Zjem łożysko, urodzę w lotosie i wszystko nagram. To, co się działo na porodówce, zostaje na porodówce

Co się dzieje na porodówce, zostaje na porodówce.
Co się dzieje na porodówce, zostaje na porodówce. Fot. Iwona Burdzanowska / Agencja Gazeta
Położna Halina z jednego z warszawskich szpitali widziała już tyle, że trudno ją czymkolwiek zadziwić. To prawdziwa weteranka wydziału położnictwa. Przez ponad 40 lat pracy, przyjęła trzy pokolenia warszawiaków. To pod jej skrzydła trafiają przyszłe matki i potrafią się zwierzyć z największych obaw. W rozmowie z naTemat zdradza, co się dzieje za zamkniętymi drzwiami polskiej porodówki.

Wracają do Pani te same pacjentki z kolejnymi ciążami, a potem ich córki i wnuczki...



Mam 3 takie rodziny. Mam takie matki, które rodzą kolejne dzieci ze mną. Mamy dobre wspomnienia, więc te kobiety wracają.

Jak przez te wszystkie lata zmieniła się polska porodówka?

Bardzo! Gdy zaczynałam pracę, jeszcze w epoce socjalizmu, ponad połowa kobiet nie chodziła na żadne badania kontrolne. Nie było świadomości. Nie było szkół rodzenia. Kobiety często nie wiedziały, co czeka je na porodówce. Dopiero pierwszy poród był praktyczną szkołą rodzenia na przyszłość, na kolejne dzieci. To były czasy, kiedy nie było znieczuleń. Ale położne z doświadczeniem miały swoje sposoby, nie wszystkie się zdradza, nawet dziś. Teraz jest inaczej. Polki są bardziej świadome. Teoretycznie wiedzą, co je czeka. Szukają w internecie, chodzą na zajęcia, mają opiekę przed porodem.

Jakie ma Pani sposoby, żeby rozładować emocje podczas rodzenia?

Perswazja, tłumaczenie, leki rozkurczowe. Ja mam taką naturę, żeby maksymalnie pomagać kobiecie. Po co ma się męczyć i leżeć nie wiadomo ile godzin. Położnictwo mówi tak: poród pierwiastki, czyli kobiety która rodzi po raz pierwszy, podręcznikowo może trwać nawet do 22 godzin...No bez przesady! Dyżur położnej trwa 12 godzin. Mając te pacjentki na 12 salach staram się pomóc urodzić w ciągu mojej jednej zmiany.

Rekordowy poród w Pani karierze?


42 godziny! A to tylko dlatego, że trafiła mi się nawiedzona matka Polka, która gdzieś coś usłyszała, ktoś coś jej powiedział i przyszła z założeniem, że będzie rodziła tylko naturalnie. Ale pojawiły się komplikacje i było już wiadomo, że nie urodzi sama. Ale nie. Do niej nic nie docierało. Ma być naturalnie i koniec. Bardzo ciężko się dyskutuje z rodzącą. W końcu po tych nieszczęsnych prawie dwóch dobach nie wytrzymała i było cięcie. Ta głupota kosztowała jej dziecko 4 punkty w skali Apgar .

Jest jakieś lekarstwo na takie oporne przypadki?

Czasami trzeba powiedzieć dosadnie. Niedawno miałam taką pacjentkę. Mówię, Marysia słuchaj zejdź z tego łóżka, stój w rozkroku, pochodź i nie leż, bo to nie sprzyja rodzeniu. W odpowiedzi usłyszałam, że nie, bo ona wie lepiej, co jest dla niej dobre. Towarzyszył jej mąż. Niedługo potem była już na takim etapie, że krzyczała tylko „ja chcę cięcie! Ja chcę cięcie”. Co zrobiłam?

Pytam jej męża: panie Piotrze jest pan głodny? Tutaj naprzeciwko jest kebab, niech pan pójdzie. Wtedy zamknęłam drzwi i powiedziałam Marysi dosadnymi słowami, że albo dojdziemy do porozumienia i będzie mnie słuchała albo ja wychodzę i mówię pa. Na decyzje dałam pół godziny. W końcu się zgodziła. Najdalej 20 minut później urodziła i mówi „(tu niecenzuralne słowo) dlaczego ja pani nie słuchałam!”.

Do tego teraz wy młodzi jesteście pokoleniem roszczeniowym – niestety. Są tacy panowie, którzy wchodzą i pytają proszę pani, kiedy moja żona urodzi? Ja mówię, że nie wiem. Jak to pani nie wie skąd mogę wiedzieć. Ale proszę pani mnie się spieszy. W takich przypadkach sięgam po perswazję i mniej eleganckie słowa.

No właśnie a co z ojcami. Są potrzebni przy porodzie?


Są różni mężowie. Czy są potrzebni? Na pewno w tym pierwszym okresie porodu tak. To jest najbliższa osoba, która wodę poda, za rękę potrzyma i doda otuchy. Ale potem, w 2 okresie porodu, kiedy dzieci już się rodzą, facet tylko przeszkadza. Faceci robią się dziecinni, infantylni, marudni. Gorsi niż te kobiety. Na porodówce, w chwili prawdy, widać kto ma siłę. Ma ją kobieta. Dlatego staram się nimi tak manewrować, żeby niewiele zobaczyli z samego „krwawego” show. To nie jest widok dla faceta. Mdleją już na wstępie, potem szkoda gadać. Mężczyzna „rodzący” to najbardziej zagubiona osoba, nie wie co ma ze sobą zrobić. Ja wiem co robię, matka, która rodzi też jest świadoma swojego bólu, wie jak poród postępuje, jest zdyscyplinowana a on, taka sierotka niewiele może zrobić.

A jak mężczyźni reagują ?

Reakcji jest tyle, ilu ludzi. Niedawno 3 ciąża mojej pacjentki miała swój finał w domu. Jak zaczęły się skurcze, mąż nie zdążył nawet zabrać rodzącej do samochodu. Otrzymałam tylko telefon: „Pani Halino kuxxx mać dziecko się urodziło, co ja mam zrobić?!” Ja na to spokojnie tłumacze: połóż je mamie na brzuchu, weź sznurówkę i zwiąż pępowinę. Wszystko się dobrze skończyło, chociaż trudno jest zachować spokój w takiej chwili zwłaszcza mężczyźnie.

Ale już sama reakcja mężczyzn na nowo narodzonego potomka to chyba jedna z największych satysfakcji w moim zawodzie. Jak widzę faceta, obojętne czy duży czy mały, czy byk potężny – łzy leją mu się ciurkiem, ręce się trzęsą, on trzyma nożyczki i przecina pępowinę. To jest coś pięknego. Tu się rodzi bardzo mocna więź między członkami rodziny.

Jakie pytanie Panią najbardziej zaskoczyło?

„Proszę pani, czy u pani na sali porodowej, rodzi się na drabinie?”. Bo na szkole rodzenia była drabina. Ja, lekko zdziwiona, stojąc przy tablicy, narysowałam wielką drabinę i małego ludzika. No i się jej pytam, jak ona sobie wyobraża ten poród na drabinie. Konsternacja. „Ale ja czytałam w Internecie...”-odparła. Jak tyle lat pracuje to nie widziałam porodu na drabinie. Na drabince tak.

Ale udało się wybić pacjentce ten pomysł z głowy...


Tak, ale bywają tak zwane, ciężkie przypadki. Nie zapomnę kobiety, która wymyśliła sobie poród lotosowy. Jest taka moda. Wywodzi się z krajów afrykańskich. Rodzą kobiety, najczęściej Beduinki, na pustyni. Takiego dziecka według tej tradycji się nie "odpępnia". Czyli jest cały czas połączone z matką. Rodzi łożysko i ono usycha. Tam jest gorący klimat, więc trwa to zaledwie kilka dni i odpada. Dopiero wtedy się oddziela tę pępowinę, a łożysko zakopuje wymawiając magiczne zaklęcia. No i kobieta urodziła. Poród lotosowy, wszystko ok, nieodpępnione dziecko, ale potem kiedy doszło do niej, że to nie ten klimat, będą zarazki, że to droga wtórna i zacznie gnić zgodziła się na przecięcie pępowiny. Rutynowo łożysko trafiło do worka foliowego i do zamrażarki w celu utylizacji. Jednak ta pani, jak tylko emocje związane z porodem trochę opadły, przychodzi do mnie i pyta „gdzie jest jej łożysko”. Ale jak to, po co? – No bo ja je zjem. Poród lotosowy!Razem z doktorem zaproponowaliśmy tylko talerzyk, pieprz i sól. Ludzie na porodówce zachowują się czasem jak wariaci.

Czyli porodówka rządzi się własną modą?

Teraz jest moda na poród kobiety w domu lub w domach narodzin jak na przykład na Żelaznej w Warszawie. Osobiście uważam, że takie pomysły są szkodliwe, poród to nie żarty. Czasami sekundy decydują o życiu kobiety i dziecka. Nigdy nie wiadomo, co się może zdarzyć. W szpitalu, w normalnych warunkach, salę cięcia mam za ścianą, natomiast w domu narodzin, jak pojawia się problem trzeba jechać do oddalonego szpitala. Stąd wyższa śmiertelność.

Widzę też inny trend na polskiej porodówce. Czasami przychodzą z całym profesjonalnym sprzętem i chcą wszystko nagrywać.

Kiedy się zaczyna piekiełko?

Początkowa faza porodu jest najbardziej uciążliwa. Przychodzi taki moment, że człowiek chce wszystkich pozagryzać i wystrzelać. To są bardzo silne emocje, ogromny ból. Pacjentki wpadają w taką histerię, że na zmianę płaczą i wyzywają tych swoich biednych mężczyzn. Wyrzucają sobie najgorsze skrywane urazy. Lecą takie teksty, że głowa mała.

O jakich przypadkach mówimy?

Była słynna sprawa, kiedy na poród zgłosiło się przykładne, polskie małżeństwo jakich wiele, a dziecko urodziło się czarnoskóre. Ona świecie przekonana, że nie zdradziła, on wiadomo – nie był ciemnoskóry, więc myślał, że nie ma z tym nic wspólnego. Jednak żona dowiodła, że to mąż chodził do prostytutek i przeniósł na żonę nasienie z poprzedniego klienta. Wystarczył 1 plemnik. To był ewenement.

Odbierała Pani poród własnej wnuczki. Jakie to przeżycie dla kogoś kto przyjmuje dzieci na co dzień?


Moja córka rodziła za granicą i oczywiście wymogła na mnie, żebym tam przyjechała, do tego porodu. Poród trwał nie długo, ale to co ja przeżyłam przez ten czas, to trudno opisać słowami! Pomimo tak dużego doświadczenia i rutyny przyjmowania dzieci na ten świat, kiedy zobaczyłam wnuczkę po raz pierwszy, ryczałam...

Lubi Pani swoją pracę?

Kocham swoją pracę i nie wyobrażam sobie wykonywać żadnej innej.

Imię na prośbę bohaterki zostało zmienione.

Napisz do autorki: kalina.chojnacka@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...