Męskie pasje: motoryzacja i stolarka. "Stanie przy pilarce nie czyni mnie bardziej męskim"

"Stanie przy pilarce nie czyni mnie bardziej męskim".
"Stanie przy pilarce nie czyni mnie bardziej męskim". Fot. aastock /Shutterstock
Kiedy zaczynają mówić o swojej pasji, w ich głosie słychać ekscytację i zapominają o bożym świecie. I trudno oprzeć się wrażeniu, że w tym momencie nie liczy się dla nich innego oprócz rozmontowanego gaźnika, który trzeba jakoś poskładać, czy niesfornej deski, którą trzeba poskromić przy użyciu pilarki. Czym jest męska pasja? Błahe pytanie, ale odpowiedź już nie taka oczywista. Zresztą, co tu dużo gadać. Nasi bohaterowie – mężczyźni z pasją tłumaczą nam, o co tutaj chodzi i dlaczego zamiast wysiadywania na kanapie z pilotem, wolą poświęcić czas na swoje zainteresowania.

"Motoryzacja to połowa mojego życia"
Tomek zbliża się do 30-stki i od roku jest szczęśliwym małżonkiem. Na co dzień pracuje w szeroko pojętej branży IT i zajmuje się różnymi rzeczami, ale po godzinach, od wielu lat z zapamiętaniem oddaje się motoryzacyjnej pasji. Przynajmniej parę godzin dziennie. Jego żona Iza żartuje nawet czasem, że mieszka w garażu i zdarza się jej przewracać oczami, kiedy Tomek znowu znika na pół dnia. Znają się od 10 lat, więc jest przyzwyczajona, ale miłość jej męża do manualnych skrzyń biegów i tak czasem wprawia ją w osłupienie. Garaż, w którym przepada na całe dnie ma zresztą tuż pod nosem, zaraz obok domu. Ale nie nazywa tego miejsca zwykłym „garażem”. To miejsce tak wyjątkowe, że ma na to inne określenie.



– Wolę mówić, że mój warsztat to taka mała świątynia – przyznaje ze śmiechem. To samo z samochodami – o nich z kolei mówi pieszczotliwie "zabawki". Zaczęło się klasycznie – od malucha, ale dzisiaj Tomek jest posiadaczem pięciu samochodów, przy których zawsze jest coś do zrobienia. Czym jest dla niego motoryzacja?

– Motoryzacja to zabawa, radość, emocje i łobuzerskie uśmiechy na ustach wymienia jednym tchem. To też taka nieustanna gotowość do tego, żeby zejść do garażu i znowu coś popsuć i skoncentrować się na rzeczach, które sprawiają, że jestem w stanie przepuścić ostatnie oszczędności na komplet polerowanych BBS'ów i zarwać dwie noce tylko po to, żeby stary ford mógł przecinać swą nisko zawieszoną paszczą chłodne powietrze, gdzieś na przesiąkniętych przyczepnością górskich serpentynach – tłumaczy. I dodaje, że w końcu pasja „wypływa z serca, a ono nie znosi rozsądku”. Górnolotnie? Może trochę, ale w przypadku Tomka nie ma tu mowy o przesadzie. Ta przygoda z silnikami, zębatkami i wieczną dłubaniną przy samochodach zaczęła się dawno temu.
– Mój tata był mechanikiem samochodowym, więc z samochodami za pan brat byłem od zawsze. Chyba nie będzie przesady, jeśli powiem, że wychowywałem się poniekąd w garażu podglądając to jego majsterkowanie – mówi. Zanim jednak zabrał się na poważnie za zaglądanie pod maskę samochodów, wprawiał się w majsterkowaniu razem z kolegami z podwórka naprawiając BMX-y.

– Kiedy podrosłem, sprawiłem sobie pierwsze auto. A przy Fiacie, wiadomo, zawsze było co robić. To właśnie przy tym samochodzie zacząłem kombinować: naprawiać, rozbierać, udoskonalać – wspomina Tomek. Tak go to wciągnęło, że dzisiaj mówi bez ogródek, że motoryzacja to "połowa jego życia". A kiedy to mówi, to trzeba mu wierzyć na słowo. Prawdziwego pasjonata rozpozna zresztą każdy, kto choć przez chwilę miał do czynienia z Tomkiem.
Miejscem, w którym nasz bohater czuje się jak ryba w wodzie jest zagracony garaż. Ten męski azyl Tomka kiedyś przypominał magazyn, do którego wrzucało się niepotrzebne rupiecie z domu. Dzisiaj nie ma śladu po składowisku niepotrzebnych przedmiotów – teraz pomieszczenie zamieniło się w profesjonalny warsztat, na widok którego niejednemu miłośnikowi motoryzacji zaświeciłyby się oczy. Myli się jednak ten, kto uważa, że garaż to tylko.... garaż. Nic podobnego. To specjalna przestrzeń, królestwo Tomka. Tutaj to on rządzi i ustala reguły gry. „Dla mnie garaż to taki swego rodzaju azyl od codzienności, a nie tylko miejsce, w którym pocę się i siłuję z zabezpieczonymi śrubami”.

– Jestem zdania, że każdy mężczyzna do poprawnego funkcjonowania potrzebuje trochę własnej przestrzeni (nie tylko fizycznej ale i psychicznej). Wiesz – czasu tylko dla siebie, bez szefa poganiającego terminy, żony pytającej o to jaką sukienkę powinna dziś założyć czy telewizora z uporem maniaka atakującego z pokoju obok donośną reklamą jakiejś kostki rosołowej – mówi.

Warsztat Tomka rośnie też razem z nim. Brzmi dziwnie? Wytłumaczenie tej teorii jest w pełni uzasadnione. – Można śmiało powiedzieć, że garaż ewoluuje razem ze mną. Na początku był tam stół warsztatowy i niewiele więcej. Im bardziej wciągałem się w świat motoryzacji, tym więcej chciałem robić samodzielnie. Dochodziły więc kolejne narzędzia, stawiałem kolejne szafki, żeby gdzieś je pomieścić. Doszedłem jednak do takiego etapu, że przestaję się mieścić w garażu i zaczynam na poważnie myśleć o przebudowie i powiększeniu pomieszczenia – mówi.

Tomek jest nie tylko pasjonatem dłubaniny przy samochodach. Oprócz tego, wyznaje kult tężyzny fizycznej. Na poddaszu domu zorganizował sobie salę ćwiczeń, gdzie każdego dnia cierpliwie i systematycznie szlifuje formę. Jego pasje można uznać za typowo męskie zajęcia. On sam uważa, że mężczyzna powinien nie tylko mieć swoje zainteresowania, ale i kierować się w życiu konkretnymi przesłankami. Jak tłumaczy, razem z bratem szybko musiał się nauczyć bycia mężczyzną.

– Tata często przebywał poza granicami kraju, więc z bratem mieliśmy przyspieszony kurs dorastania. Od małego miałem dużo obowiązków i żyłem w przeświadczeniu, że muszę nad wieloma sprawami trzymać pieczę. Tata też szybko odszedł, więc odpowiedzialność za dom spadła na nas. To właśnie wtedy kształtowała się moja postawa i moje pojęcie męskości. Uważam, że bycie mężczyzną to wielkie wyzwanie. Zarówno psychiczne jak i fizyczne. Mężczyzna powinien być silny pod każdym względem i staram się temu wyzwaniu sprostać.

Godziny spędzone w garażu są dla Tomka takim małym testem sił. - Zawsze staram się udowodnić, że mogę zrobić coś na własną rękę, że dam radę, że podołam. Tak samo jest z siłownią. Ćwiczę nie tylko dlatego, że lubię. Uważam, że moją powinnością jest bycie wytrzymałym i konsekwentnym, a moje zainteresowania pomagają mi w osiągnięciu tego celu – mówi. Takie przesłanie stara się też wpoić niektórym ze swoich kolegów.
- Wyciągam ich na siłę na treningi, staram się ich zaktywizować i jakieś sukcesy na tym polu mam. Chociaż czasem nakłonienie ich do tego przypomina stanie na plaży i mówienie do morza, żeby dobie poszło. Paru moich znajomych od czasu do czasu do mnie wpada i wspólnie ćwiczymy – przyznaje z uśmiechem. Tomek próbuje swojej perswazji nie tylko wśród najbliższych znajomych, ale również w internecie, gdzie prowadzi motoryzacyjnego bloga prentki.

Dzieli się tam swoim doświadczeniem, a przy okazji – chce żeby komuś czytającemu jego bloga zaczęło się chcieć ruszyć przysłowiowe cztery litery z kanapy. I sam daje dobry przykład, bo oprócz tego, że zaraża miłością do motoryzacji i sportu – chętnie angażuje się w akcje społeczne i różne imprezy. – Moim zdaniem matka natura nie zaprojektowała nas do siedzenia na kanapie. Dlatego mężczyzna pozbawiony możliwości twórczego działania, sprawdzenia się, rozwiązywania jakichś problemów czy też najzwyklej – porządnego zmęczenia się, to biedak nam dziadzieje. Właśnie dlatego dla mężczyzny tak ważne są jego pasje – kwituje.


„Stanie przy pilarce nie czyni mnie bardziej męskim”

Warkot maszyn, wióry lecą na wszystkie strony, na ścianach wiszą piły, śrubokręty, pilniczki i inne groźnie wyglądające narzędzia. Tak wygląda warsztat Jarosława Ostaszewskiego, który od ładnych paru lat na swojej stronie domidrewno.pl skutecznie przekonuje Polaków, że majsterkowanie w drewnie to świetny sposób na spędzanie wolnego czasu, a przy okazji niezawodny sposób na upiększenie każdego wnętrza. Ale nie zawsze tak było.

– Jeszcze 7, a nie...może to już 10 lat temu zajmowałem się czymś zupełnie innym – mówi. Problem z rachubą to chyba nie przypadek – nie od dzisiaj wiadomo, że szczęśliwi czasu nie liczą. Pan Jarosław jeszcze dekadę temu większość czasu spędzał za biurkiem. Był grafikiem, ale decyzja o budowie drewnianego domu sprawiła, że wykonywany na co dzień zawód zaczął ustępować powoli miejsca nowej pasji.

– Zorientowałem się, że żeby coś zrobić nie trzeba siedzieć i projektować na komputerze. W pracy z drewnem można było na spokojnie dotknąć materiału i zobaczyć realne efekty swojej pracy, czego nie można powiedzieć o wirtualnych tworach grafika. I tak to się zaczęło. Wciągnęło mnie to i dałem się porwać tej przygodzie, która jest moją pasją i sposobem na życie – opowiada. Komputer został więc szybko wyparty przez frezarki, pilarki, dłuta, młotki i inne narzędzia, bez których dzisiaj nie mógłby się obejść. Dzisiaj pasja to nie tylko sposób na spędzanie wolnego czasu, ale i prężny rodzinny biznes.
Zmiana zawodu i podporządkowanie życia pasji to jednak spore ryzyko. Na początku więc pan Jarosław, jak mówi, „trzymał dwie sroki za ogon”. Nie rezygnował z pracy grafika, ale jednocześnie coraz więcej czasu poświęcał na projektowanie w drewnie. W pewnym momencie zorientował się, że jego zainteresowanie wymaga tak wielkiego zaangażowania, że nie było odwrotu. Trzeba było podjąć decyzję – czy pozostać w zawodzie czy wejść w nową branżę i zaczynać od zera. W podjęciu tej decyzji pomogła panu Jarosławowi żona, która dzisiaj nie tylko go wspiera, ale i sama zaraziła się pasją do drewna. - Razem z żoną stwierdziliśmy, że trzeba skoncentrować się na jednej rzeczy. Od tej pory oddaję się stolarstwu bez reszty i na wyłączność – mówi.
Kiedy po raz pierwszy zagaduję do pana Jarosława o to, że chciałabym z nim porozmawiać o jego pasji, odpisuje żartobliwie, że „bez pasji nie ma kołaczy, czy coś podobnego”. Ta zabawna trawestacja znanego przysłowia świetnie definiuje jego podejście do stolarstwa. Ostatnio na warsztacie był duży stół dębowy. Ale nie taki zwykły jak spod igły. Kiedy pan Jarosław zaczyna o nim opowiadać, czuć że wkłada w to nie tylko dużo energii, ale i całe serce.

– Założenie było takie, żeby nie był to stół jakich wiele. I żeby rodzina zasiadając przy nim mogła użyć wyobraźni. Dlatego ma sęki, zachowany został też naturalny charakter desek i na tym polega jego urok! – twierdzi Ostaszewski. I dodaje, że nie było to proste, bo dzisiaj znaleźć taką deskę, która nie wygląda jak wszystkie inne: równa, gładka, bez żadnych skaz, graniczy z cudem. – Trzeba się nieźle naszukać, żeby trafić na taką partię drewna – mówi.

Ale przecież to nie powód, żeby machnąć ręką. Pan Jarosław lubi stawiać sobie poprzeczkę wysoko i nie odpuszcza, kiedy coś nie wychodzi. Może właśnie dlatego spod jego ręki wychodzą prawdziwe cuda: stoły, szafki, krzesła. Podczas przystępowania do kolejnych projektów przykłada ogromną wagę do tego, żeby nie iść na łatwiznę. – Lubię stawiać sobie wyzwania i ciągle szukam nowych rozwiązań. Często słyszę komentarze: „przecież można to było zrobić prościej”. Wtedy tłumaczę, że nie w tym rzecz, żeby było łatwo, ale żeby ciągle próbować czegoś nowego – mówi.

Pasja dla niego to nie tylko nieustanne poszukiwanie nowych rozwiązań i godziny spędzone w stolarskim warsztacie. To też ciągłe szukanie inspiracji – w sieci, ale i poprzez spotkania z ludźmi, przed którymi drewno nie ma tajemnic. Razem z żoną regularnie przeprowadzają wywiady z ekspertami od obróbki drewna. I to z całego świata! Po co tyle zachodu? W poszukiwaniu inspiracji i z wrodzonej pokory – przecież zawsze można czegoś się dowiedzieć, coś podpatrzeć, a potem to wykorzystać podczas montażu kolejnego drewnianego cudeńka.
A czy stolarstwo jest dla niego męskim zajęciem? Niezupełnie. Zdaje sobie sprawę, że tak jest odbierane, ale jak tłumaczy, w dzisiejszych czasach trudno mówić o takich klasycznych podziałach na męskie i żeńskie zajęcia. Zresztą, pani Lidia, jego żona i prawa ręka jest tego najlepszym dowodem.

– Nie sądzę, żeby bardziej męskim czyniło mnie to, że stoję przy pilarce. Tak samo męski może być przecież nawet fryzjer. Mam wrażenie, że dzisiaj bardziej liczy się stopień profesjonalizacji, a nie to, kto zajmuje się danym zagadnieniem i jakiej jest płci. Moja pasja i zawód mogą być dla kogoś „męskie”, ale kobiety w stolarstwie też odgrywają ważną rolę – np. w fabryce nieopodal mnie przykleja się takie wąskie drewniane listewki do głośników i innych przyrządów. Robią to tak właściwie same kobiety, bo ponoć lepiej rozróżniają kolory listewek. Jak sama pani widzi, to nie jest taka prosta sprawa – podsumowuje Ostaszewski. Czym jeszcze jest dla niego pasja? Tutaj pada błyskawiczna odpowiedź. – Obecnie to całe moje życie – mówi. Patrząc na to, co robi, trudno poddawać to w wątpliwość.

Napisz do autora: dominika.majewska@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...