Usłyszała, że "wjechała w prezydenta". Ta kobieta udowodniła przed sądem, że BOR nie może taranować zwykłych ludzi

Kraksa konwoju prezydenta w 2014 roku. Natalia A. jeszcze nie wie, że BOR będzie wmawiać jej winę.
Kraksa konwoju prezydenta w 2014 roku. Natalia A. jeszcze nie wie, że BOR będzie wmawiać jej winę. Fot. Dariusz Borowicz / Agencja Gazeta
Ma pani świadomość, że wjechała pani w prezydenta! – to pierwsze słowa kierowcy prezydenckiej limuzyny, który po szarży przez Warszawę rozbił się pod samą bramą Belwederu. Rzekomy sprawca zagrożenia w ruchu drogowym to matka, która odebrała przed chwilą dziecko z przedszkola i spokojnie wracała do domu. Nie dała się jednak zakrzyczeć i wmówić sobie winy.

Kierowcy rządowych limuzyn nie mogą bezkarnie szarżować przez miasto i taranować spokojnie jadących ludzi, a potem jeszcze oskarżać ich o nieudzielenie pierwszeństwa VIP–owi. Do takiego wniosku doszedł warszawski sąd. W identycznym wypadku jak ten z udziałem premier Beaty Szydło uniewinnił rzekomego sprawcę zagrożenia w ruchu drogowym.

Warszawa 10 grudnia 2014 roku, godzina 17, szczyt popołudniowych korków i nomen omen kolejna miesięcznica smoleńska. Natalia A. odebrała syna z przedszkola i spokojnie, jadąc 30/km na godzinę sunie w korku, wracając do domu. W tym samym momencie BOR-owcy wiozący prezydenta Bronisława Komorowskiego, łamiąc wszelkie zasady, próbują dostarczyć polityka do domu. Szarżują po pasach, blokują inne samochody, wjeżdżają na powierzchnie wyłączone z ruchu, by wreszcie w poprzek Al. Ujazdowskich na bezczelnego, bo z prawego pasa skręcając w lewo, próbują wjechać do bramy Belwederu. Kierowca BOR zauważa 3 metry luzu pomiędzy autami w korku i tam celuje. Sztuczka nie udaje się.

W ułamku sekundy dzieje się to: Gapowaty policjant przed Belwederem nie zdążył machnąć lizakiem i zatrzymać ruchu na drugim pasie. Kierowca limuzyny prezydenta nie ma wolnego wjazdu w bramę, więc musi ostro hamować. W jego tył i bok wjeżdża auto, przed które przed chwilą się wepchnął.
Tak się to załatwia
Natalia A. wysłuchała tej samej litanii zarzutów co "sprawca" pod Oświęcimiem.
– Wjechała pani w prezydenta! – słyszy. Ale nie daje się zakrzyczeć. – Bardziej interesuje mnie stan mojego dziecka – odkrzykuje. Faktycznie, malec został lekko poturbowany. Nie wymagał jednak pobytu w szpitalu. Dalej spokojnie tłumaczyła, że jako piąte auto w kolejce ruszała spod świateł, gdy nagle pojawiły czarne mercedesy, próbowały ją zepchnąć z pasa, jeden wepchnął się przed nią, kierując się do Belwederu.

Teraz najlepsze, chociaż początkowo policjant na miejscu zdarzenia przypisał winę kierowcy Biura Ochrony Rządu, to jednak Natalia A. ostatecznie stanęła przed sądem z zarzutem spowodowania zagrożenia bezpieczeństwa w ruchu drogowym.

Sprawa szybko zmieniła kierunek gdy zaprotestował sam BOR. Jednak, jak zauważa sędzia prowadząca sprawę, funkcjonariusze zamiast szczegółowo opisać zajście, wymigują się kilkoma zdaniami. Nie tłumaczyli się z pirackich zachowań, tylko przedłożyli raport z postępowania wyjaśniającego z własnej jednostki. Twierdzili w nim zdawkowo, że choć jechali bez sygnałów dźwiękowych, to mieli pierwszeństwo. Kierowca prezydenckiego Mercedesa jechał prawidłowo i jego nagły manewr wynikał "ze zmiany warunków drogowych". Znalazł się też biegły ruchu drogowego, który tłumaczył, że kobieta powinna była szybciej zahamować. Cytat "zareagowała na zagrożenie z nieuzasadnionym opóźnieniem".
Zeznania funkcjonariuszy BOR

Zeznania tych świadków, w zasadzie obejmują kilka prostych zdań, wskazujących, jaką trasą poruszały się obydwa pojazdy, oraz do wskazania, że przed skrzyżowaniem doszło do prawidłowej zmiany pasa ruchu przez Mercedesa i następnie pojazdy poruszały się dalej, swoim pasem ruchu i po przejechaniu skrzyżowania doszło do zdarzenia.

Święte krowy na sygnale
Natalia A. ma prawo jazdy od 20 lat, jest uprzejmym kierowcą, z nielicznymi mandatami na koncie. Jej tłumaczenia nie miały szans przeciwko słowom trójki zawodowych funkcjonariuszy. Los sprawy odmienił dopiero inny kierowca. Jechał bezpośrednio za nią i dokładnie w ten sam sposób opisał szalony manewr BOR-owików.
A tak wyglądały ustalenia sądu

Kierowca Mercedesa jadąc przez skrzyżowanie, poruszał się po powierzchniach wyłączonych z ruchu, następnie wykonał manewr skrętu w lewo, wjechał na tor ruchu prawidłowo jadącego pojazdu marki Citroen, a następnie gwałtownie zahamował, co stworzyło stan zagrożenia dla kierującej Citroenem obwinionej.

Dopiero wtedy sąd zorientował się, że pracownicy BOR nie są wiarygodni. I udzielił im lekcji o ruchu drogowym. "Sprawca zagrożenia" to nie ten, kto w finale nawinie się pod zderzak, ale ten, kto narusza zasady zaufania w ruchu drogowym, a swoim zachowaniem zmusza innych kierowców do manewrów zmierzających do uniknięcia niebezpieczeństwa. Natalia A. została uniewinniona, choć zajęło to dwa lata i kosztowało (licząc czas ekspertów i koszty rozpraw) kilka tysięcy złotych.

Podobne sprawy
Tego dnia prezydent Bronisław Komorowski nie ratował świata czy Polski. Rutynowo spotkał się z Radą Bezpieczeństwa Narodowego, zajął stanowisko w sprawie więzień CIA, przyznał nagrodę za twórczość dla dzieci i młodzieży, a także nominował 41 sędziów. Naprawdę musiał być wieziony na złamanie karku? Tego już nikt nie wyjaśnił. Kierowca BOR nie dostał mandatu, bo przewinienie już się przedawniło.

Sprawa do złudzenia przypomina ostatni wypadek premier Beaty Szydło. Jazda w szaleńczym stylu i przypadkowy obywatel, który ośmielił się wleźć pod zderzaki rządowego konwoju.
Opublikowany przez Włodzimierz Skalik na 11 lutego 2017
Limuzyny polskich oficjeli przemierzają rocznie 2-3 miliony kilometrów. Rocznie dochodzi do ponad 20 stłuczek. Jeśli ci szaleńcy trafią na was, już wiecie jak się zachować. Szczegóły wyroku można przeczytać tutaj.

Napisz do autora: tomasz.molga@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...