Ale się urzędnicy postarali. Ten profesjonalny znak "Produkt Polski" będą mogły wykorzystywać zagraniczne firmy

Ministerstwo Rolnictwa opracowało wzór elitarnego znaku wspierającego sprzedaż polskich produktów.
Ministerstwo Rolnictwa opracowało wzór elitarnego znaku wspierającego sprzedaż polskich produktów. naTemat.pl
Urzędnicy Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi próbują się podpiąć pod modny trend patriotyzmu zakupowego. Szast prast i oto mamy ustawę dotyczącą oznakowania produktów w sklepach, a wraz z nią nowy znak "Produkt Polski", mający wspierać sprzedaż towarów oraz firmy z polskim kapitałem.

Przymknijmy na chwilę oko na to, że w oficjalnych dokumentach znak jest czarno-biały. Że jak zwykle efekt graficzny, nierówne marginesy, zdradzają, że autor narysował to na kolanie albo nieudolnie posiłkując się Wordem. Jeszcze więcej o amatorskim myśleniu urzędników mówi stworzona definicja polskiego produktu, w myśl której przedsiębiorcy uzyskają prawo do posługiwania się elitarnym oznaczeniem. Czujecie się zachęceni?
Według propozycji ministerstwa znakiem będzie można oznaczać takie towary, które zostały wyprodukowane w Polsce z minimum 75 proc. z surowców pochodzących z Polski, zaś pozostałe 25 proc. to półprodukty, których nie można zastąpić krajowymi odpowiednikami. Niby w porządku. Ser Gouda z pieprzem ze spółdzielni Mlekovita będzie miał prawo do znaczka.

Ale brniemy w to dalej. Kotlet ze świni będzie miał prawo do oznaczenia, o ile zwierzę urodzi się w Polsce. Tylko że jednym z największych hodowców trzody w Polsce jest amerykański gigant Smitchfield, budujący świńskie miasteczka na 40 czy 60 tys. zwierząt. Ich też chcemy nagradzać? Podobnie z piwem. Największe firmy owszem, używają produktów polskich: wody, słodu i chmielu, ale biznes należy do zagranicznych inwestorów, mają zagranicznych prezesów i również zyski w postaci dywidend trafiają do zagranicznego właściciela. Czy polskim produktem jest produkowany w Poznaniu majonez Hellmans albo Heinz Tomato Ketchup? Czy też znaczek należy zarezerwować dla Majonezu Kieleckiego i keczupu Roleski?

Według Piotra Trudnowskiego, eksperta centrum Analiz ułomna definicja zamiast pomagać polskim przedsiębiorcom, wręcz ośmiesza idee patriotyzmu zakupowego. Bo brakuje odpowiedzi na pytanie, jaki kapitał stoi za firmą, która wyprodukowała dany towar.
Piotr Trudnowski, Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego

Z takiego oznaczenia będą mogły korzystać tak firmy polskie, jak i zagraniczne. Mówiąc obrazowo: klient stojący przed sklepową półką będzie miał do wyboru wyprodukowane z polskiego mleka jogurty zarówno międzynarodowej korporacji o niemieckim kapitale, jak i lokalnej, polskiej spółdzielni mleczarskiej. Na obydwu znajdzie taki sam znaczek używany z błogosławieństwem polskiego rządu.

Trudnowski to także współautor autor aplikacji na telefon Pola, rozszyfrowującej informacje z kodów kreskowych. Ma o wiele bardziej zaawansowany algorytm przyznający punkty za produkcję w Polsce, polski kapitał przedsiębiorstwa oraz inwestowanie w badania i rozwój w naszym kraju. To o wiele doskonalsze narzędzie informujące klientów o pochodzeniu produktu.


Niestety urzędnicy nie sięgnęli do najświeższych badań w tym zakresie precyzyjnie pokazujących, które towary Polacy uznają za polskie. Według raportu IPSOS „Czy moda na polskość istnieje” (Badanie Omnibus przeprowadzone w marcu 2016 roku na reprezentatywnej próbie Polaków w wieku 15 lat+), jedynie 8 proc. badanych uznaje, że polskim jest produkt wytworzony w Polsce przez firmę z zagranicznym kapitałem! Aż 66 proc. badanych uważa natomiast, że pod pojęciem „produkt polski” kryją się dopiero te towary, które zostały wyprodukowane w Polsce przez podmiot z polskim kapitałem. Dość jasno wskazuje to, że przyjęta przez ministerstwo definicja jest mocno rozbieżna z intuicyjnymi oczekiwaniami konsumentów. W praktyce Polacy przy półkach sklepowych będą wprowadzani w błąd.

– Na podstawie dziś obowiązujących przepisów można więc przeciwdziałać „podszywaniu się” zagranicznych firm pod patriotyczne skojarzenia. Ministerstwo zamiast tego proponuje dodatkową regulację, która nie tylko nie ma szans być skuteczną, ale też zwiększy informacyjny chaos u patriotycznie nastawionych konsumentów – podsumowuje Piotr Trudnowski.

Dodaje, że obecnie, podając informację „produkt polski” w oznakowaniu środka spożywczego, podmiot musi spełniać warunki polskiego pochodzenia we wszystkich aspektach (surowców, miejsca przetworzenia, a nawet własności przedsiębiorstwa). Wynika to z art. 36 rozporządzenia (UE) nr 1169/2011. Stanowi ono, że podawane informacje o produkcie nie mogą wprowadzać konsumenta w błąd ani dezorientować go, a także nie mogą być niejednoznaczne.

Tylko rzetelne stosowanie tego jednego przepisu powstrzymałoby zagraniczne firmy od cynicznego otulania się w biało-czerwone flagi. Zdaje się jednak, że urzędnicy chcieli jednak zaznaczyć swój udział w sprawie.

Napisz do autora: tomasz.molga@natemat.pl

Trwa ładowanie komentarzy...