Po pierwsze - nie chojraczyć. Julia Raczko opowiada, jak objechać świat dookoła i znaleźć raj na ziemi

Julia: "Sama poznałam podczas samotnej podróży dookoła świata. Dziś mieszkamy w Brisbane. Na zdjęciu: wyspy Whitsundays - jedno z najbardziej rajskich miejsc w Australii"
Julia: "Sama poznałam podczas samotnej podróży dookoła świata. Dziś mieszkamy w Brisbane. Na zdjęciu: wyspy Whitsundays - jedno z najbardziej rajskich miejsc w Australii"
Proszę, podpuszczam, przekonuję – nic nie działa. – To może najpierw powiem, co mi się tu podoba? - nalega Julia, obecnie szczęśliwa rezydentka rajskiej Australii. I choć na decyzję o wyborze miejsca zamieszkania wpłynęły również czynniki mniej obiektywne, o których później, Julia jak mało kto, miała szansę swojego miejsca na ziemi aktywnie poszukać. Dosłownie. Kilka lat temu udała się bowiem w samotną podróż dookoła świata.

O tym, żeby porzucić swoje dotychczasowe ustatkowane i całkiem wygodne życie na rzecz kilkumiesięcznej samotnej wyprawy przez kontynenty marzy od czasu do czasu każdy. W życie wprowadza ten plan niewielu i w większości nie są to drobne blondynki, pracujące dotychczas w dużych koncernach medialnych. Julia przekonuje jednak, że wcale nie trzeba być Tonym Halikiem, żeby dotrzeć na koniec świata i z powrotem. Nie trzeba też być szalonym surferem, żeby zdecydować się na życie w krainie słońca i kangurów. - Czasem warto pozwolić sobie na na nowe marzenia, na bycie otwartym. Często skupiamy się na tym, co sobie zaplanowaliśmy przed laty: na przyszłości, którą chcielibyśmy mieć, na marzeniach z dzieciństwa, nieświadomie zamykając się na setki innych możliwości - twierdzi Julia i żeby nie być gołosłowną opowiada, jak to zrobić.
Zacznijmy od początku: pomysł na podróż dookoła świata – jak ty to wymyśliłaś?



To dobre określenie, że sobie tę wyprawę wymyśliłam. Wszyscy mnie zawsze pytają: „Skąd ci się to, Julka, wzięło?”. No po prostu – stało się (śmiech). Nie wynikało to z żadnej pasji czy marzeń. W ramach postanowień noworocznych wymyśliłam sobie, że zacznę wyjeżdżać na weekendowe wycieczki – raz w miesiącu, do europejskich miast. Takich wypadów zaliczyłam raptem kilka. Wystarczyło jednak, żebym stwierdziła, że samotne zwiedzanie jest doświadczeniem niezwykłym. Wtedy gdzieś tam zaczęła kiełkować myśl: „A może wyjechać na dłużej niż na weekend?”.

I od razu zaczęłaś z wysokiego C – na pół roku dookoła świata?

Nie, na pierwszy ogień miała iść Azja. Planowałam spędzić tam miesiąc, góra dwa. Zaczęłam więc szukać wskazówek w internecie dowiedziałam się, że jest coś takiego jak bilet dookoła świata. Wtedy pojawiło się też marzenie, żeby go kupić.

Jak taki bilet wygląda? Można go kupić w biurze podróży?

Jest kilka opcji. Stowarzyszenia linii lotniczych takie jak One World, czy Star Allience, mają w swoich ofertach właśnie tak zwane „Around the World Tickets”. Z takiego skorzystałam. Są też firmy, które taką podróż pomagają zaplanować.

To nie odbiera całej wyprawie „romantyzmu”, emocji?

Myślę, że samo podjęcie decyzji o takiej podróży jest wystarczająco emocjonującym przeżyciem. Poza tym, posiadanie takiego biletu nie jest równoznaczne z tym, że masz całą podróż zaplanowaną co do dnia. Pewne jest tylko to, że danego dnia przylatujesz na przykład do Bangkoku, a kilka dni później lecisz dalej, ale już z Kuala Lumpur. Trzeba się więc jakoś pomiędzy tymi punktami przemieścić, co pozwala na spontaniczność ale jednocześnie narzuca pewne tempo. To było idealne rozwiązanie dla osoby, która nie wiedziała wiele o podróżowaniu. Poza tym, kiedy spędzasz w jednym miejscu tydzień czy dwa istnieje duże prawdopodobieństwo, że zacznie ci się tam na tyle podobać, że nie będziesz chciała się z niego ruszyć. Bilet pcha cię do tego, żeby ruszyć dalej.

Ile czasu się przygotowywałaś do podróży?

Od momentu kiedy pojawił się pomysł na podróż, do samego wyjazdu minął rok. To nie było łatwe 12 miesięcy. Musiałam zacząć oszczędzać i dużo więcej pracować, żeby mieć z czego oszczędzać. Pracą z kolei byłam już bardzo zmęczona. Siedem lat spędzone w mediach, które wymagają od ciebie coraz większej kreatywności i funkcjonowania na coraz wyższych obrotach, zrobiło swoje. Czułam, że to jest ten graniczny moment, w którym muszę coś zmienić, bo inaczej zacznę swojej pracy nienawidzić. A tego nie chciałam, bo za pół roku planowałam przecież wrócić – z nową energią, z nowymi pomysłami.
Systematycznie sprzedawałam też rzeczy, które przez kolejne pół roku miały mi być do niczego niepotrzebne: tony książek ze studiów, profesjonalny aparat fotograficzny z trzema obiektywami – całkowicie zbędny na takiej wyprawie, bo pewnie ktoś by mi go natychmiast zwinął, czy komputer, który stałby bezczynnie. Sprzedałam też samochód. Pozbywanie się tego mojego „dobytku” było trudne, bo człowiek do rzeczy się przywiązuje, a dojście do wniosku, że minimalizm jest fajny, trochę zajmuje.

Ile rzeczy zabrałaś ze sobą?

10 kilo. Do małego plecaka zapakowałam trochę ciuchów, komputer, apteczkę, latarkę, srebrną taśmę samoprzylepną. Właściwie nic szczególnego. Wydaje się, że w podróż dookoła świata powinno się zabrać nie wiadomo jaki sprzęt, tymczasem jakbym ci pokazała zawartość mojego plecaka, pewnie nic by cię nie zdziwiło. Okazało się więc, że życie można spakować w dziesięciokilogramowy plecak, a z resztą - rozstać, nawet pomimo braku entuzjazmu ze strony otoczenia.

Jak to? Myślałam, że wszyscy ci zazdrościli.

O dziwo, nie. Wydaje mi się, że teraz ludzie do takich wypraw podchodzą dużo bardziej entuzjastycznie. Cztery lata temu moi rodzice powtarzali głównie: „To chyba nie jest najlepszy pomysł”. Nawet w dniu, w którym kupowałam bilet! A byłam wtedy dość zestresowana i wcale nie tak do końca pewna, czy dobrze robię. W pracy też znajdowali się tacy, którzy mówili: „Okej, nie będzie cię pół roku, a potem co? Możesz już nie mieć pracy” albo: „Jedziesz SAMA?”
No właśnie, chyba głównie o ten brak towarzystwa chodziło, o to że to niebezpieczne.

Pewnie tak. Pytanie o to, czy się nie boję, było w pierwszej trójce najczęściej zadawanych. Oczywiście, że się bałam i wcale nie udawałam, że jest inaczej. Do końca też nie zdawałam sobie sprawy, co ja tak naprawdę robię. Chyba dopiero jak doleciałam do Bangkoku, dotarła do mnie cała powaga tej sytuacji. Nagle znalazłam się w wielkim azjatyckim mieście, o którym nic nie wiedziałam. Nie miałam zarezerwowanego hotelu, nikt na mnie nie czekał, a na dodatek – lał deszcz.

Jak wyglądał ten pierwszy dzień w Bangkoku? Wylądowałaś w Tajlandii i co?

Poszłam do łazienki i wyjęłam wszystkie dokumenty, jakie miałam. Przełożyłam je do takiego specjalnego pasa, który nosi się pod ubraniem. Pieniądze, karty kredytowe, paszport – wszystko pochowałam. Panicznie bałam się, że ktoś mnie zaraz napadnie i wszystko ukradnie. Potem złapałam pociąg do miasta i taksówkę do najbardziej znanej wśród backpackerów dzielnicy, właściwie jedynej, o której miałam jakiekolwiek pojęcie, i zaczęłam poszukiwania miejsca do spania.

Był ranek, wszystko pozamykane. Ulice nie miały ani odrobiny uroku tych znanych ze zdjęć. Było pusto, smutno, śmierdząco, nieprzyjemnie. Wybrałam pierwszy hostel z brzegu. Oglądałam pokój z pewną parą. Zapytałam ich o opinię. Stwierdzili, że jak na tę cenę, standard jest spoko. Skończyło się tak, że ja ten pokój wzięłam, oni nie (śmiech).

Hostel był rzeczywiście „spoko” - obżarły mnie w nim pluskwy, w dodatku była burza, więc leżąc w łóżku bałam się ruszyć i zrywałam się na dźwięk najmniejszego skrzypnięcia podłogi. Ze łzami cieknącymi po policzkach zastanawiałam się więc: “Boże, Julka, coś ty najlepszego zrobiła?”.
Wymarzony początek. Rozumiem, że później mogło być już tylko lepiej?

Tak jakoś wyszło (śmiech). Mam to szczęście, że otaczam się dobrymi ludźmi. Cała ta moja podróż to był łańcuszek niezwykłych spotkań. Na przykład szwagierka mojej przyjaciółki kilka miesięcy przed wyjazdem powiedziała: “A pamiętasz tego Janka, który kiedyś mieszkał w Milanówku? Wyprowadził się dziesięć lat temu do Bangkoku, więc się do niego odezwę, to może się spotkacie”. Rzeczywiście się spotkaliśmy, a koleżanki jego dziewczyny pokazały mi zupełnie inny, cudowny Bangkok. Tak naprawdę w każdym kraju, dzięki znajomym, kogoś poznawałam.

Pisanie bloga pomagało w szukaniu kontaktów?

Nie. Mimo, że odbyłam tą swoją podróż nie tak dawno, bo cztery lata temu, to wtedy było pod tym względem zupełnie inaczej. Blogosfera nie była tak aktywna, jak dzisiaj. Poza tym, pisałam bloga właściwie dla samej przyjemności pisania i dla moich bliskich. Fakt, że zyskał on popularność był efektem ubocznym.
Jak wyglądały spotkania z miejscowymi? Łatwo było nawiązywać kontakty z nieznajomymi?

Tak, w ten sposób poznałam na przykład Sama, z którym dzisiaj mieszkam w Australii. Poza tym, już na lotnisku w Tajlandii, zagadała do mnie pewna Szwedka. Przez chwilę podróżowałyśmy razem. Nauczyła mnie, że do ludzi trzeba się odzywać. Po prostu podejść i powiedzieć: “Cześć, jak się masz?”.

Chyba nie spotkałam na swojej drodze osoby, która byłaby negatywnie do mnie nastawiona czy niechętna do pomocy. Wynikało to pewnie też po części z tego, że byłam samotnie podróżującą kobietą. Taki widok zawsze wzbudza, nie wiem, litość? Myślimy sobie: “Biedny człowiek, nie miał z nim kto pojechać, na pewno potrzebuje pomocy”, co nie zawsze jest prawdą. Poza tym samemu łatwiej nawiązuje się kontakty. Jadąc we dwójkę, często nie masz ochoty poznawać nowych ludzi bo twoja uwaga skupia się na towarzyszu. To działa też w drugą stronę: widząc, że jesteś z kimś, inni ludzie też nie są bardzo chętni do kontaktów, bo nie chcą wam przeszkadzać.

Często spotykałaś Polaków?

W Bangkoku na ulicy zdarzyło mi się usłyszeć język polski i podejść do dwóch dziewczyn, które siedziały tam na piwie. Zagadałam do nich, a one odwróciły się i mnie zignorowały. Ale to było chyba jedyne takie doświadczenie, bo reszta Polaków, których spotkałam po drodze była cudowna.

Czyli te początkowe obawy o bezpieczeństwo były w gruncie rzeczy, bezzasadne? Zdarzyły ci się sytuacje ekstremalne?

Generalnie należę do osób bojaźliwych, staram się nie chojraczyć. W związku z tym moje początkowe założenie było takie, że chcę z tej podróży wrócić - cała i zdrowa. Unikałam więc miejsc niebezpiecznych, nie chodziłam sama po nocy. Pewnie wiele mnie przez to ominęło - wielu miejsc nie zobaczyłam, tylko i wyłącznie dlatego, że byłam sama. Ale nie żałuję. Uważam, że w życiu trzeba być rozsądnym bez względu na to, czy jest się w podróży czy nie. Są miejsca, gdzie z zasady nie wyciąga się telefonu komórkowego czy pliku banknotów i kropka. Świat nie jest taki straszny, jak go niektórzy malują, ale też nie jest idealny, jak chcą sądzić inni.
A propos miejsc idealnych - mieszkasz teraz w Australii z poznanym w trakcie podróży Samem. To tam zakończyłaś swoją podróż?

Nie, przyleciałam do Polski, tak jak planowałam. Do Australii wróciłam chwilę później na trzymiesięczny okres próbny, żeby sprawdzić, czy z tym właściwie nie znanym mi do końca facetem będzie tak dobrze, jak bym chciała. Okazało się, że było, więc zostałam.

Australia to naprawdę raj na ziemi, tak jak się nam tu wszystkim w Polsce wydaje?

Nie ma na ziemi miejsc idealnych. Australia, owszem, jest cudownym krajem, żyje się tu bardzo dobrze, ale oczywiście są też minusy. Niedługo po przeprowadzce zamieściłam na blogu wpis: “10 rzeczy za które kocham Australię”. Napisał do mnie wtedy znajomy moich rodziców, który w Australii mieszka ponad 30 lat i ostrzegał: “Zobaczysz, to się jeszcze wszystko zmieni”. Zaznaczam, że jest to człowiek, który Australię kocha.
Zmieniło się? Są już rzeczy, które cię denerwują?

Jest kilka. Ale mogę najpierw powiedzieć, co mi się nadal podoba?

Skoro musisz… (śmiech)

Najbardziej pasuje mi, że tu nikt nikogo za nic nie ocenia. Tutejsze społeczeństwo jest niezwykle zróżnicowane - zarówno kulturowo, jak i pod względem zasobności portfela. Nie ma znaczenia, czy jesteś menadżerem, czy sprzątasz podłogi w supermarkecie - nikt ci nie powie, że jesteś nieudacznikiem, bo masz taką, a nie inną pracę. Nikt nie ocenia też twojego wyglądu. Do sklepu możesz iść w piżamie, jeśli tak ci jest wygodnie, nikt się nie zdziwi. Oczywiście Australijczycy potrafią się modnie ubrać, ale podchodzą do tych kwestii na luzie.

Są też do siebie pozytywnie nastawieni. Gdziekolwiek nie pójdziesz, przywita cię wszechobecne: “How are you?”. Niektórzy twierdzą, że to sztuczne, bo ich tak naprawdę nie interesuje jak ty się masz. Ale co z tego? Fajnie jest być wśród ludzi, którzy są dla ciebie mili.

Ja jako “niemiła” Polka chciałabym jednak poznać te minusy.

Okej. Wydaje mi się, że relacje międzyludzkie są tu dość płytkie. Wszyscy są tu twoimi “mates”, kumplami, ale rzadko kto zmienia się w przyjaciela. Chodzicie razem na grilla, jedziecie na kemping, idziecie na piwo, robicie sobie przysługi. Ale w życiu nie zawsze jest ci dobrze i kolorowo i chciałoby się trochę… ponarzekać, popłakać, pomarudzić. Tutaj jednak rządzi filozofia “no worries” - przekonanie, że wszystko będzie dobrze, więc nie ma po co o tym gadać. Trudno jest tutaj nawiązać głębszą relację, przyjaźń w polskim tego słowa znaczeniu. To chyba wkurza mnie najbardziej. Co jeszcze… kurczę, muszę się zastanowić (śmiech).

A z takich przyziemnych rzeczy? Brakuje polskiego jedzenia?

Wydawało mi się że za pierogami i rosołami będę tęsknić bardziej. Poza tym można tu kupić wszystko co ci do tych pierogów potrzebne i ugotować je samemu. Mając głowę na karku i dwie ręce żadna ogórkowa nie stanowi problemu, bo w tutejsze polskie sklepy są świetnie zaopatrzone. Te “polskie smaki” często idealizujemy z tęsknoty, ale z tym można sobie poradzić. Jedyne czego nie da się przeskoczyć to tęsknota za bliskimi, ich nic nie zastąpi.

A propos kuchni - to że Australijczycy się zdrowo odżywiają, to mit. Nigdzie nie widziałam tylu fast foodów, co tutaj. Wszyscy jedzą te ociekające tłuszczem buły i piją colę na śniadanie. Problem otyłości jest powszechny, a Australijczycy to w dużej mierze grubasy, w co przed przyjazdem tutaj trudno mi było uwierzyć. Jak wiele osób, wyobrażałam sobie że to naród umięśnionych, opalonych surferów.
Uf. Przynajmniej tyle. A czym się obecnie zajmujesz? Oprócz tego, że prowadzisz bloga i napisałaś książkę ("Gdzie jest Julia" wyd. Pascal), masz też “normalną” pracę?

Tak, ale o to było ciężko. Okazało się, że moje wcześniejsze siedmioletnie doświadczenie zawodowe nie ma tu żadnego znaczenia, więc trzeba było zaczynać wszystko od początku - iść do kawiarni i parzyć kawę, bo na inną pracę nie było opcji. Tu liczą się referencje, więc jeśli Australijczyk widzi, że jesteś obcokrajowcem i nigdzie wcześniej tutaj nie pracowałeś, to bardzo niechętnie zatrudni cię jako pierwszy.

Zaczęłam więc od kawiarni. Na początku było ciężko. Pracując w Australii nawet jeśli Twój angielski dobry, ale masz mocny akcent, będziesz gorzej oceniany w pracy. Często czujesz się po prostu jak głupek, bo ludzie bywają złośliwi i uszczypliwi. Taka była moja pierwsza szefowa - ciągle mnie poprawiała, strofowała przy najmniejszym błędzie każdego dnia. Mocno podcięła mi skrzydła wiary w siebie. Trudno jest czasem się tym nie przejmować…

W dobrym momencie udało mi się jednak napomknąć, że znam się na mediach społecznościowych i marketingu, więc w końcu zaczęłam się tym zajmować. Teraz mam własną działalność gospodarczą i pracuję jako freelancer. Piszę też kolejną książkę, bo oprócz podróżowania, najbardziej w życiu kocham pisać. Poza tym, co sobotę pracuję w polskiej szkole w Brisbane, jako pani dyrektor. Bardzo poważna funkcja (śmiech).

Brzmi srogo.

Może trochę (śmiech).To bardzo fajne uczucie, tworzyć polską szkołę na końcu świata, w dodatku z genialnymi ludźmi. Mamy tam czterdziestkę dzieciaków, które uczymy języka, zabaw, polskiej kultury. Staramy się, żeby zawarły się między nimi te polsko-polskie więzi, które kiedyś im w życiu być może pomogą.

Planujesz tu zostać, czy wyruszyć w kolejną rundkę dookoła świata?

Dzisiaj tu właśnie jestem szczęśliwa. Tu jest dom mój i Sama, tu mamy przyjaciół i ścianę do przypinania pinezkami zdjęć z kolejnych wypraw. Ale jesteśmy też otwarci na to co los przyniesie. Jeśli więc trafi się okazja, żeby pomieszkać w innym kraju, albo przenieść się do Polski, co bardzo by Sama ucieszyło, to dlaczego nie?

Artykuł powstał we współpracy z firmą Citroën.

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...