Dziś w Sejmie posłowie odrzucili obywatelski projekt ustawy ws. sześciolatków
Dziś w Sejmie posłowie odrzucili obywatelski projekt ustawy ws. sześciolatków Agencja "Gazeta"

W Sejmie po raz trzeci przepadł obywatelski projekt ustawy w sprawie sześciolatków. - Nie możemy się załamywać. Każdy rodzic musi walczyć o swoje dziecko - mówi w rozmowie z naTemat Tomasz Elbanowski.

REKLAMA
Po raz trzeci przepadł obywatelski projekt ustawy ws. sześciolatków. Tym razem do kosza poszło 300 tys. podpisów.
Tomasz Elbanowski: Szkoda, że podczas debaty w tej sprawie w Sejmie zabrakło Joanny Kluzik-Rostkowskiej, która w tym czasie aktywnie działała na Facebooku czy Twitterze. Dziś z kolei pani minister mówiła tylko o polityce i odbiorze reformy w mediach. Dzieci najwyraźniej nie mieszczą się w polu zainteresowania minister edukacji.
Ale to posłowie zadecydowali o odrzuceniu projektu.
Oni również nie dyskutowali z nami na poziomie merytorycznym. Mówiliśmy o tym, że wbrew rządowej propagandzie, mało który kraj w Europie narzuca tak małym dzieciom sztywny obowiązek szkolny, że od 1 września w szkolnych ławach zasiądą również 5-latki z końca roku. Że będzie to organizacyjna porażka, bo w pierwszych klasach znajdzie się 650 tys. dzieci, a nie 350 tys., jak w poprzednich latach.
Warunki w naszych szkołach, choćby nauka zmianowa, nie zdarzają się w cywilizowanym świecie, a jedynie w takich krajach jak Meksyk, Pakistan czy Indie. Szkoda, że posłów interesowało tylko to, czyje będzie na wierzchu. Przeciw głosował również PSL, choć kandydat tej partii na prezydenta zapewniał nas o poparciu, bo sam jako ojciec skorzystał z wywalczonego przez nas dla poprzednich roczników wolnego wyboru.
Co dalej państwo zamierzają?
Przede wszystkim, nie wolno się załamywać. Każdy rodzic musi walczyć o swoje dziecko.
Jak konkretnie?
Korzystając z prawa do odroczenia obowiązku szkolnego. Co prawda Ministerstwo Edukacji Narodowej wywiera polityczne naciski, aby odroczeń było jak najmniej. Wiceminister edukacji Tadeusz Sławecki rozesłał nawet do gmin okólnik, w którym wzywał, by nie uznawać części wydanych zgodnie z prawem odroczeń. Mamy sygnały, że poradnie ulegają naciskom. Uzyskanie diagnozy braku gotowości szkolnej jest dziś trudne, ale wciąż możliwe.
Co może spotkać rodziców w poradni?
Psychologowie - oczywiście anonimowo - wprost przyznają, że działają pod presją. Rządowi zależy na sukcesie reformy, a władzom gminy na subwencji na pierwszaki. Trzeba więc szukać przyjaznych poradni, które rzetelnie zbadają dziecko i wydadzą potrzebny do odroczenia dokument. Na stronie rzecznikrodzicow.pl udostępniliśmy „Poradnik dla rodziców”, uruchomiliśmy również „Infolinię odraczania”, gdzie nasi eksperci radzą jak pokonać trudności w tej sprawie.
Rodzice naprawdę tak masowo chcą odraczać swoje dzieci?
Już w ubiegłym roku, gdy obowiązek szkolny dotyczył starszej połowy rocznika sześciolatków, odroczono co piąte dziecko. Wystarczy poczytać prasę lokalną w dowolnym województwie, żeby się przekonać jakimi tłumami rodzice walą do poradni. System został postawiony na głowie. Do tej pory rodzice musieli pójść do poradni, jeśli chcieli udowodnić, że ich 6-letnie dziecko ma gotowość i może wcześniej iść do szkoły. Teraz jest odwrotnie, trzeba udowodnić, że dziecko jest jeszcze za małe.
A przecież większość sześciolatków to jeszcze dzieci, które nie mają szkolnej dojrzałości. Nie są wstanie spędzać całych godzin w bezruchu, długotrwale trzymać długopisu, ich wzrok i słuch nie jest gotowy do skupienia się na kartce i zapisywania dźwięków, takich jak „dź” czy ć”, których w tym wieku nie rozróżnia się jeszcze słuchem. Te umiejętności pojawiają się około 7. roku życia.
Joanna Mucha przyznała, że ceni projekty obywatelskie, ale państwa projekt został złożony po raz trzeci w takiej samej formie.
Wczoraj na debacie siedziało kilku posłów koalicji, poseł Muchy nie widziałem. Nasz projekt jest dość obszerny i nigdy wcześniej nie podnosiliśmy większości ze przedłożonych tam propozycji. Posłowie mogliby chociaż udawać, że go przeczytali. Najważniejszy punkt dotyczy oczywiście wolnego wyboru dla rodziców sześciolatków. Nie wiem, dlaczego władza jest aż tak butna, że odmawia rodzicom prawa do decydowania o edukacji własnych dzieci.
Największe emocje zdaje się wywołać jednak nie sam państwa projekt, ale to, że pani Karolina... usiadła na miejscu prezydenta.
Może wśród polityków, którzy marzą o tym fotelu. Emocje zwykłych ludzi, na przykład 300 tys. obywateli podpisanych pod projektem, to przede wszystkim rozgoryczenie. Rodzice pytają, jak to możliwe, żeby Platforma, która nazywa się obywatelską, nie chciała nawet przyjąć projektu do dalszych prac, tylko odrzuca go już w pierwszym czytaniu.
Tysiące ojców i matek pisze do nas, są przerażeni ograniczeniem swoich praw obywatelskich. Ich nie interesuje to, kto gdzie siedzi w Sejmie, tylko fakt, że są zmuszani do posłania swojego malutkiego dziecka do nieprzystosowanej do tego szkoły. Zebraliśmy pod naszymi trzema projektami 1,6 mln podpisów. Tak jak mówiła żona w Sejmie: „zrobiliśmy to, bo jesteśmy dumni, jesteśmy obywatelami, a nie poddanymi”. To się nie zmieniło również po dzisiejszym głosowaniu. Na pewno nie zamierzamy się poddawać.