Śmierć białych kołnierzyków. "Za 20 lat zostanie tylko kilka procent księgowych, audytorów, analityków i telemarketerów"

"Za 20 lat zostanie tylko kilka procent analityków, księgowych, audytorów czy telemarketerów" - zapowiada śmierć białych kołnierzyków prezes McCANN Worldgroup Wojciech Borowski
"Za 20 lat zostanie tylko kilka procent analityków, księgowych, audytorów czy telemarketerów" - zapowiada śmierć białych kołnierzyków prezes McCANN Worldgroup Wojciech Borowski Fot. McCANN Worldgroup
Znikną zawody telemarketera, księgowych, audytorów czy analityków. W każdej z tych profesji potrzebnych będzie raptem kilka procent pracowników. Resztę czeka masowe bezrobocie. Katastroficzna wizja przyszłości? Niestety, to scenariusz, który już zaczął się realizować. – Całe branże będą zastępowane algorytmami i Big Data. Przy czym rozwój tego sektora i miejsca pracy powstałe dzięki Big Data nie będą w stanie w żaden sposób zrekompensować tego, co zniknie – mówi nam w wywiadzie Wojciech Borowski, prezes agencji reklamowej McCANN Worldgroup Polska.

Z Pana wypowiedzi wynika, że niedługo– za kilkanaście lat – czeka nas śmierć białych kołnierzyków. Wiele zawodów ma zniknąć z powodu Big Data...



Wojciech Borowski: To prawda, chociaż nie chciałbym od początku demonizować zjawiska Big Data, które niesie też ze sobą bardzo dużo dobrego.

Na przykład?

W dzisiejszym chaosie, szumie informacyjnym, Big Data ma doprowadzić do zlikwidowania szeroko pojętego spamu. Np. firmy będą mogły tak profilować swoje komunikaty do użytkowników, że jeśli ktoś jest szalonym kawalerem, to nie dostanie reklam pieluch. To jednak przekłada się na więcej aspektów: zmiany jakości zarządzania produktem, firmą, pracownikami, procesami logistycznymi. Amazon na przykład nie podejmuje żadnej decyzji bez wykorzystania Big Data. A wiadomo, że akurat ich zasób informacji jest ogromny.

To jest pozytywna strona. Później pojawiają się trzy problematyczne obszary. Jeden to kwestia, w jaki sposób zbiera się i wykorzystuje informacje. Mieliśmy ostatnio ciekawy tego przykład: Facebook bawił się stroną, dozował części użytkowników więcej informacji negatywnych, by sprawdzić, jak to wpływa na ich nastroje. Można więc manipulować Big Data tak, by uzyskać pewien efekt – i to jest niepokojące.

Drugi problematyczny obszar?

Bezpieczeństwo. Firmy będą zbierać o nas coraz więcej informacji – powstaje pytanie, czy państwa będą w stanie chronić dane przed manipulantami, hakerami.

Trzeci problem to, prawdopodobnie, jedno z największych wyzwań cywilizacyjnych, jakie nas czeka: bezrobocie białych kołnierzyków. Sektory kreatywne gospodarki, takie jak agencje reklamowe, nie są zagrożone, bo w tym procesie niezbędny jest oczywiście człowiek. Ale już domy mediowe, które wymyślają, jakie treści, w jakich mediach umieszczać, mają zniknąć. Prawdopodobnie zostaną zastąpione przez algorytmy.

Czyli nawet nie poszczególne zawody, a cała gałąź branży traci rację bytu.

Dokładnie tak. Całe branże będą zastępowane algorytmami i Big Data. Przy czym rozwój tego sektora i miejsca pracy powstałe dzięki Big Data nie będą w stanie w żaden sposób zrekompensować tego, co zniknie. Do takiej sytuacji ma dojść za najbliższe 20-30 lat.

Przedstawia to Pan tak, jak by za te 30 lat miała powstać nagle wielka dziura na rynku pracy. Ale przecież jeśli dzisiaj już znamy to zagrożenie, to możemy spróbować mu chyba jakoś przeciwdziałać?

Problem polega na tym, że gospodarki światowe nie będą się rozwijać na tyle szybko, by móc wchłonąć tylu bezrobotnych. Póki co mówiliśmy tylko o branży mediów, ale według prognoz zniknie też zawód telemarketera. Księgowych i audytorów zostanie 5-6 proc. Wszystkie dokumenty będą analizowane i będą powstawały online. Te kilka procent ludzi w branży to będą osoby sprawdzające to, co dla nich wykonał komputer i akceptujące jego pracę. Kolejny zawód: cała sprzedaż w punktach detalicznych – zostanie 8 proc. pracowników. Z kolei w sektorze handlu nieruchomościami – 14 proc. To potężne liczby.

Można to chyba porównać do pojawienia się samochodów – wiele istniejących zawodów straciło przez nie sens, ale były one skokiem cywilizacyjnym. Tylko tym razem skala procesu będzie o wiele większa, bo od razu globalna.

Tak, niektóre dzisiejsze zawody, za te 20-30 lat, znikną w 90 procentach. Wszystko wskazuje na to, że świetnie wykształceni ludzie, będą bezpowrotnie tracić pracę. To zaś poskutkuje dalszym rozwarstwianiem ekonomicznym społeczeństwa – bogacić się będą szczególnie właśnie ci związani z Big Data, zbierający i obrabiający informacje.

Nawet zawód prawnika w pewnym stopniu może zniknąć – w sensie analizy prawnej. Wraz z Big Data spadać będzie w ogóle zapotrzebowanie na wszelkiej maści analityków. Chociaż najbardziej zagrożonym zawodem jest wspomniany już telemarketer, których zostanie tylko 1 proc. Proszę sobie wyobrazić, co się stanie się np. z takimi Indiami, gdy znika zawód telemarketera.

Obstawiałbym recesję.

Właśnie, a już teraz Indie mocno wyhamowały. Dla takiego kraju jest to ogromna gałąź gospodarki, która po prostu zniknie. W Polsce też mamy wielu telemarketerów, księgowych, analityków. Proszę zauważyć, że większość z nich to według dzisiejszych standardów świetnie wykwalifikowani, ludzie, którym bardzo trudno będzie się przekwalifikować.

Czy istnieją już jakieś propozycje działań, rozwiązań, które mogłyby złagodzić tę apokalipsę na rynku pracy?

Niestety, nawet w pismach takich jak "The Economist", czy w środowiskach naukowych, specjaliści zajmujący się tym tematem przyznają, że problem będzie ogromny, ale na razie nie ma pomysłu, jak go rozwiązać, by w efekcie wszystko wyszło na plus. Ale wracając do pańskiego porównania z samochodami – dzięki pojawieniu się ich, powstało mnóstwo nowych miejsc pracy, rozwinęły się całkiem nowe rodzaje działalności gospodarczej.

Tak samo będzie z Big Data, która przecież w zamyśle dąży do tego, by zwiększać efektywność działań, a co za tym idzie, zwiększać konkurencyjność. Dla firm jest to niesamowite narzędzie i ci, którzy nie będą potrafili wykorzystać tej wiedzy, polegną.

Wszystko to brzmi pięknie, ale cały czas mówimy tylko o korzyściach dla firm. Co z korzyściami z Big Data dla zwykłych ludzi? Pomijając aspekt oczywisty, czyli reklamowy i brak spamu. Poza tym, szczerze mówiąc, wcale nie do końca mnie cieszy, że Google wie, jaką ma mi pokazać reklamę.

Przez to, że jako firma lepiej rozumiemy odbiorcę, jesteśmy w stanie profilować swoje produkty tak, by były one bardziej użyteczne i lepsze z punktu widzenia użytkownika. Wiemy, co im przeszkadza, co jest nieefektywne, co można zmienić. To nie dotyczy tylko reklam. Przykładem jest to, jak nieustająco zmienia się strona Facebooka, czy logistyka Amazona. Inne ciekawe zastosowanie: pewna firma zaczęła zbierać informacje o pogodzie z samolotów. Prognozy pogody korzystające z Big Data tej firmy są o 7 proc. trafniejsze w porównaniu do tego, co było przed użyciem Big Data. Dodajmy, że przecież w lotnictwie pogoda odgrywa kluczową rolę. Wszystko sprowadza się do tego, by produkty były bardziej przydatne.

Podobnie w energetyce, gdzie w użycie wejdą niebawem inteligentne liczniki, badające kiedy i ile dokładnie zużywamy prądu. Dzięki nim dostawcy energii będą mogli lepiej ją przesyłać, a co za tym idzie – oszczędzać. Wszystko to brzmi wspaniale, ale dla wielu Polaków "Big Data" nadal oznacza inwigilację. Zastanawiam się, czy warto jeszcze bronić się przed podawaniem firmom informacji o sobie? Banki i tak już wiedzą o nas niemal wszystko.

Przede wszystkim to najczęściej wydaje nam się, że się schowaliśmy. Bo ukryć możemy się przed znajomymi, ale sam Facebook jako firma wie wszystko o tym co robimy, wie kim jesteśmy, z kim i o czym rozmawiamy. Moim zdaniem nie ma sensu z tym walczyć. Chyba, że ktoś chce odciąć się od współczesnego świata, społeczeństwa, wyprowadzi się na Alaskę i zamieszka tam w drewnianym domu. Osoby, które działają we współczesnym świecie, są skazane na Big Data.

Mimo wszystko nie brzmi to jak najprzyjemniejsza wizja przyszłości, przynajmniej dla zwykłych ludzi.

Rzecz polega na tym, by sektor Big Data szedł w kierunku przede wszystkim przejrzystości: tego kto o nas zbiera dane, jakie, powinien istnieć dostęp do tego, co jaki podmiot o mnie wie, ale również - co za to dostaje. Tak, by ludzie widzieli, że to wymiana handlowa. Algorytmy mnie śledzą, ale wiem w jaki sposób, co o mnie wiedzą i po co – w zamian dostaję lepsze produkty. Świat rozwija się tak dynamicznie, istnieje tak wiele form dotarcia do ludzi, komunikacji, że im bardziej informacje są uporządkowane, tym lepiej dla nas.

Nie boi się Pan, że dojdzie tu do gigantycznych nadużyć? Nastąpi kompletna korpokracja.

Oczywiście, że mnie to niepokoi i boję się tego. Uważam jednak, że nie nastąpi taka sytuacja, że na przykład Google zdominuje świat. Kluczową rolę pełnią tutaj ustawodawcy i konkurencja na rynku – muszą oni stworzyć takie warunki, w których wygrywać w internecie, w Big Data, będą ci najbardziej przejrzyści. Myślę, że taki stan osiągniemy również w toku naturalnego procesu, jakim będzie wybór konsumentów, którzy wolą wiedzieć, jakie dane się o nich zbiera, po co, i jak są one wykorzystywane. Takie podmioty będą się pojawiały i wymuszały przejrzystość nawet na najsilniejszych graczach na rynku. Szczerze mówiąc dużo bardziej wierzę tutaj w rolę odpowiedzialnych firm i konsumentów niż ustawodawców.

Jeśli o tych ostatnich mowa – oni też korzystają z Big Data. Nie powinniśmy się najbardziej bać, że to politycy wykorzystają tę dziedzinę w niewłaściwy sposób? Jak, poza typowymi badaniami czy sondażami, funkcjonuje Big Data w polityce?

Barack Obama wygrał wybory dzięki Big Data – to była pierwsza kampania, która wykorzystała to narzędzie w bardzo innowacyjny sposób. Odpowiadała za to Amy Gershkoff, którą gościmy w tym roku na EFNI w Sopocie. Wyjątkowa postać, która wykorzystała Big Data do tzw. mikrotargetowania. Pierwszy raz sztab był w stanie dotrzeć do niezdecydowanych, nie tracili czasu na docieranie do absolutnie nieprzekonanych. Gigantyczną rolę odgrywało to, do kogo ma trafić komunikat. Po drugie, finansowanie – Obama wykorzystał fundraising. Po raz pierwszy tak ogromną rolę odegrały w kampanii nie korporacje i wielki biznes, a zbiórka po 5, 10, 12 dolarów. Big Data odgrywa też coraz większą rolę w procesach decyzyjnych w polityce.

Jak to jest w Polsce? Nasi politycy też z tego korzystają?

Oczywiście – dzisiaj partie bazują na nastrojach wyborczych i danych na ich temat. W polityce powstaje jednak jeden problem. Gdy zadamy pytanie, Big Data da nam odpowiedź. Wizjonerzy, geniusze, mogą wykorzystywać Big Data do realizacji swoich celów i zadawania ważnych pytań. Rzecz polega na tym, czy w polityce znajdą się tacy wizjonerzy, którzy zechcą wykorzystać zdobyte odpowiedzi do wprowadzania niezbędnych reform gospodarczych. I na ile politycy skorzystają z Big Data, by utrzymać się przy władzy, a na ile, by świat stał się lepszym miejscem.
Trwa ładowanie komentarzy...