"Belle Epoque" to nieporozumienie. Małaszyński chciał zagrać światowo, a wyszło coś, czego nie obejrzy się nigdy więcej

Strój, sposób bycia i historia postaci granej przez Pawła Małaszyńskiego dziwnie przypomina tę znaną z serialu "Taboo".
Strój, sposób bycia i historia postaci granej przez Pawła Małaszyńskiego dziwnie przypomina tę znaną z serialu "Taboo". Fot. Kadr z serialu "Taboo"; kadr z serialu "Belle Epoque"
Za nami premiera "Belle Epoque”, serialu, którego wielbiciele Sherlocka Holmesa wyczekiwali z nadzieją w sercu od miesięcy. Miała być groza, tajemnica, namiętność i akcja wartka jak górski potok, i bardzo chciałabym napisać, że to właśnie dostaliśmy. Niestety, więcej emocji i zaskakujących zwrotów akcji znajdziecie w reklamie szamponu do włosów.

Pozytywnych elementów nie ma w produkcji TVN-u wiele, zacznijmy więc od nich - z dobrej strony pokazał się Eryk Lubos, występujący w roli prowadzącego laboratorium kryminalistyczne Henryka Skarżyńskiego. Lubos wie, kiedy podnieść brew, kiedy zawiesić głos, słowem - robi to, co aktor robić powinien. Niestety, tego samego nie można powiedzieć o odtwórcy głównej roli.



Paweł Małaszyński sprawia wrażenie, jakby nie bardzo wiedział, gdzie i po co się znajduje. Grana przez niego postać, Jan Edigey-Korycki, wpada na plan w stylówie żywcem ściągniętej z "Taboo” - broda, obszerny, ciemny płaszcz, kapelusz i groźne spojrzenie. Małaszyński może powiedzieć do lustra "nailed it”, ale niestety prezentuje się jak karykatura Toma Hardy’ego. Zamiast efektu drania i twardziela mamy bowiem miałkie aktorstwo z zestawem trzech min do wyboru.
Podobieństw do "Taboo” jest zresztą więcej. W serialu "Taboo" główny bohater, James Delaney, zjawia się w Londynie po otrzymaniu wieści o nagłej śmierci ojca. Kiedy Delaney panoszy się w swoich zabłoconych buciorach po salonach Kampanii Wschodnioindyjskiej, dowiadujemy się, że w przeszłości łączyła go silna więź z panią Geary. Z kolei główny bohater "Belle Epoue” przyjeżdża po latach do Krakowa, by wyjaśnić okoliczności śmierci swojej matki. Chce to załatwić możliwie szybko, bo wlecze się za nim wspomnienie romansu z niejaką Konstancją (Magdalena Cielecka).

O ile jednak twórcom "Taboo” udało się oddać klimat brudnego Londynu z początków XIX wieku - zadbał o to Ridley Scott, czuwający nad produkcją - to w "Belle Epoque” ma się wrażenie, że oglądamy makietę Krakowa z początków ubiegłego stulecia. Niewątpliwie piękne kostiumy, wnętrza, rekwizyty - wszystko wydaje się być sterylne i nie na miejscu. Cały czas nie możemy zapomnieć, że oglądamy aktorów poprzebieranych w stylizowane ubrania, a nie, jak to powinno wyglądać w porządnej produkcji kostiumowej, ludzi z minionej epoki. To, co miało być największym atutem produkcji TVN-u, stało się jej wielką słabością.

Nie pomagają też słabe dialogi i sztuczny sposób wysławiania się bohaterów - u wszystkich dokładnie taki sam, niezależnie od wieku, płci i warstwy społecznej. Obrazu dopełniają zbyt jasne, obszerne kadry i konsekwentne unikanie mroku i cienia, które pomogłyby w budowaniu klimatu tajemniczości i strachu. Jakby tego mało, prowadzona ręcznie kamera jest nieustannie trochę rozedrgana, a takie rozwiązanie - razem z ujęciem malowniczej sadzawki w pięknym ogrodzie czy skąpanego w słońcu saloniku - daje dziwny efekt.
Brak autentyczności nie jest niestety największym zarzutem do "Belle Epoque”. To, że ulice Krakowa wyglądają, jakby ktoś przed momentem rozrzucił na nich siano i za chwilkę je zmiecie, a mankiety i kołnierzyki każdego urzędnika są nieskazitelnie czyste, moglibyśmy wybaczyć, gdyby nie fabuła, która, delikatnie rzecz ujmując, pozostawia wiele do życzenia. Z założenia ma być to serial kryminalny, główni bohaterowie w każdym odcinku będą rozwiązywać inną zagadkę, powinniśmy więc być zaintrygowani, potem powinno się nas zmylić i powolutku, krętymi drogami, poprowadzić do celu - tak to wygląda w dobrym kryminale.

W "Belle Epoque” szok i niedowierzanie podczas wielkiego finału będzie towarzyszyć ci tylko, jeśli oglądając serial przy okazji wypełniasz zeznanie podatkowe i nie wyłapujesz połowy z tego, co dzieje się na ekranie. Od poszlak do twardych dowodów droga jest króciutka, znalezienie schematu, według którego działa seryjny morderca, zajmuje może 3 minuty. Co prawda w pierwszym odcinku mamy jeden (!) fałszywy ślad, ale jest tak oczywisty, jak to tylko możliwe - czyżby twórcy bali się zawierzyć inteligencji widzów?

Efekt jest taki, że widzowie, zamiast tropić mordercę, szukają w serialu zagubionych gdzieś emocji, które obiecywała nam tak skutecznie poprowadzona kampania promocyjna. Niestety, podczas produkcji chyba za bardzo wzięto sobie do serca tytuł serialu i za fasadą pięknej epoki nie proponuje się nam - jak na razie - niczego interesującego.

Napisz do autora: lidia.pustelnik@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...