślę jeszcze o pracy w dyplomacji – dodaje. – Oj, nadawałby się – śmieje się pani Agnieszka. 

Sebastian w Poznaniu mieszka w akademiku. – To wydatek rzędu 350 zł miesięcznie. Na wynajęcie mieszkania nie byłoby nas stać – dodaje matka. A jakie są zainteresowania dzieciaków pani Agnieszki? Okazuje się, że pod tym względem Brodnica ma swoim mieszkańcom do zaoferowania całkiem szeroką ofertę. – Najmłodsza córka chodzi do Brodnickiego Domu Kultury na taniec nowoczesny. Średnia uczęszcza na zajęcia akordeonu w szkole muzycznej. Sebastian bryluje w sekcji teatralnej BDK. Te wszystkie zajęcia kosztują mnie grosze. Tylko dzieciaki trzeba dowieźć do Brodnicy, bo tu nie ma dobrej komunikacji.

Sebastian jest typem społecznika. W liceum działał w samorządzie, a od września ma zacząć pracę w Fundacji Młodzi Głosują. – To jest wolontariat, ale pracuję też zarobkowo. Przez wakacje w restauracji. Pomagam też w rozładunku towaru w drogerii –to raptem dwie, trzy godzinki, a płaca całkiem godziwa – dodaje. 

Zarobione pieniądze wydaje na własne przyjemności. Ciuchy, płyty z polskim hip-hopem, telefon.– Chciałbym mieć smartfona. Nie mam żadnego wymarzonego modelu. Ten sprzęt musi mnie urzec. Powinien być duży, nowoczesny i odtwarzać muzykę dobrej jakości. Nie kupię go sobie za własne pieniądze, za długo musiałbym odkładać, a ja nie jestem cierpliwy – śmieje się. 

Przez ostatnie dwa lata Sebastian miał stypendium socjalne, ale w tym roku mu odebrali, bo progi są coraz niższe. – Spróbuję dostać naukowe, ale jakoś nie mam natchnienia – mówi Sebastian.

Mąż pani Agnieszki od dwóch lat pracuje w Niemczech, w hucie aluminium.– Ustaliliśmy, że sytuacja będzie tak wyglądała do momentu, kiedy dzieci się nie wykształcą. Wówczas wróci. Do domu ma 1100 km, bez korków jedzie do nas 12 godzin – opowiada pani Agnieszka. Zanim dzieci poszły do szkoły to jeździli wszyscy razem na wakacje. Teraz w takich wyjazdach pomaga pani Grażynka. W tym roku nie było takiego wspólnego urlopu. Jedna córka pojechała na wycieczkę Nałęczów-Kazimierz-Puławy. Druga była w Budapeszcie, a Sebastian w maju bawił się kilka dni w Berlinie.

– Zwykle pożyczamy do dwóch tysięcy. Tygodniowa rata to około 60 zł – opowiada pani Agnieszka – Czy lubię te spotkania? Z Panią Grażynką? Bardzo! To sympatyczna i miła osoba. Zdecydowanie osładza mi płacenie raty – śmieje się pani domu. – To dobry układ, a pani Grażyna jest elastyczna. Czasem, jak jest sytuacja, że w dzień spłaty raty mam gości to Grażynka bez problemu przyjeżdża w innym terminie – dodaje. – Przecież, nie każdy musi wiedzieć kim ja jestem i po co przyszłam – dodaje doradczyni Providenta. – Kiedyś w zastępstwie była inna pani i jakoś tak bardziej bolało oddawać te pieniądze – kwituje pani Agnieszka.

Już nie płaczę w nocy
– Wiadomo, łatwiej byłoby powiedzieć klientom, że mają u nas pożyczkę za zero złotych i opatrzyć to trzydziestoma gwiazdkami. Każdy kolejny miesiąc opóźnienia generowałby kary finansowe, a my byśmy na tym zarabiali Uważamy, że taki sposób prowadzenia biznesu pożyczkowego jest nie nie do przyjęcia. My jesteśmy odpowiedzialni, działamy przejrzyście. Kiedy u naszego klienta pojawi się jakiś problem, wiemy o tym w ciągu tygodnia, próbujemy zaradzić. Przy pożyczce z obsługą domową nigdy nie naliczamy kar za opóźnienie w spłacie. – mówi Roman Jamiołkowski.

Jak zatem firma mobilizuje swoich klientów do spłaty? – To bardzo proste. Chodzi o zwykłą relację międzyludzką. Nasze doradczynie wywodzą się z tamtego środowiska, są członkiniami lokalnej społeczności. Ile razy można spuszczać oczy w supermarkecie albo na mszy? – dodaje.

Doradczynie Providenta to w 70% kobiety. Ich klientki też. To panie zajmują się budżetem domowym. Mężczyźni są niewidoczni, w ciągu żadnej z wizyt nie spotkałam pana domu.
Pani Joanna jest najmłodszą osobą, którą odwiedzam. Ma 28 lat, rozwiedziona, mieszka z matką i dwójką dzieci – dwuletnim Mikołajem i czteroletnim Frankiem. – Panią Grażynkę poznałam przez mojego męża. Zapożyczyliśmy się na jego studia, ale on nie spłacał, więc ja musiałam. Jakoś sobie razem poradziłyśmy – mówi Joanna. Potem był remont domu, a w czerwcu pożyczka na wyprawienie Franka do zerówki. – Nie lubię stać w kolejkach, muszę mieć spokojną głowę, dlatego przed czasem kupiłam wszystkie rzeczy. Oczywiście poza podręcznikami – dodaje. 

Przedszkole Franka ma sztywne wymogi. Dzieci muszą mieć dwie pary butów, jedne po szkole a drugie na WF, trzy pary dresów na zmianę. – Kupiłam jeszcze spodnie i kurtkę, żeby jakoś wyglądał. Same buty to spory wydatek – 120-150 zł. Biorę mu takie droższe, bo jak kiedyś gorsze kupiłam, to przez pół roku dwa razy musiałam zmieniać. Nie opłaca się – żali się Joanna. Same książki kosztowały ją 250 złotych, na szczęście to już jest zestaw z zeszytami. Składki w szkole to kolejne 200 zł. 

– Ja nie korzystam z gminy, a syn je obiad w szkole. To 50 zł za tydzień. Teraz jest też taka akcja, żeby dzieciaki mleko piły. Tylko, że mój jakiś taki inny jest i zwykłego nie pije. A za smakowe muszę dopłacić – no to dopłacam. Plecak kosztował mnie 80 zł, ale jest dobrej jakości – dodaje. Wymarzony, bo z ulubionymi bohaterami Franka, postaciami z "Toy Story". Szukali właśnie takiego, a teraz chłopiec z dumą pokazuje mi tornister. 

– Mam ciężką sytuację. Mąż mnie zostawił, jak urodził się Mikołaj. Nie miałam żadnych pieniędzy, nawet na mleko dla dziecka nie miałam. Było naprawdę źle – słyszę. Pani Agnieszka dostaje na dzieci 900 zł z funduszu alimentacyjnego. Ojciec chłopców pracuje na czarno, więc komornik nie wejdzie mu na konto. Zasądzono też 200 zł alimentów na panią Joannę. Ale te pieniądze muszą już wyjść od jej męża, fundusz nie finansuje alimentów na dorosłych. 

Kiedy Joannie przyznano alimenty, ZUS przestał jej płacić za urlop wychowawczy, więc teraz żadnych pieniędzy na siebie nie dostaje. 

– Pewnie, że chciałabym wrócić do pracy, bo to i pieniądz i do ludzi można wyjść. Ja tutaj cały czas z Mikołajem muszę siedzieć. Jedyny moment wolny, jaki mam, to kiedy prysznic biorę. Jak jest ciepło, to chociaż z nimi na spacer pójdę, ale jak zimno, to tylko się w tym domu siedzi. Oszaleć można – żali się Joanna. Babcia jest pod dwóch zawałach, więc nie można jej zostawić z Mikołajem. Do przedszkola Mikołaja nie ma kto wozić, jest jeszcze dalej niż zerówka Franka. Miał być autobus z gminy, ale w końcu nie zorganizowali transportu. Joanna liczy na to, że może za rok będzie mogła wrócić do pracy w supermarkecie. 

– Tak jak mówiłam, na ojca dzieci nie mogę liczyć. On z resztą cały czas mówi, że jestem niegospodarna, a z 900 zł spokojnie mogłabym odłożyć. Ciekawe jak?! Bardzo pomaga mi brat – dodaje. Jarosław mieszka 10 km od pani Joanny, jest ślusarzem i nie wyobraża sobie, że dzieciom mogłoby czegoś zabraknąć. Pomaga w spłacie zadłużenia, a czasami weźmie samą Asię na zakupy, żeby kupiła w końcu coś sobie. 

– Mam wyrzuty sumienia, bo dobrze wiem, że Jarek nie zakłada własnej rodziny ze względu na mnie – dodaje matka chłopców. – Staram się chłopakom zapewnić jakieś rozrywki. Ostatnio byliśmy na kulkach, a jak były dożynki w Brodnicy to skakali na takich dmuchanych zabawkach.

Problemem jest brak samochodu. Dzieciaki często chorują w nocy, wtedy z pomocą przychodzi zmotoryzowana siostra Joanny. Tylko nie można przesadzić, bo siostra ma pięcioro własnych dzieci i też musi wypocząć. Asia chciałaby zabrać się z siostrą i dzieciakami do Aquaparku w Bydgoszczy, ale to będzie droga wycieczka, pewnie koło 200 zł, więc muszą poczekać. Tym bardziej, że szykuje się kolejna pożyczka, w tym roku w domu będzie kładzione centralne.

– Nie wiem co bym zrobiła bez Grażynki. Dzięki niej coraz częściej się uśmiecham i mam własne pieniądze. Jakiś czas temu płakałam po nocach, że dzieci nie będą miały co jeść, nie mówiąc już o przyborach szkolnych. Dziś wiem, że mam na jogurt i kanapkę do szkoły. Kupiliśmy wymarzony plecak a Franek może pić mleko smakowe. Już nie płaczę.

Na brodnickim rynku robota wre, plac zyskuje nową nawierzchnię, kamienice zostały zrewitalizowane i przyciągają wzrok gładką elewacją i pastelowymi kolorami. Fundusze unijne chyba płyną tu obfitym strumieniem, kładzie się nowe chodniki, miasto okala malownicza ścieżka rowerowa.

Może dobrego transportu z okolicznych wsi do miasta nie ma, a przedszkolny autobus wciąż jest pieśnią przyszłości, ale na rynku niebawem ma stanąć jedna z najpiękniejszych fontann w Europie. Taka podświetlana i grająca. Na jej uroczystym uruchomieniu pewnie spotkają się rodziny pani Joanny, Agnieszki i Ireny. To będzie atrakcja dla dzieciaków. Chociaż bez tej fontanny pewnie dałoby się żyć. Bez pani Grażynki raczej nie.
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
DzieciBiedaEdukacjaZarobki
Skomentuj