"Będę zawsze przy tobie" i kilka innych zdań, które twój pies powiedziałby ci, gdyby wigilijny przesąd był prawdziwy

Co Twój pies powiedziałby Ci, gdyby wigilijny przesąd był prawdziwy? Prawo autorskie: blindfire / 123RF Zdjęcie Seryjne
Znacie ten rozczulający widok, kiedy wasz pies patrzy na was błagalnym wzrokiem, gdy jecie obiad? Te momenty szaleńczej radości, gdy wracacie do domu? To potworne poczucie winy wypisane na psiej mordce gdy znów zastajecie pogryzione buty? Każdy właściciel czworonożnego pupila uśmiecha się teraz błogo, czując, jak dobrze go zna. Jednak przykładanie ludzkiej miarki do psiej natury to nie jest najlepszy pomysł, to najprostsza droga do tego, by psa zwyczajnie skrzywdzić. O tym, dlaczego warto nauczyć się psiego języka i jak to zrobić rozmawiamy z Anetą Awtoniuk, behawiorystką zwierzęcą, instruktorką szkolenia psów i trenerką psów w warszawskiej Szkole dla Psów Azorres oraz coachem umiejętności interpersonalnych.

Wigilijny przesąd mówi, że po północy może zdarzyć się okazja, by zamienić kilka słów ze swoim pupilem. Przy tej okazji lubimy sobie wyobrażać, co nasz pies mógłby nam powiedzieć, bo jesteśmy przekonani, że nas kocha i rozumie. Czy psy faktycznie odczuwają ludzkie emocje?


Staram się unikać porównań psów do ludzi...

Dlaczego?

To nie pomaga psom. Przeciwnicy zwierząt zamykają się na dyskusję, gdy słyszą takie porównanie, bo mają słuszny argument – jesteśmy osobnymi gatunkami. Kiedy chcę wybronić psa w konfrontacji zwierzęcia z człowiekiem, porównując nas, zamykam samej sobie usta.

Ale na pierwszy rzut oka bardzo wiele nas łączy. Nie bez powodu mówi się, że pies jest najlepszym przyjacielem człowieka.

Oczywiście. To z tego powodu człowiek udomowił psa – bo ten zdawał mu się po prostu bliski. Od tysięcy lat psy dają człowiekowi korzyści nie tylko użytkowe, ale i emocjonalne, a mimo to traktowanie psów do tej pory bywa skandaliczne. Na niektórych polskich wsiach pies ma prawo do życia dopóki jest przydatny – pilnuje obejścia i podwórka. Wówczas może mieszkać w lichej budzie i żyć na krótkim łańcuchu. Natomiast psy, które przestają stróżować idą pod siekierę, i tyle.
Ale jest też druga strona medalu: miejska moda na ubieranie psów w swetry i prowadzanie do fryzjera...

To oczywiście kiepsko świadczy o ludziach, którzy przebierają psy w pidżamki i malują im pazurki. Psy ani trochę tego nie potrzebują. Za to już pomocy behawiorysty, który wyjaśni człowiekowi, jak lepiej może układać wspólne psio-ludzkie życie. Można się z tego śmiać, że psy mają swoich behawiorystów, dostają suplementy diety zapobiegające starzeniu się mózgu, a zimą smaruje się im łapy, by zabezpieczyć je przed mrozem i solą z chodników. Można, ale to nie jest fair. Pies bez pomocy człowieka by nie przeżył. Każdy, także ten duży pies ze wsi. Odebraliśmy psom tę umiejętność na zawsze. Udomowiliśmy je na amen i nie możemy się z tego wycofać. Odebraliśmy im samodzielność.

Co to znaczy?

Reakcja na ludzką twarz zapisała się w ich genach. Bez różnicy czy szczenięta rodzą się w hodowlach, w piwnicy czy pod krzakiem, te psy są zaprogramowane na ludzi. Znajomość ludzkiej mimiki to ich "wbudowana" umiejętność. Czy w takich okolicznościach jest z naszej strony w porządku, że śmiejemy się z tych, którzy biorą poczynania ludzkości wobec psów na klatę i postanawiają o psy należycie dbać?

Wygląda na to, że to nasz obowiązek.

Zgadza się. Powinniśmy być konsekwentni, w innym przypadku jesteśmy po prostu okrutni. Psy są na nas skazane. Gdyby człowiek zniknął z naszej planety, krótko potem zginąłby pies. Powinniśmy to uszanować.

W jaki sposób możemy to zrobić?

Przede wszystkim powinno zależeć nam by się z własnym psem dogadać. Kiedy staramy się wychować małego psa, nic o tym nie wiedząc to próby te można porównać do spacerowania po Księżycu. Najczęściej traktujemy psa po prostu tak jakby był to mały człowiek w futrze i na czterech nogach. Dzieje się tak dlatego, że z psem komunikujemy się tak jak z małym dzieckiem, czyli za pomocą obserwacji jego zachowań. Małe dziecko czy pies nie potrafią zwerbalizować swoich potrzeb. Możemy je odczytywać z zachowań i gestów. Błąd popełniamy wtedy gdy oczekujemy, że pies wykona ten sam gest co człowiek albo zrozumie ludzki gest po ludzku...

Jak zatem dogadać się z własnym psem?

Jedyną drogą jest obserwacja i otwartość na odmienność, czyli dokładnie to na co nas stać kiedy nasze dzieci są malutkie. Staramy się odgadnąć z mowy ciała, z dźwięków, jakie wydaje, czego nasze dziecko potrzebuje i jakie jest jego samopoczucie, i tak samo powinniśmy postępować wobec psa. Pomocna może być znajomość ras, bo typ psa określa jego potrzeby.

A propos porównań psa do dziecka – jako młoda mama często spotykam się ze sprzeciwem wobec takiego podejścia. Mamy często czują się urażone, że ich kilkuletnie dziecko jest w rozwoju na podobnym etapie, co pies...

To muszę je rozczarować, bo dorosły pies ma znacznie więcej umiejętności społecznych niż dziecko. Pod tym względem znacznie przewyższa nawet nastolatka. W zakresie rozwoju emocjonalnego można zaryzykować porównanie z kilkulatkiem, natomiast nie w odniesieniu do rozwoju ogólnie. Obserwując psie mamy odważę się stwierdzić, że ludzkie mamy mogłyby się od tych pierwszych sporo nauczyć.
Czego konkretnie?

Do 4. miesiąca życia szczeniętom w grupie rodzinnej wolno wszystko w stosunku do każdego osobnika. Można wskakiwać na głowę, można ciągnąć za skórę, można tarmosić za uszy mamę, wujków, ciotki, a nawet samca alfa nawet jeśli nie on jest ich ojcem. Dzieje się tak po to, by psie dzieci miały stuprocentowe poczucie przynależności do rodziny. Dzięki temu tworzą się między nimi więzi. Kiedy nasze dzieci są maleńkie nie denerwujemy się na nie za to, że psocą. Dopiero później w ramach ich rozwoju zaczynamy stawiać granice. Mądrzy rodzice zrobią to w miarę szybko, gdy tylko dzieci zaczną pokazywać pierwsze symptomy samodzielności. Dokładnie to samo robią psie mamy. Psy wychowują szczeniaki tak, by nie były one od nich uzależnione, żeby poradziły sobie w dorosłym życiu. Uczą je nie tylko jak polować, ale też co zrobić, by nie zostać wykluczonym z grupy. Kiedy szczeniak w zabawie gryzie za mocno rodzeństwo zostaje sam, bo inni traktują go jak agresora. Psia mama uczy swoje dzieci zajmowania się samym sobą, bycia w samotności, czyli wszystkiego czego wielu rodziców-ludzi nie potrafi nauczyć swoich dzieci.

Jako gatunek, my - ludzie mamy wiele wspaniałych cech, które powinny stawiać nas w czołówce najlepszych istot na Ziemi. Czy tak jest faktycznie? Wiemy wszyscy, że nie zawsze... Nie każdy człowiek na świecie może swoim postępowaniem świadczyć na rzecz ludzi i być rzecznikiem naszego gatunku, mamy dużo za uszami i mamy za co sobie pluć w brodę.
Psy także mają wiele wspaniałych cech, za które możemy je uwielbiać i podziwiać. Na wielu polach przewyższają człowieka.

Jakie cechy ma Pani na myśli?

Na przykład węch. Psy potrafią wyczuć zapach z dwóch kilometrów! Nie potrafi tego ani człowiek ani żadna technologia wymyślona przez niego.. Pies potrafi iść „po śladzie” czyli po zapachu właśnie np. za człowiekiem – przez wiele kilometrów, z czego korzystamy, gdy ktoś z nas zgubi się i nie potrafi wrócić, psy skutecznie tropią przestępców, potrafią przecież znaleźć ludzi pod gruzami! Pod tym względem nie dorównuje im nic i nikt na świecie. Nie rozumiem dlaczego ludziom sprawia tak ogromny problem docenienie psów i przyznanie, że w pewnych obszarach są od nas zwyczajnie lepsze. Z moich obserwacji wynika, że ludzie mający tego typu opory, mają też emocjonalne deficyty, kompleksy, które chcą wyleczyć poczuciem, że są władcami świata i królami tej planety. A przecież tak nie jest. Byle powódź czy tsunami pokazuje nam-ludziom, że światem rządzi natura. Spotkanie z lwem czy tygrysem, gdy nie jesteśmy uzbrojeni w broń palną też nie skończyłoby się naszym zwycięstwem. . Wniosek jest jeden – nie jesteśmy najsilniejsi na świecie. Jeśli jako kontrargument ludzie stawiają fakt, że przewagą jest świadomość i umiejętność analitycznego myślenia to moje pytanie brzmi: dlaczego nie opanujemy tej żądzy bycia na samej górze? Dlaczego nie stać nas na empatię wobec psów (i zwierząt w ogóle) i zrozumienie, że one mówią po swojemu, a nie po ludzku?

W obronie ludzkiego gatunku zaryzykuję tezę, że może nam się tak wydawać, gdyż psy rozumieją co się do nich mówi...

To fakt, ale to znów umiejętność wynikająca z udomowienia. Psa po prostu intelektualnie stać na to, by nauczył się, że "siad" jest wtedy gdy dotyka się zadkiem ziemi. Tak samo jak dziecko stać na to, by zrozumieć, że nie wolno wkładać rąk do gorącego piekarnika, bo parzy. Z tą różnicą, że pies nie będzie tej nauki słownictwa ludzkiego kontynuował w nieskończoność. To raz, a dwa – nie zrozumie trudniejszego komunikatu.

Na przykład, że nie wolno gryźć butów?

To zrozumie. Ale już oskarżenia o celowe zniszczenie jakiejś naszej rzeczy, tylko po to, żeby „odegrać się” na człowieku nie zrozumie. Nie ma takiego psa, który pogryzłby buty człowieka złośliwie.

To dlaczego?

Z tęsknoty, z nudów, z konieczności rozładowania emocji, z powodu wymiany mlecznych zębów na stałe… Najczęściej pies gryzie buty, bo pachną jego człowiekiem i gdy zostaje sam w domu, a nie zadbaliśmy, żeby nie odczuwał stresu z powodu nienaturalnej dla gatunku samotności, to nasz zapach jest tym, czego pies szuka. M.in. dlatego też psy leżą na naszych miejscach na kanapie, gdy nie ma nas w domu. Żucie uspokaja psy, a co lepiej się nadaje do tego, niż nasze skórzane miękkie buty?! Taki pies, zanim nauczymy go, że zostawanie samemu może być fajne, zawsze będzie z powodu pogryzienia naszych butów bardzo szczęśliwy (śmiech).
A co z wyrzutami sumienia, podkulonym ogonem i przestraszonym wzrokiem pełnym poczucia winy, kiedy zezłoszczony pan wraca do domu i odkrywa, że pies zniszczył mu łapcie?

To jedna ze strategii przetrwania. To, co ludzie odczytują jako wyrzuty sumienia psa, to tak naprawdę sposób na złagodzenie negatywnych emocji, które pies wyczuwa. Pies naprawdę nie łączy pogryzionych łapci z naszym niezadowoleniem. Po prostu nauczył się, że gdy wracamy do domu i zaczynamy krzyczeć, wykrzywiać twarz w marsowej minie i pachniemy adrenaliną, on musi pokazać nam sygnały uspokajające – takie same, jakie zastosowałby do zażegnania konfliktu z innym psem - podkulenie ogona, pochylenie głowy ku podłodze w niby węszeniu, odwrócenie wzroku i złagodzenie, zmiękczenie spojrzenia, które ludzie odczytują jako tzw. „bezbronny wzrok” czy wreszcie wycofanie się (po ludzku: schowanie się). Daje tym samym szansę człowiekowi na uspokojenie się. My-ludzie powinniśmy wiedzieć, że to nasza reakcja na pogryzione buty wywołuje psią reakcję podkulonego ogona. To my nauczyliśmy swojego psa reagować w ten sposób.

Czyli gdyby zdemolowany dom, zniszczone meble czy garderoba od początku nie robiły na nas wrażenia to nasz pies "nie wyrażałby skruchy"?

Dokładnie tak.

A co z przekonaniem, że nie powinniśmy pozwolić psu wejść nam na głowę, że pies powinien znać swoje miejsce w hierarchii i im krócej się trzyma psa, tym jest on wierniejszy?

Człowiek i pies nie tworzą stada w sensie biologicznym, bo nie jesteśmy tym samym gatunkiem. Hierarchia w stadzie (czyli grupie osobników tego samego gatunku zajmujących określone terytorium i zorganizowanych społecznie) obowiązuje wtedy, gdy trzeba wybrać najlepsze geny do rozmnażania, ponieważ prawo do rozrodu zyskuje tylko para alfa. Jeśli więc człowiek uznaje siebie za samca/ samicę alfa, to zakłada, że chce mieć młode ze swoim psem. Tak, wiem, że jestem okrutna i brutalna, ale mam dość średniowiecznych bajań o tym, jakoby pies spędzał długie godziny na obmyślaniu jak zdetronizować człowieka z pierwszego miejsca w rodzinie. To bzdury takie same, jak wiara w to, że gdy pies zje słodycze, dostanie robaków!

Dla psów rodzina, do której człowiek należy jest ponad wszystko. Oczywiście rozumieją, że w wierności człowiekowi mają swój interes – dostają jedzenie, dach nad głową, zabawy, pieszczoty itd. Natomiast to nie jest ich jedyna motywacja do tworzenia relacji z człowiekiem. Psy się przywiązują. Stajemy się ich rodziną, dzielą z nami te emocje, które dzieliłyby z psimi braćmi. Opiekują się sobą nawzajem, razem bawią się, zdobywają jedzenie, pielęgnują się wzajemnie, choć nie tak intensywnie jak np. małpy czy ludzie. Ponieważ należymy do ich grupy społecznej, opiekują się również nami, chcą się z nami bawić i razem zdobywać pożywienie. A psu naprawdę niewiele potrzeba, by się do nas przywiązał. Wystarczy odrobina czułości okazana raz na jakiś czas. Z przykrością patrzę na losy psów, których właściciele na co dzień zwyczajnie nie lubią. Nie karmią godnie, nie przytulają... Okazanie ciepłych uczuć zdarza im się bardzo rzadko, np. kiedy sobie popiją. Tyle wystarczy psu, by kochał i był wierny. To sytuacja, w której człowiek funduje psu huśtawkę emocjonalną, na którą on nie jest odporny. Psy kochają bezwarunkowo, nie oceniają nas, im jest wszystko jedno jacy jesteśmy. Jeśli raz na jakiś czas pokażemy psu, że jest dla nas ważny np. wpuszczając do domu i dając mięsne kąski, to choćbyśmy go potem przegłodzili i trzymali na mrozie, on od nas nie odejdzie.

Znów porównanie do sytuacji w życiu człowieka – to, o czym Pani mówi skojarzyło mi się ze współuzależnieniem...

I słusznie, bo to ten sam mechanizm. Żony mężów bijących czy pijących są w stanie wytrzymać piekło na co dzień, dlatego, że jest przeplatane momentami ocieplenia relacji. I dla tej chwili ciepła przez resztę czasu cierpią. Emocjonalny hazard. Jednak kobiety te mają świadomość i rozum, a więc mają narzędzia, by ocenić sytuację "na zimno" i po prostu odejść uwalniając się z „nałogu” Człowiek dla psa ma wartość zero-jedynkową – jesteś moim człowiekiem, bo mnie karmisz i przytulasz (nawet jeśli tylko czasem!), i dlatego zostaję na zawsze.

Miałam kiedyś w bloku sąsiada, starszego pana, który mieszkał tylko z psem i kiedy ten człowiek umarł, pies zamieszkał na cmentarzu...

W ogóle mnie to nie dziwi. Przywiązanie do swojego dwunożnego pokazuje znana historia psa Dżoka z Krakowa, który czekał na swojego opiekuna na rondzie, na którym widział go po raz ostatni, bo pan zmarł tam na atak serca Dżok czekał w tym miejscu na jego powrót przez rok!
Czy pies byłby w stanie oddać życie za człowieka?

Z pewnością choć nie znam takiej historii z życia. Wiem za to, że psy-żołnierze oddają życie za ludzi codziennie, tylko się o tym głośno nie opowiada. Psy służące w oddziałach specjalnych w wojsku czy policji wchodzą pierwsze do obiektu, w którym być może jest uzbrojony wróg. Jeśli tak, najczęściej spodziewa się on jednak człowieka, dlatego celuje w głowę wiedząc, że żołnierz ma na sobie kamizelkę kuloodporną. Pies jest niższy, więc ma szansę przeżyć taki atak i wykonać zadanie. Często jednak zdarza się, że psy giną za swoich kolegów z oddziału... Za serce chwytają mnie jednak historie, w których to człowiek naraża swoje zdrowie lub życie, by ratować psa.

Na przykład?

Chociażby znana historia kundelka Baltica, który dryfował na krze na samym środku Zatoki Gdańskiej. 27 km od brzegu! Wypatrzyła go załoga statku Baltica, który monitorował jakość wód Bałtyku dla Morskiego Instytutu Rybackiego w Gdyni. Uratował go członek załogi Adam Buczyński, jednocześnie ratownik WOPR, który po bezskutecznych poszukiwaniach właściciela psa, stał się jego nowym opiekunem.
Odbijając w drugą stronę – są też historie, w których pies jest czarnym charakterem.

Pies jest z natury dobry. To, że gryzie jest wynikiem jego doświadczeń, to, że potrafi zabić inną istotę wynika z tego, że jest drapieżnikiem. Dla niego atak bywa sposobem na przetrwanie. On nie potrafi tego, co robi ocenić przez pryzmat ludzkich norm moralnych. Inaczej rzecz się ma z naszymi rodzinnymi psami, socjalizowanymi z ludźmi, zadbanymi, którym zdarza się ugryźć, a inaczej z psami dziko żyjącymi, które dzięki agresywnym zachowaniom przetrwają.

Nasz domowy pies gryzie, gdy nie ma innego wyjścia (bo np. unieruchomiliśmy go w uścisku i nie reagujemy na żadne wcześniejsze sygnały dyskomfortu, które nam wysyła – mrużenie oczu, położenie uszu, oblizywanie się, ziewanie, odwracanie głowy, pokazywanie zębów, warczenie czy kłapanie zębami; puszczamy dopiero, gdy dziabnie nas w rękę i jesteśmy zadziwieni, że ugryzł; a przecież ostrzegał i sygnalizował, mówiąc po ludzku: „prosił”, żebyśmy go wyswobodzili). Pies gryzie więc, bo się broni, broni swojego zasobu (np. młodych lub terytorium) i robi to dlatego, że człowiek nauczył go swoim zachowaniem, że tylko to działa. Kiedy domowy pies jest agresywny to znaczy, że popełniliśmy wobec niego jakiś błąd, daliśmy mu sygnał, że nie jest bezpieczny oraz nauczyliśmy, że wyłącznie komunikacją agresywną zdobędzie to, na czym mu zależy. Inaczej jest z psami zdziczałymi żyjącymi na uboczu, które często łączą się w stada i polują razem, np. na dzieci. Zasady oceny agresji psa trzeba zawsze dopasować do konkretnego osobnika i sytuacji, w której nastąpiło pogryzienie, nie ma tu miejsca na generalizację.

Wychowanie psa to ogromna odpowiedzialność – to zdanie słyszą od swoich rodziców wszystkie dzieci, które marzą, by mieć czworonożnego przyjaciela. Niby wiedzą to wszyscy, a tak naprawdę wielu ludzi nie ma pojęcia o tym, jak w praktyce ta odpowiedzialność się przejawia. Świadczą o tym nie tylko skandaliczne zachowania wobec psów, ale także sam fakt, że człowiek ośmielił się grzebać w psich genach po to, by stworzyć rasy ze swojej perspektywy idealne, a w rzeczywistości psie kaleki – z silnie skróconymi kufami, ze zbyt krótkimi przewodami nosowymi uniemożliwiającymi swobodne oddychanie, z nazbyt wypukłymi oczami wypadającymi z oczodołów, czy z karykaturalną budową ciała obciążającą kręgosłup, ale przydatną np. w polowaniach…

Badania udowadniają, że jeśli człowiek ma w sobie skłonność do niewrażliwości na zwierzęta czy do znęcania się nad nimi, to tak samo będzie postępował wobec ludzi. To nie musi być przemoc fizyczna, znęcanie się sensu stricte jak zadawanie bólu przez szarpanie smyczą, dławienie obrożą zaciskową, wbijanie w szyję kolców kolczatek czy bicie. To może być przemoc emocjonalna – zamykanie w samotności na wiele godzin, nierealizowanie podstawowych potrzeb. Dlatego zaryzykuję stwierdzenie: pokaż mi jak traktujesz swojego psa, a powiem ci jak traktujesz innych ludzi. Zwłaszcza tych słabszych.

Napisz do autorki: ewa.bukowiecka-janik@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...