5 dni po premierze "Stranger Things" uznawane jest za najlepszy serial Netflixa. Dla mnie ten horror to nuda i kicz

11 - jedna z najnudniejszych super - bohaterek w historii seriali.
11 - jedna z najnudniejszych super - bohaterek w historii seriali. Fot. materiały promocyjne
„Stranger Things” ma być propozycją dla fanów Stevena Spielberga, Stephena Kinga, Guillermo del Toro i niewidzianej przez lata Winony Ryder. 15 lipca Netflix wypuścił na raz wszystkie odcinki pierwszego sezonu, a ja po pierwszym odcinku powiedziałam „nie”. Nie mam zamiaru oglądać reszty, bo fabuła jest tak przewidywalna, jak „Moda na Sukces”.

Serial przez wielu określany jest jako najlepsza produkcja Netflixa. Ma bardzo wysokie oceny, a pięć dni po premierze zdobył wiernych fanów, którzy już nie mogą odczekać się kolejnego sezonu. Zaciekawiona tą popularnością, wyglądem plakatu - który jest dobry, bo oddaje klimat filmów z lat 80., jaki chcieli uzyskać twórcy, postanowiłam spróbować. Byłam trochę nieufna po obejrzeniu zwiastuna, a po pierwszych minutach seansu odcinka - poirytowana.

Powodów, dla których uznaję ten serial za pomyłkę, jest wiele. Oczywiście „Stranger Things” to nie dno całkowite, więc postaram się znaleźć kilka pozytywnych cech tej produkcji.
Przede wszystkim doceniam to, że twórcy, bracia Duffer, zauważyli, iż odbiorca tęskni za produkcjami z dzieciństwa. Czyli za filmami Spielberga, za serialami familijnymi o grupie dzieciaków. Otoczka serialu jest bardzo wiarygodna, nawet font napisów początkowych jest strzałem w dziesiątkę.

Oprócz tego, na co zwraca uwagę wielu krytyków - nie udałoby się osiągnąć tego sukcesu gdyby nie muzyka - mimo wszystko dość współczesna, trochę dziwna. Bo to, że w serialu nachalnie wykorzystywane są największe hity lat 80., jest już w złym guście. Oczywiście na zdjęcia nałożony jest odpowiedni filtr, który nachalnie przypomina nam, że mamy do czynienia z latami 80.
O co chodzi w tym horrorze dla nastolatków? W małym miasteczku w tajemniczych okolicznościach znika chłopiec. Widz wie, że zaatakował go jakiś dziwny stwór, w skutek czego nasz bohater znika, rozpływa się.

Will jest spokojnym dzieckiem, wychowywanym przez matkę - Winonę Ryder - i przez sporo starszego brata. Dlatego kwestia ucieczki z domu jest nieprawdopodobna. Mimo to, policja wydaje się być umiarkowanie zainteresowana natychmiastową pomocą, więc matka i brat szukają 12-latka na własną rękę. Przy okazji dowiadujemy się więcej o bohaterze - że dzieci się z niego śmiały, bo miał dziwne ubrania, że w lesie miał prowizoryczną chatkę, do której lubił chodzić, żeby pomyśleć.

W tym samym czasie w pewnej restauracji pojawia się dziecko - wygląda jak chłopiec ubrany w szpitalną koszulę nocną, ale potem okazuje się, że to dziewczynka. Jest głodna, kradnie frytki i nic nie mówi. Na ręce ma tatuaż z numerem 11 i twierdzi, że tak się nazywa. Zaintrygowany kucharz próbuje jej pomóc, wzywa pracowników społecznych, którzy okazują się złymi naukowcami z Hawkins Lab. Zabijają restauratora, ale dziewczynka ucieka. Udaje jej się to, bo ma super moce. Pewnie dlatego ją ścigają.

W międzyczasie przyjaciele Willa, mimo że policja nie pozwoliła im szukać kumpla na własną rękę, jadą do lasu. Oczywiście, jak zwykle w kiepskich filmach, zaczyna padać deszcz. Zamiast zaginionego chłopca odnajdują dziwną uciekinierkę 11. Fascynujące.
O dalszym rozwoju fabuły dowiedziałam się już z Wikipedii, bo naprawdę nie miałam zamiaru kontynuować seansu. Mam wrażenie, że serial zrobiony jest na siłę, żeby przypodobać się widzowi. Twórcy uciekają się do tanich motywów - popularna nastolatka umawia się ze szkolnym przystojniakiem, 12-letni przyjaciel jej brata jest w niej zakochany, delikatna dziewczyna okazuje się być dzielną wojowniczką. Jak w filmach klasy B. Oprócz tego widz karmiony jest kiczem, złymi dialogami i kiepską grą aktorską.

Niestety, powrót Winony Ryder w moim mniemaniu nie jest udany - aktorka, która wciela się przecież w zrozpaczoną matkę, ciągle ma puste spojrzenie, jakby doszła do wniosku, że do wykreowania tej postaci wystarczy stylizacja. Jednak nie tylko ona nie radzi sobie najlepiej - prawie każda postać jest tu irytująca.

“Stranger Things” porównywane jest do filmu „Coś za mną chodzi”. I coś w tym jest - podobne zdjęcia, podobna muzyka i absurdalne wydarzenia. Jednak serial nie umywa się do kinowego hitu. „Coś za mną chodzi” jest filmem z przymrużeniem oka, nie nadętym, konsekwentnym, mądrym i po prostu bardzo ciekawym. A chwalone przez prawie wszystkich netflixowe „Stranger Things” to nuda. W pierwszym odcinku twórcy obnażają z tajemnicy wszystkich bohaterów i sygnalizują, co wydarzy się później, przez co nie mam ochoty obejrzeć kolejnych części tej przewidywalnej historii.

Napisz do autorki: barbara.kaczmarczyk@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...