
W Polsce należy albo być na tyle bogatym, aby optymalizować podatki w rajach podatkowych, albo na tyle biednym, aby kwalifikować się do pomocy społecznej. Posiadanie każdego innego statusu ni jak się nie opłaca, bo trafiasz do grupy, która finansuje dobre życie innym. Dobitnie pokazuje to analiza ekspertów Centrum im. Adama Smitha, którzy sprawdzili, kto naprawdę płaci podatki w Polsce.
VAT nie płacą za to osoby najzamożniejsze, bo odzyskują ten podatek od prywatnej konsumpcji dzięki swoim przedsiębiorstwom. Przykładem są choćby luksusowe samochody szefów firm – do niedawna z kratką (zwalniała z VAT), a dziś już w firmowym leasingu, czyli z odliczeniem VAT i przy odliczeniu kosztu zakupu od dochodów firmy. W dodatku na polskich ulicach widać coraz więcej samochodów na słowackich tablicach. To nie efekt najazdu Słowaków, ale mody na to aby leasing flot samochodów firmowych zlecać przez firmy słowackie – znacznie korzystniej niż w Polsce.
Wróćmy jednak do średniaków. Przeciętny polski przedsiębiorca na samozatrudnieniu co miesiąc opłaca 8 rodzajów podatków. Najpierw ZUS, czyli: Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych, Fundusz Pracy, a także składkę emerytalną, rentową, wypadkową, chorobową (opcjonalnie), a także zdrowotną. Do tego PIT, możliwy do rozliczenia w czterech wariantach, a także opcjonalnie VAT (czyli dziewiąta danina). To w sumie pięć przelewów z konta bankowego.
Mało kto z rządzących zdaje sobie sprawę, że dla ponad połowy indywidualnych przedsiębiorców kwotowo obliczane składki ZUS są na tyle wysokim haraczem, że w praktyce nie płacą już oni podatku dochodowego. Różne złośliwości cisną mi się na usta. Obecny system podatkowy jest tak skomplikowany i pełen luk, że tylko powszechna uczciwość Polaków sprawia, że rząd ma jeszcze jakiekolwiek dochody z tytułu podatków.
W tym roku dzień wolności podatkowej przypadł na 14 czerwca. To symboliczna data, od której po zapłaceniu podatków należnych władzy, przez resztę roku pracujemy już na własny rachunek. W porównaniu do ubiegłego roku wydłużył się o 4 dni, a to dzięki obietnicom wyborczym (np. podwyższenie płacy minimalnej, a wraz z nią składek ZUS) zrealizowanym przez poprzedni rząd PO-PSL. 500 złotych na dziecko, kolejna podwyżka płacy minimalnej i inne miłe wyborcom hasła w przyszłym roku wydłużą czas pracowania na podatki o następne dni.
Trzeba zdać sobie sprawę, że rząd nie ma żadnych innych pieniędzy poza naszymi. I gdyby w Polsce była świadomość podatkowa, edukacja ekonomiczna na odpowiednim poziomie, to nie byłoby aplauzu dla szastania pieniędzmi podatników. W Szwajcarii, której obywatele mają tego świadomość, niedawno przepadł w referendum pomysł, aby państwo wypłacało wszystkim gwarantowany dochód 2,5 tys. franków miesięcznie.
Korwinistą jestem tylko przez kwadrans w roku, kiedy robię przelew do Urzędu Skarbowego i przez ten kwadrans wściekły myślę o tym, jak pięknie i elegancko mógłbym te hajsy skonsumować i jakie gustowne dobra za nie nabyć. Ale potem mi przechodzi, bo myślę sobie, że od redukcji luksusu jeszcze nikt nie umarł, a od klasowych rozruchów owszem.
Czy zanosi się na obniżenie podatków średniakom, co zapowiedział wicepremier Mateusz Morawiecki? – W programach tak, ale realnie tego nie widać – komentuje Sadowski. – Jesteśmy więźniami gangu urzędników z Excelem. Gdy tylko jest mowa o obniżaniu podatków, zmianie systemu natychmiast pokazują swoje tabelki, że ubytek w kategorii „oni płacą”, jest od razu kojarzony z brakiem w innej rubryce „rząd płaci” – dodaje.
Napisz do autora: tomasz.molga@natemat.pl
