Niby prosta historia. Andrzej uporządkował poniemiecki cmentarz. Zajęło mu to 10 lat, bo jest niepełnosprawny

Niby prosta historia. Andrzej Korościel uporządkował poniemiecki cmentarz. Zajęło mu to 10 lat, bo jest niepełnosprawny. W tej prostej historii kryje coś więcej.
Niby prosta historia. Andrzej Korościel uporządkował poniemiecki cmentarz. Zajęło mu to 10 lat, bo jest niepełnosprawny. W tej prostej historii kryje coś więcej. Fot. Włodzimierz Szczepański
Wycinał cztery gałęzie dziennie, wyrywał jeden pieniek rocznie i po dziesięciu latach uporządkował cmentarzyk, na którym spoczywają Niemcy. Zachwycałeś się filmem „Prosta historia”? To poczytaj o Andrzeju, sparaliżowanym, byłym operatorze koparki ze wsi Pasieka na Kujawach. Tego nie wymyśliłby żaden hollywoodzki reżyser. Andrzej dokonał o wiele więcej, niż pokonanie ułomności swojego ciała.

Robię jeden krok i zatrzymuję się, aby poczekać na Andrzeja. Jemu pokonanie tego dystansu zajmuje dwa, trzy kroczki. Gdy w końcu docieramy na poniemiecki cmentarzyk, siada na ławeczce oblany potem. Szliśmy od jego domu około 100-200 metrów. Przez dłuższą chwilę łapie oddech. Końcem swojej kuli wskazuje na niewielki pieniek. Tłumaczy, że dwa tygodnie go wyrywał i śmieje się, że to sukces. Gdy dziesięć lat temu zaczynał, jego normą było wykarczowanie czterech gałęzi dziennie.
– Wychodziłem z domu rano – opowiada. Gdy docierał już na miejsce, sił wystarczało mu na kilka machnięć toporkiem. – Wracałem po południu. Cały mokry od potu. Czasem musiałem robić sobie dzień przerwy – dodaje.

Pamięta pierwszy cios
Nie przypuszczał, że tak będzie wyglądać jego życie. Z rodzinnych stron wyjechał przed laty Pracował jako operator koparki w kamieniołomach na południu Polski. We Wrocławiu poznał kobietę. Zaprosiła go do siebie. Nie spodziewał się, że to podstęp. W mieszkaniu czekało na niego trzech nieznajomych. Pamięta tylko, jak dostał pierwszy cios w głowę, ciężką, drewnianą nogą od stołu. Ocknął się w szpitalu po kilku miesiącach, całkowicie sparaliżowany. Błagał salowe, aby zwilżyły mu usta. Były zdziwione, że żyje.

Czasami czuł się jak worek przerzucany z łóżka na kolejną szpitalną pryczę. Stopniowo odzyskiwał władzę w kończynach. W końcu siostra Andrzeja, która przejęła rodzinne gospodarstwo, przygarnęła brata. Rudy kundelek, Sonia, który wszędzie towarzyszy Andrzejowi obwąchuje grób Fritzów. W pobliżu leży roztrzaskana płyta. – Raz chłopcy przyszli i mówili, że chcą mi pomóc. Chciałem, aby poskładali płytę. Nie dali jednak rady jej przenieść. Sam przeniosłem. Więcej się nie pojawili – wtrąca.

Nadzieja przyszła drogą
Lewa noga Andrzeja, ta mniej sprawna, zaplątała się w powój. Gwałtownie łapie równowagę opierając się o kulę. – Zielsko już przeschło. Będzie można je spalić – komentuje, przetrząsając końcem kuli kupkę uschniętych chwastów. Tłumaczy, że pokrzywy trzeba natychmiast wyrywać, bo odrastają. Reklamówką oznaczył kasztanowca, który wyrósł wśród młodych akacji. Kiedyś będzie z niego ładne drzewo.

Jak to się wszystko zaczęło? Dziś Andrzej utrzymuje się z niewielkiej renty. Po powrocie do domu nie wiedział, co ze sobą zrobić. Całe dnie siedział przed telewizorem, albo na podwórzu. – Przytyłem. Bałem się wózka, że nie będę chodził – wspomina.
Nadzieja przyszła, gdy na wzgórzu za bramą zobaczył ekipę drogowców. Kładli asfalt przez wieś. Na równej powierzchni łatwiej mu chodzić. – Wcześniej bałem się wychodzić gdzieś dalej. Na nierównościach mogę się przewrócić, a kto podniósłby mnie na drodze. Nawet teraz z trudem wstaję. Tutaj rzadko kto jechał drogą. Leżałbym nie wiadomo jak długo – jak na zawołanie przejeżdża „Cienki”. Andrzej macha ręką i wyjaśnia: – To Roman.

Znają się jeszcze z dzieciństwa. Teraz Roman Marcinkowski mieszka w wiosce obok, ale przejeżdża koło cmentarza, bo w rodzinnym gospodarstwie za Pasieką wciąż trzyma bydło. Jadę do niego, aby porozmawiać o Andrzeju. Mężczyzna zaplata żylaste, szczupłe dłonie. Mówi szybko.
– On przychodził na cmentarz dzień w dzień. Widziałem go nawet podczas deszczu. Czasem zatrzymałem się, pogadałem. Niekiedy kupiłem mu bułki. Dobrą robotę zrobił. Tak trzeba – komentuje.

Niemka, co po polsku mówiła
Nie tylko Roman zaglądał do Andrzeja. Czasem przy drodze zatrzymywał się samochód na obcych tablicach rejestracyjnych. Raz to był archeolog, kolejny ewangelicki pastor, aż w końcu zatrzymała się samochód na niemieckich „blachach”.
– To była Niemka, ale mówiła po polsku. Prosiła, aby pokazać jej grób dziadka. Pamiętała, że leżał obok dębu. Śladu po grobie nie ma, ale rośnie dąb. Zaprowadziłem ją – opowiada, a chwilę potem już zmierza pod drzewo.

Pastor popełnił samobójstwo
Pasieka to nie wieś na Ziemiach Odzyskanych, tylko w centrum Polski. Niemieckie gospodarstwa nie wyrosły też na ziemi odebranej Polakom w czasie wojny. Ewangelickie rodziny mieszkały na Kujawach od kilku pokoleń. Wojna zmieniła wszystko.
Bronisław Karolewski w pierwszych latach okupacji został skierowany z matką do pracy w niemieckim gospodarstwie w Pasiece. Prowadziła je Niemka, której mąż trafił na front. W sumie Bronisław nie narzeka, bo, jak mówi, byli przyzwyczajeni do ciężkiej roboty. W końcu i do Pasieki dotarło zarządzenie o ewakuacji niemieckiej ludności. Na wóz wrzucono kilka pierzyn. Konie okryto kocami, aby zniosły siarczysty mróz. Front dogonił ich pod Poznaniem. – Nasza Niemka najpierw wygrażała bronią, aby jechać na Zachód. A potem wpadła w rozpacz, bo bała się ruskich. Przygotowaliśmy jej papiery, że niby Polką jest – tłumaczy.

Bronisław wrócił do Pasieki, ale nie było w niej już Niemców. Zniknęli też ci, którzy nie uciekli przed frontem. Zniknęli za niewielkim murem przy torach dawnej wąskotorówki w Lubrańcu. To tutaj NKWD, a potem UB stłoczyła okolicznych Niemców. W tym prowizorycznym obozie przejściowym panem życia i śmierci był komendant milicji. Zatrzymanych torturowano. Jednemu z więźniów odciął głowę piłą, drugiemu rozpruł brzuch bagnetem i pędził przez miasteczko. W marcu 1945 z okazji urodzin Stalina rozstrzelano 19 osadzonych. – Kirsztajn był ostatnim pastorem w Pasiece. W nocy, gdy wiedział, że następnego rankiem trafi w ręce komendanta, rozciął sobie żyły – opowiada Karolewski

Andrzej wzrusza ramionami
Podobno komendant obozu znęcał się nad zatrzymanymi z powodu krzywd, jakie doznała jego rodzina. Nikt ich w okolicy nie pamięta. Tymczasem rodzina Andrzeja miała powody, aby nie lubić Niemców.
– Brata mojej mamy spalili żywcem w stodole. Mama opowiadała, że słyszała jego krzyki. A ojciec był na froncie. Na przyczółku manguszewskim z jego 300-osobowego oddziału zostało siedem osób. Niemcy wytłukli ich moździerzami. Ojciec został ranny. I pamiętam, jak był zły na sąsiada, że wyciął dęby na cmentarzu – tłumaczy, ale krzywd Andrzej nie liczy, ani zasług sobie nie przypisuje. Uporządkował w ramach rehabilitacji. I tyle. Wzrusza ramionami.

Spójrzcie na to z boku
Czy jednak nie ma w „rehabilitacji” Andrzeja głębszego sensu? W dawnej pastorówce w Pasiece, tej gdzie mieszkał Kirsztajn, teraz żyje Roman Klimczewski. On też jest napływowy, jako młody nauczyciel otrzymał przydział służbowy do Pasieki. Paradoksalnie, dawna pastorówka teraz służy do celów religijnych. Klimczewski adaptował ją na kaplicę, w której odprawiane są msze. Dojeżdżając do pracy w Izbicy, mijał cmentarz, gdzie widywał Andrzeja.
Komentuje: – Jestem pełen podziwu dla niego. Że on sam, bez niczyjej pomocy, niepełnosprawny tego dokonał. Nie wiem czym się kierował. Czy chciał pozyskać drewno na opał? Czy tylko uporządkować? Ale... Jak się spojrzy na to z boku. To wyszło wielkie dzieło. Chwała temu człowiekowi.

Napisz do autora: wlodzimierz.szczepanski@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...