Czy warto uprawiać nasz ogródek? Miejskie ogrodnictwo to przejściowa moda, a może pierwotna potrzeba?

Rozpoczęcie przygody z własnymi uprawami jest banalnie proste, często wystarczy po prostu wyjść z domu. fot. Kate Boss
Na grządkach i tarasach coś się święci. Ogrodniczymi DIY kuszą już nie tylko periodyki z rodzaju „Twoja rajska parcela”, ale też modne tytuły poświęcone trendom, a zdjęcia balkonowych donic zbierają tyle lajków, co obślinione osseski.

Wiatr zmian w podejściu do ogrodnictwa z sezonu na sezon coraz mniej przypomina cherlawy zefirek, który od czasu do czasu pchał nas do kupienia doniczki mięty czy nigdy nie wysianych nasion maciejki (była przeceniona na 0,99 zł). Ostatnio zaczyna upodobniać się do poprzedzającego ulewę huraganu, magnetyzującego działkowców, zielonych partyzantów i balkonowych ogrodników. W przypadku roślin opady są jednak jak najbardziej wskazane. Zapytaliśmy osoby, które serca oddały ogrodnictwu o drugie dno uprawiania ziemi. Czy chodzi tylko o przebywanie na świeżym powietrzu i dostęp do niepryskanych truskawek?


Warynia Grela, właścicielka warszawskiej perfumerii z niszowymi pachnidłami i kosmetykami GaliLu, uważa pracę w ogrodzie za formę medytacji, przynoszącą głęboki spokój i zadowolenie. – Ogród uczy pokory i cierpliwości, bo to projekt na lata, ale wierzę, że odpłaca miłością za miłość, mimo że ta miłość czasem bywa trudna – mówi. Warynia należy do osób, które nie są do końca przekonane, że uprawianie ziemi jest zajęciem dla wszystkich - Myślę, że ogrodnikiem trzeba się urodzić i jest to nie tyle zawód co jakiś inny rodzaj człowieka. Rodzisz się z tym, albo nie. Fascynacja naturą i potrzeba bliskiego z nią obcowania jest darem – opowiada.
Dla Sebastiana Kulisa, autora bloga Roślinne Porady, gdzie znajdziemy nie tylko piękne, minimalistyczne zdjęcia roślin, ale także wskazówki dotyczące samodzielnych upraw (także tych doniczkowych!) ogrodnictwo ma wymiar niemal filozoficzny. – Kontakt z natura pomaga wyzwolić się od egoistycznego myślenia, pokazuje nam, że jesteśmy tylko malutką częścią wielkiego i złożonego systemu. To sprawia, że zaczynamy bardziej szanować nasze zdrowie, otoczenie i innych ludzi. Kontakt z rozgrzaną glebą, aromatycznymi roślinami i mnogością otaczających nas organizmów pozwala na zrozumienie wyjątkowości zjawiska, które nazywamy naturą. Jestem zdania, że dzięki temu jesteśmy w stanie bardziej doceniać chwile oraz walczyć z materializmem, właśnie dzięki temu zatrzymaniu w biegu i kontemplacji – mówi 23-latek.

Sebastian od dziecka lubił zwierzęta i rośliny, ale swoich sił w ogrodnictwie, początkowo w mieszkaniu w bloku, spróbował dopiero kilka lat temu. Zainspirowała go wizyta w Szwecji, gdzie z niemałym zdziwieniem obserwował jak ludzie są w stanie wykombinować obiad korzystając tylko z przydomowej grządki, czasem doniczkowej. Pytam Sebastiana od czego zacząć przygodę z warzywami na balkonie. Wszystkim żółtodziobom doradza sałaty i zioła – Mają małe wymagania i są proste w pielęgnacji Świetnie sprawdzi się też zielony groszek, który siejemy od marca do połowy maja. Szybko rośnie i daje duży plon przy minimalnych wymaganiach – doradza bloger. Warto też spróbować się z fasolą, ładnie kwitnącą i obficie zazieleniającą balkon. Po jej strąki możemy sięgać z salonu od połowy czerwca do pierwszych przymrozków, a utrzymanie jej w dobrej kondycji to niewielka sztuka.
Autor Roślinnych Porady dorzuca do listy warzyw dobrych na balkon dla laika rzodkiewkę, wskazując, że nie potrzebuje wiele słońca, (choć trzeba pamiętać, że kocha wodę). Można wysiewać ją w długich doniczkach, a miedzy grządkami powsadzać cebule dymki, które zapewnią nam pyszny, świeży szczypior. Stworzenie balkonowej grządki, o której mówi Sebastian, zakładając, że nie mamy w domu ani doniczki, ani ziemi nie przekroczy 15 zł.

Działka moje hobby


Dawniej, gdy balkony były rzadkością, a te istniejące służyły raczej do suszenia prania czy przechowywania zimą jedzenia, ostoją miejskiego ogrodnictwa były tzw. działki. W Polsce w pierwszej kolejności kojarzone z PRL-owskimi działkami pracowniczymi. Obraz ogródka tego typu pokutujący w naszej wyobraźni to 40 metrów kwadratowych, gdzie znajdzie się miejsce dla oczka wodnego, szklarni z pomidorkami, obowiązkowego grilla, rzędu tuj i odlewu szumnie zwanego rzeźbą ogrodową. Młody polski folklor, który nie mrozi krwi w żyłach, lecz raczej budzi sentyment, ale jednak nie zachęca przyszłych pokoleń do kultywowania tradycji.

Idea ogródków działkowych narodziła się w połowie XIX wieku w Niemczech, gdzie małe parcele były przyznawane robotnikom, żeby poprawić ich stan zdrowia, dając im możliwość przebywania na świeżym powietrzu i samodzielnego uprawiania roślin jadalnych. Pomysł szybko rozprzestrzeniał się na kolejne kraje. W Wielkiej Brytanii działki przydały się np. podczas przedłużających się nalotów, kiedy miasto było odcięte od transportu żywności, a Miron Białoszewski wspomina o nich jako o źródle pożywienia w „Pamiętniku z Powstania Warszawskiego". Pierwsze polskie ogródki działkowe powstały w 1887 w Grudziądzu i były przeznaczone dla osób ubogich i chorych. Na początku nowego wieku z oddolnej inicjatywy lekarza z jednego z zaborów, stały się problemem wagi państwowej, ich funkcjonowanie zaczęły regulować kolejne ustawy.
Działka nie musi być przaśnym tworem, gdzie „z cyprysów gaiki, mruczące po kamyczkach gdzieniegdzie strumyki, tu kiosk, a tu meczecik”, co udowadniają coraz liczniejsze przykłady takie jak choćby sielski, choć malutki ogródek w Szwecji, jak gdyby wyjęty z przywodzący powieści Astrid Lindgren.

Make gardens, not war

W latach 70. zaczęły powstawać pierwsze grupy typu Guerilla Gardening, które starały się nielegalnie zagospodarować niedostępne miejskie nieużytki między innymi zrzucając na nie bomby. Mowa oczywiście nie o typie broni, choć i tak można metaforycznie określić te działania przeciwko magistratom, często niesprzyjającym inicjatywom tego rodzaju. Pierwotnie seed bombing był sposobem na przechowywania nasion w starożytnym Egipcie, a z czasem stał się także metodą zasiewu stosowaną m.in. na terenach po pożarach lasów. Polegał na zrzucaniu nad danym obszarem kul składających się z nasion, mającego odżywić je podczas kiełkowania kompostu i spajającej całość gliny. Jeśli mijacie w drodze do pracy zapomnianą działkę straszącą górą piachu i zardzewiałą taczką możecie zbombardować ją własnoręcznie wykonanymi bombami nasiennymi ku chwale sąsiadów i planety. W dużym skrócie wystarczy pomieszać kompost z gliną i z nasionami, dolać tyle wody, żeby można było ulepić kulki i odstawić do wyschnięcia. Można bombardować i z szelmowskim uśmiechem wyczekiwać efektów.
Inną odnogą urban gardeningu są ogródki komunalne – uprawiany przez społeczność sąsiedzką dla społeczności sąsiedzkiej. Jedno z pierwszych miejsc tego typu powstało w 1973 roku na Manhattanie i istnieje do dziś. Żeby zostać wolontariuszem-współwłaścicielem w ogrodzie Liz Christy (imię i nazwisko nieżyjącej już założycielki), wystarczy zgłosić taką chęć u aktualnie dyżurującej na miejscu osoby i zakasać rękawy. U nas wojowniczy ogrodnicy pojawili się kilka lat temu, początkowo zajmując się pod osłoną nocy obsadzaniem nieużywanych kwietników czy jałowych rond, dziś łatwiej spotkać ich prowadzących warsztaty czy ogródki komunalne.

Żeby mieć ogród w mieście nie musisz mieć nawet ziemi

Niespełna dwa tygodnie temu na portalu crowdfundingowym Polakpotrafi.pl sukcesem zakończyła się zbiórka funduszy niezbędnych do założenia warszawskiej, sezonowej szkoły ogrodnictwa. Od maja do września grupa chętnych będzie pod okiem ekspertów uczyła się wszystkiego, co trzeba wiedzieć o uprawianiu ziemi – od projektu, poprzez realizację (ćwiczoną w praktyce). Szkoła Ogrodników Miejskich jest projektem przemyślanym i totalnym, nie tylko pokazującym jak działają grabki i rozsadniki, ale też dającym solidną wiedzę między innymi o miejskim ekosystemie i permakulturze (projektowaniu ekologicznych miast, gdzie jest miejsce nie tylko na siedziby mieszkalne i usługowe, ale też na jadalne uprawy dla mieszkańców). Projekt został stworzony przez ludzi zgromadzonych wokół ogrodu społecznościowego Motyka i Słońce działającym na osiedlu Jazdów. To jedno z 6 miejsc tego typu (oficjalnie) działających w Warszawie.
Pierwszy był ogród na terenie praskiego Pałacu Konopackiego, który w tym roku będzie obchodził czwartą rocznicę funkcjonowania. Na terenie niegdysiejszego nasypu kolejowego na Solcu znajdziemy społecznościowy ogród kwiatowy (posadzono w nim już ponad 260 gatunków!) koordynowany przez inicjatywę Kwiatki Bratki. Z kolei w ogródku zlokalizowanym na terenie Fortów Bema wykorzystano istniejący już sad drzewek owocowych, gdzie założono miejską pasiekę, a także wysiano łąkę kwiatową. Nasiona dostarczyła Fundacja Łąka, która zajmuje się przywracaniem tradycyjnych roślin łąkowych do łask (w tym roku wysiano je już między innymi w Parku Szczęśliwickim czy przed Teatrem Powszechnym). Na stronie fundacji można zaopatrzyć się w mieszanki nasion wieloletnich łąk kwitnących i wyhodować własny kwitnący łan.

Na Bemowie nie zabrakło też miejsca dla warzyw (to będzie ich pierwszy sezon, jako że ogródek założono w sierpniu zeszłego roku). Na facebookowym fanpage'u możemy obejrzeć zdjęcia ze wspólnej jogi, a także przeczytać o nadchodzących wydarzeniach – 22 maja będzie można zobaczyć jak zakłada się pasiekę i wziąć udział w warsztatach pszczelarskich. Poza tym prężnie działają także Żolibuh na (jakżeby inaczej) Żoliborzu i „Zasadź Targówek” (w wiadomej lokalizacji). W innych polskich miastach obywatelskie warzywniaki, rabatki i klomby znajdziecie m.in. w Krakowie, Szczecinie czy Siemianowicach Śląskich.

Chciałbyś założyć miejsce tego typu w swoim mieście? Odwiedź stronę projektu Nasz Ogród Społeczny, gdzie znajdziesz niezbędne wskazówki i wsparcie, a także listę powstałych inicjatyw. Istotą ogródków społecznościowych jest nie tyle dostęp do warzyw, owoców czy przebywanie na świeżym powietrzu, co sposób na integrację z sąsiadami. Na nowych osiedlach dużych miast istnieje niepisana tradycja nie zauważania ludzi z którymi mieszka się za ścianą, dzieli parking i kosz na kupy Pusi i Rufusa. Żeby dołączyć do wspólnoty nie trzeba się nigdzie rejestrować, zapisywać ani płacić. Wystarczy się wygodnie ubrać, wziąć coś do jedzenia i picia i przyjść w weekend do najbliższego ogródka. Poznać sąsiadów i pomóc we flancowaniu.
Niezależnie od tego, czy elektryzuje was myśl o balkonie pachnącym byczkami, jak rabatki mamy, o poznaniu drobnej blondynki spod 4 Rufusa, czy po prostu chcielibyście mieć codziennie świeży szczypiorek do jajecznicy i koperek do młodych ziemniaków, z odsieczą przyjdzie wam któraś z odmian miejskiego ogrodnictwa. Rzucajcie seed balls na nieużytki, jedzcie balkonowe pomidorki, z sąsiadami kopcie i grabcie. To pasja tania i dająca satysfakcję, że mamy realny wpływ na to, jak wygląda miasto wokół nas i że produkujemy coś więcej niż opakowania po gotowych daniach z mrożonki i papierki po cukierkach. Poza tym, kto wie, może po latach stwierdzicie, podobnie jak Claude Monet, że waszym dziełem życia jest właśnie ogród?

Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...