
Zalegalizowanie małżeństw jednopłciowych jest w Polsce niemożliwe? Być może przez sejm nie, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby zawalczyć o to przed sądem. A właściwie przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu. Koalicja na Rzecz Związków Partnerskich zainaugurowała właśnie swoje działania. 5 homoseksualnych par już w tym procesie jest, około 40 kolejnych być może do nich dołączy. Ich wizja idealna to wzięcie ślubu w Polsce. – Już się nawet śmiałyśmy z Cecylią, kogo zaprosimy na wesele – mówi nam Barbara Starska, która wraz ze swoją partnerką podjęły się tej próby.
Akcję rozpoczęła Koalicja na Rzecz Związków Partnerskich, w której skład wchodzi wiele organizacji i prawników. Działanie zainicjowało Stowarzyszenie Miłość Nie Wyklucza. Kiedy zamieścili ogłoszenie, że poszukują par do litygacji, odbiór przerósł ich oczekiwania. – Myśleliśmy, że zgłosi się do nas kilka par, zgłosiło się kilkadziesiąt – powiedział nam Marcin Szczepkowski, prezes zarządu Stowarzyszenia. Po wytłumaczeniu, jak ten proces będzie wyglądał, pozostało około 40 par.
Biorąc pod uwagę sytuację polityczną, którą w tym momencie mamy, wiemy, że żaden proces legislacyjny najprawdopodobniej w sejmie nie ruszy. Nawet jeśli ruszy to zostanie zatrzymany, tak jak to do tej pory było, również za poprzednich rządów PO. Korzystamy z tego co mamy, czyli drogi prawnej, która na tym etapie wydaje nam się najlepsza.
Wykonanie wyroku, jest naszym zobowiązaniem i powinniśmy je zrealizować. Ewentualne konsekwencje niewykonania? Przede wszystkim wizerunkowe. – Jeżeli Polska przegra tę sprawę, będzie musiała zapłacić jakąś formę odszkodowania finansowego dla skarżących. Drugi rodzaj konsekwencji to kwestia wizerunku na arenie międzynarodowej. Są państwa Rady Europy, które nie wykonują wyroków. To jednak kraje, takie jak na przykład Rosja. Niewykonanie wyroku przez Polskę będzie nas lokowało w dość ciekawym klubie państw niekoniecznie przejmujących się swoimi zobowiązaniami – tłumaczy nam prawnik Kampanii Przeciw Homofobii, Paweł Knut.
Czymże zatem jest sam proces litygacji strategicznej? Dla osób, które nie mają nic wspólnego z prawem, brzmi to co najmniej egzotycznie. – Na początku pary występują do Urzędu Stanu Cywilnego o coś, co nazywa się formalnie „brakiem wystąpienia przeszkód do zawarcia związku małżeńskiego”. Prawdopodobnie spotkają się z odmową kierownika USC – tłumaczy Knut. Dodaje, że polskie przepisy są skonstruowane tak, że zakładają tylko i wyłącznie zawieranie małżeństw przez pary dwupłciowe, na co zapewne w większości powoływać się będą urzędnicy. Taka decyzja umożliwia zweryfikowanie prawdziwości podanych argumentów przed sądem.
Sprawa wydaje się być czasochłonna. W rzeczywistości może potrwać nawet około 5 lat. Prawnicy przewidują taki okres, biorąc pod uwagę analogię do sprawy Oliari i inni przeciwko Włochom. Jest to sprawa dosłownie sprzed kilku miesięcy, o której pisaliśmy w naTemat. – Pomysł litygacji strategicznej jest wykorzystywany od wielu lat, w różnych krajach. Natomiast nas zainspirowała sprawa Oliari, gdzie Trybunał w Strasburgu wydał orzeczenie, iż Włochy powinny wprowadzić jakąś formę prawnego uregulowania związku dwóch osób tej samej płci – inspirację sprawą podkreśla w rozmowie z nami Marcin Szczepkowski.
Najważniejsi w tej sprawie są jednak ludzie, których bezpośrednio to dotyczy. Pięć par, będących już w tym procesie, stają na ścieżce, która może doprowadzić do dużych zmian. Jest to jednak jak najbardziej przemyślana i świadoma decyzja, co podkreśla Barbara Starska. Wraz ze swoją partnerką Cecylią Przybyszewską promują tę akcję. Związek tworzą od ponad czterech lat, mają wspólne mieszkanie, konto bankowe i jak powiedziały w jednej z wypowiedzi „wiąże je święty węzeł hipoteczny”. Nie wspominając już oczywiście o więzi emocjonalnej, co prawdopodobnie nie powinno być nawet poddawane w wątpliwość, ale w tego typu sprawach o dziwo rzadko się o tym pamięta.
Walczymy o nasze prawa, bo potrzebujemy od państwa gwarancji bezpieczeństwa w sprawach fundamentalnych dla funkcjonowania naszej rodziny. W litygacji widzimy szansę na to, aby Polska zobaczyła, że zmuszanie par homoseksualnych do życia na tzw. kocią łapę jest bezdusznym odbieraniem im prawa do życia w poczuciu bezpieczeństwa.
Sprawa staje się coraz głośniejsza, nie sposób więc uciec od swego rodzaju „szumu medialnego”. W życiu obu pań pojawiały się chwile obawy. Barbara Starska czytała komentarze pod artykułami, przeglądała internet. – Dobrze mi to zrobiło, bo nabrałam dystansu. Tak naprawdę wiem, że jedynym, co nas może złego spotkać, to jest chyba typowy internetowy hejt i nic więcej. Trzeba się na to uodpornić i tyle – mówi. Obie panie miały i nadal mają wsparcie bliskich im osób, co jest szalenie ważne, bo od stresujących sytuacji nie da się do końca uciec.
Stres oczywiście jest. Strasznie się stresowałyśmy przy okazji konferencji, bo nie jesteśmy osobami publicznymi, które mają takie wystąpienia we krwi. Udział w akcji wiąże się też z tym, że trzeba czasami zwolnić się z pracy, gdzieś tam pójść, coś załatwić. To nie jest też tak, że wszystko robią za nas prawnicy. Musimy w to angażować także swój czas i energię.
Przed kilkudziesięcioma parami, które postanowiły walczyć o swoje związki przed sądami, jeszcze długa droga. Pięć z nich jest już w trakcie tego procesu. Oznacza to dziesięć konkretnych osób, dla których nadzieja na bycie „oficjalnie szczęśliwym”, po raz kolejny dała kopa do walki. Co jest celem? Ślub w Polsce. „I żyli długo i szczęśliwie”.
Napisz do autorki: katarzyna.milkowska@natemat.pl
