Fatum rodzinnej firmy. Dlaczego kończą się dwa słynne biznesy klanów Blikle i Kruk

Cukiernia Blikle bez rodziny Blikle? To jak pączek bez lukru
Cukiernia Blikle bez rodziny Blikle? To jak pączek bez lukru fot Jacek Łagowski / YouTube.com
Demon polskiego „korpokapitalizmu” zabija nasze najstarsze firmy. Wojciech Kruk senior jubilerskiego rodu nie pojawił się na niedawnym jubileuszu 175. lecia firmy W. Kruk. Jest skłócony z akcjonariuszami. Z kolei Andrzej Blikle zamieścił na Facebooku dramatyczny wpis, że nie ma już wpływu na wydarzenia w firmie cukierniczej A. Blikle.

Najstarsza polska cukiernia od kilku lat przynosi straty. Rządzą nią wynajęci menedżerowie, a sam Blikle jako jeden z udziałowców utracił decydujący głos. Teraz nie chce odpowiadać za efekty restrukturyzacji. Klienci skarżą się natomiast na spadającą jakość pączków.



Jeśli W. Kruk z jubilerskim rodem Kruków wspólną ma tylko nazwę, a senior Blikle ma nie wtrącać się do produkcji najsłynniejszych pączków, to chyba nasz biznes zaczyna zjadać własny ogon. Obie firmy przetrwały rozbiory, dwie wojny światowe, obroniły się w czasach PRL, a wykańcza jest współczesne podejście do biznesu, maksymalizacja zysków i stopa zwrotu z zainwestowanego kapitału.
Pączkowa afera
Dramat Bliklego najbardziej oddaje jedna wypowiedź: - Wytwórczość nie polega na kupowaniu tanio i sprzedawaniu drogo. Jest to proces kupowania materiałów za godziwą cenę, a następnie przetwarzania tych materiałów, przy możliwie najniższych kosztach, na produkty oferowane konsumentowi. Hazard, spekulacja i cwaniactwo prowadzą jedynie do unicestwienia takich działań – twierdził prof. Blikle.

Szlachetne myślenie sprawdzało się do 2007 roku, gdy Blikle wciąż zarabiał jeszcze milion złotych rocznie. Ale później nawet w swojej twierdzy na ulicy Nowy Świat został osaczony przez Costa Coffee oraz Starbucks. Słynnemu profesorowi nie udało się wychować godnego następcy z V pokolenia. Za czasów rządów Łukasza Blikle firma przynosiła straty. W rozwój i transformację rodzinnego biznesu zainwestował fundusz Vertigo, był też inny udziałowiec hrabia Piotr Piniński.

Gdy w kolejnych latach firma A. Blikle nadal była na minusie postawili na zewnętrznych menedżerów. Tak zaczęło się cięcie kosztów, restrukturyzacja i pozycjonowanie marki. Bez efektów. "Puls Biznesu" donosi, że po 2014 roku A.Blikle straciła już 2,5 mln zł. Klienci zauważyli, że pączki jakby nie te co dawniej. Tak zaczął się upadek marki, o którym możecie poczytać w internetowych recenzjach.
Andrzej Blikle
o "nie swojej" już firmie.

Rodzina Blikle nie ma żadnego wpływu na dokonujące się w firmie przekształcenia. Jestem jeszcze udziałowcem, ale już niewiele znaczącym. Myślę, że Zielona Budka to dobra analogia. Więcej niestety powiedzieć nie mogę. I oczywiście nie jest mi z tym najlepiej

Pierścionek bez diamentu
– Odkąd W. Kruk stał się częścią Vistula Group, zatraciła charakter firmy prowadzonej z osobistym zaangażowaniem właścicieli. Oprócz szyldu z nazwiskiem niewiele miała z nami wspólnego – mówiła naTemat Ania Kruk, córka seniora rodu Wojciecha Kruka. W 2008 roku w wyniku kilku transakcji finansowych W. Kruk stał się jedną z marek giełdowej korporacji Vistula Group.

Wojciech Kruk choć był jej akcjonariuszem, nie mógł się pogodzić z tym, że więcej do powiedzenia o marketingu, czy ofercie w „jego firmie” mają wynajęci menedżerowie, a nie on sam. Chciał jak dawniej stawać za ladą i doradzać klientom przy kupowaniu upominków pod choinkę. Obraził się na Jerzego Mazgaja, z którym wcześniej przejmowali kontrolę nad Vistulą. Gdy przyszło do współpracy Mazgaj powiedział o Kruku, że "dawny solista musi nauczyć się grać w orkiestrze" oraz że "gdy spotyka się dwóch samców alfa, jeden musi zrzucić poroże".

Kruk do dziś bojkotuje działania firmy. Natomiast Ania Kruk z bratem założyła nowa firmę jubilerksą. Mają 10 butików w galeriach handlowych z własnymi produktami. Już nie tak luksusowymi, z diamentami oprawionymi w platynę i złoto, ale cenowo dopasowanymi do portfela masowego klienta.
Mialeś chamie złoty róg...

Połowa komentarzy pod takimi historiami brzmi mniej więcej tak: - Skoro sprzedali część udziałów to dlaczego teraz płaczą, że utracili kontrolę - pytają czytelnicy.
To uproszczenie. W reszcie cywilizowanego świata biznesowego chodzi o coś więcej. Tradycję, wzorce, inspirację dla nowych pokoleń. Kiedy w 2006 roku najstarsza firma świata, działająca w budownictwie od 578 roku Kongo Gum z Japonii zgłosiła wniosek o upadłość, natychmiast znalazł się ktoś, kto wyciągnął dłoń. Prezes Takamatsu Construction Group (mającej „tylko” 250 lat historii) zdecydował, że firma nadal będzie działać w jego grupie, jako wykonawca tradycyjnych japońskich świątyń. Japończycy szczycą się, że to tam działa najwięcej na świecie firm rodzinnych. Ponad 3 tys. z nich trwa dłużej niż 200 lat.

Jeśli Blikle i Kruk miałyby działać jako wydmuszki, obok swoich założycieli, czym będziemy mogli się pochwalić? Pisaliśmy już, jak głupio skończył Wedel - najlepszą kiedyś czekoladę reklamuje rogaty kosmita, a wcześniej psy kierujące samochodem.

Orbis założony we Lwowie w 1920 roku w definitywnie zbankrutował w 2010 roku, wcześniej jego hotele rozdrapała francuska sieć Accor. Spółkę Swarzędz Meble założoną w 1905 roku przez samouka stolarskiego Antoniego Tabakę, zabił kryzys finansowy w 2009 roku. Polacy wybrali dyktę z Ikei i Black Red White. Trwa walka o nowe życie dla Ursusa, produkującego traktory oraz manufaktury porcelany w Ćmielowie założoną w 1790 roku.

Napisz do autora: tomasz.molga@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...