Setki milionów rozpłynęły się we mgle. Ile nas kosztowała katastrofa smoleńska?

Katastrofa smoleńska do tej pory pochłonęła już wiele milionów złotych.
Katastrofa smoleńska do tej pory pochłonęła już wiele milionów złotych. Fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta
Jedna błędna decyzja o lądowaniu w gęstej mgle na lotnisku w Smoleńsku spowodowała śmierć 96 osób. To strata absolutnie niepoliczalna. Policzalne jest natomiast wszystko to, co działo się już po niej. Skarb Państwa do dziś wydał lekko licząc około 160 mln złotych w związku z tragicznym lotem, a to i tak bardzo zaniżone szacunki. Ile jeszcze trzeba będzie wydać pieniędzy, by wreszcie zakończyć nieustającą żałobę po Lechu Kaczyńskim, jego żonie i reszcie pasażerów prezydenckiego Tupolewa?

Prezydent Lech Kaczyński leciał na uroczystości w Katyniu samolotem Tu-154. Towarzyszyła mu żona, oficjele, funkcjonariusze, załoga. Razem na pokładzie było 96 osób. Wszyscy zginęli, a wrak samolotu do dziś leży w Rosji. To właśnie "tutka” jest na pierwszym miejscu na liście wydatków związanych z katastrofą.


Samolot to dopiero początek
Trudno oszacować, jaką wartość przedstawiał Tupolew w chwili gdy uderzał o brzozę. Wiadomo jednak, że druga bliźniacza maszyna, która należała do 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego została wyceniona przez Agencję Mienia Wojskowego i wystawiona po rozwiązaniu jednostki na sprzedaż. Cena wywoławcza: 40 mln złotych, choć mówiło się, że to i tak za dużo. Ostatecznie jednak samolotu nie sprzedano.

Można przypuszczać, że maszyna, której wraku bezskutecznie domagały się wszystkie rządy od 2010 roku była w podobnym stanie, z podobnym przebiegiem, a co za tym idzie, ewentualny wartość była zbliżona. Koszty sprowadzenia wraku do Polski jeszcze nie zostały oszacowane, póki co czekamy wciąż na decyzję Rosji w sprawie wydania wraku. Nic zresztą nie wskazuje na to, żeby miało to szybko nastąpić.

Pogrzeby i ekshumacje
W kwietniu 2010 roku co chwila w różnych rejonach polski tłumy żałobników żegnały tych, którzy zginęli w katastrofie. Rząd na organizację pogrzebów zagospodarował w budżecie kwotę 20 mln złotych. Dużo? Pogrzeb pary prezydenckiej na Wawelu kosztował ponad 2,2 mln złotych. Krakowscy urzędnicy, na głowie których była np. naprawa nawierzchni ulic, dbanie o zieleń, mycie chodników i ulic wyliczyli, że ostateczne koszty były większe i sięgały 3,5 mln zł. Chodzi o pierwszy pogrzeb. Pod koniec zeszłego roku w trakcie ekshumacji uszkodzono nagrobek, więc do rachunku trzeba dopisać kolejne setki tysięcy złotych.

Pierwszy sarkofag kosztował 167 tysięcy, nowy zbudowany jest z o wiele droższego materiału, z marmuru kararyjskiego. Specjaliści twierdzą, że jego wartość mogła wynieść nawet 200-250 tysięcy złotych, tym bardziej, że prace odbywały się w wielkim pośpiechu, co zwykle podnosi cenę wykonawstwa.

Ekshumacja pary prezydenckiej była pierwszą z całej serii, jakie zaplanowano wykonać. Prokuratura wydała postanowienie o wydobyciu wszystkich zwłok, które 7 lat temu nie zostały skremowane. Chodzi o sprawdzenie, czy w grobach znajdują się właściwie zwłoki, szukane są ślady materiałów wybuchowych i inne dowody, które mogłyby uprawdopodobnić tezę o zamachu na prezydencki samolot.

W sumie zaplanowano 83 ekshumacje. Źródła zbliżone do prokuratury podają szacunkowy koszt jednej na około 100-120 tysięcy złotych, co łącznie da kwotę około 9-10 mln złotych. Nie wiadomo jednak, czy rzeczywiście będzie trzeba wydać aż tyle pieniędzy. Część rodzin wyraziła kategoryczny sprzeciw i odwołuje się od decyzji prokuratury. Pisaliśmy w naTemat o tym, że Paweł Deresz uzyskał nawet w sądzie zalecenie dla prokuratury o wstrzymaniu ekshumacji jego żony. Przynajmniej do czasu, aż Trybunał Konstytucyjny orzeknie, czy w tej sprawie przysługuje mu prawo do odwołania się od decyzji prokuratury czy nie.

Razem z nim protestowało 17 rodzin, ale wcześniej w ramach skoordynowanej akcji udało się już wykonać badania DNA na 11 zwłokach, co przy tych wyliczeniach kosztowało Skarb Państwa ponad milion złotych. Przy czym nie należy zapominać, że w latach 2011-12 na zlecenie prokuratury wojskowej ekshumowano 9 osób. Koszt? Bagatela, kolejny milion.

Odszkodowania i zapomogi
Jest takie powiedzenie, że gdy spadają samoloty, to bankrutują towarzystwa ubezpieczeniowe. Tak jest może w cywilizowanym świecie, ale reguła ta nie dotyczy Polski. Z tej prostej przyczyny, że prezydencki samolot nie był ubezpieczony. Podobnie zresztą, jak dziś nie są ubezpieczone rządowe limuzyny, ale to już oddzielna historia.

Mimo tego temat odszkodowań pojawił się zaraz po katastrofie. Wszyscy bliscy ofiar, łącznie 270 osób dostali po 250 tysięcy odszkodowania wypłacanego przez Skarb Państwa, konkretnie – Ministerstwo Obrony Narodowej. Dlaczego akurat ten resort? To proste, samolot należał do wojska.

W 2011 rodzinom ofiar wypłacono łącznie ponad 67 mln złotych. Do tego wkrótce po katastrofie każda rodzina dostała jednorazowo 40 tysięcy złotych tytułem wsparcia ze strony premiera, a 73 osieroconym dzieciom przyznano specjalne renty wynoszące 2 tys. zł miesięcznie. Troje z nich, z uwagi na niepełnosprawność, będzie te pieniądze dostawać dożywotnio, reszta wypłat kończy się z chwilą osiągnięcia przez dziecko 25. roku życia. Do dziś dzieciom wypłacono około 12 mln złotych.

Wielu rodzinom te kwoty nie wystarczyły. Domagają się dodatkowych pieniędzy, pojawiają się argumenty, że zginął jedyny żywiciel rodziny, że poległa osoba bardzo związana emocjonalnie z dziećmi, że zginęła osoba sponsorująca hobby, jakim była nauka japońskiego i wycieczki do Tokio. Roszczenia opiewają na łączną kwotę kilku milionów złotych.

Włodzimierz i Bartosz Fetliński dostali po 200 tysięcy złotych odszkodowania po senator PiS Janinie Fetlińskiej. To i tak niewiele, Fetlińscy domagali się po 750 tysięcy złotych. 150 tysięcy wypłacono Jerzemu Mamontowiczowi, który do dziś nie przebolał straty siostry, Bożeny Mamontowicz-Łojek. Negocjacje w sprawie kwoty odszkodowania prowadzi przynajmniej kilkanaście innych rodzin, wszyscy walczą o przynajmniej 200 tysięcy.

Lub więcej. Magdalena Merta chce 2 mln złotych. Przekonuje, że jej mąż był młody i gdyby do końca życia zarabiał tak jak w chwili wypadku, to do emerytury mógłby zarobić nawet 4 mln złotych, więc kwota odszkodowania wcale nie jest wygórowana. Apetyt poskramia też Zuzanna Kurtyka, która domagała się miliona złotych odszkodowania, ale z uwagi na ograniczenia finansowe Skarbu Państwa zadowoli się wypłatą połowy, czyli 500 tysięcy złotych. Do tego 450 tysięcy dla młodszego syna. Starszy już sam we własnym imieniu wystąpił o 350 tysięcy. Można się spodziewać, że resort w końcu dogada się z nimi, i nawet jeśli wypłaci tylko połowę żądanej kwoty, to do rachunku za Smoleńsk trzeba będzie dopisać jeszcze kilka milionów złotych.

Wypadek. Katastrofa. Zamach
Od samego początku próbowano ustalić przyczyny katastrofy. Gdy jedno mówili o bałaganie, nieprzestrzeganiu procedur i błędach ludzkich, inni forsowali tezy o wybuchu, sztucznej mgle czy broni elektromagnetycznej. Spór trwa od lat, rosną koszty eksperymentów, ekspertyz i konferencji. Trudno dziś dokładnie policzyć, ile za to zapłacili podatnicy, można pokusić się tylko o szacunkowe wyliczenia.

Najprościej jest z komisją Laska, bo na to są dokumenty. Zespół specjalistów badający okoliczności katastrofy i próbujący odkłamywać teorie "ekspertów” Macierewicza do chwili rozwiązania w październiku 2015 roku kosztował Skarb Państwa około 265 tysięcy złotych. Składało się na to wynagrodzenie i koszty ekspertyz.

Minister Antoni Macierewicz po rozwiązaniu zespołu Laska powołał własną grupę z budżetem 4 mln rocznie. Paweł Deresz mówił, że jej członkowie mieli dostawać miesięcznie 20-25 tys. zł. Trzeba przyznać, że specjalistom od zgniatania puszek i gotowania parówek nie udało się wydać całej tej kwoty. W 2016 roku podkomisja sejmowa kosztowała nas tylko około 1,5 mln złotych. Na rok 2017 przyznano więc budżet okrojony do 2 mln złotych. Tylko w ostatnich dniach pojawiła się informacja RMF FM, z której wynika, że zespół planuje zakup specjalnej technologii, która pomoże stworzyć wirtualnego tupolewa. Tu mówi się o kosztach rzędu 3,5 mln złotych.

Miesięcznice i rocznice
Miesięcznice od lat mają ten sam przebieg: poranna msza w pobliskim kościele, później składanie kwiatów i zapalanie zniczy pod Pałacem Prezydenckim, a wieczorem demonstracja z flagami, krzyżami i drabinką dla prezesa Kaczyńskiego, który z wyżyn przekonuje zebranych, że już bliski jest czas, gdy poznamy prawdę o katastrofie. Po drugiej stronie ulicy montowana jest scena, ustawiany telebim, włączane reflektory. Samo zabezpieczenie przez policję miesięcznic w styczniu i lutym tego roku kosztowało łącznie ponad 320 tysięcy złotych.

Trzeba jednak podkreślić, że zabezpieczenie tegorocznych miesięcznic były droższe, bo i udział policji był większy. Odgradzają zwolenników PiS od ich przeciwników, którzy z kwiatami w ręku demonstrują swoją niechęć wobec upolityczniania katastrofy. Poprzednie miesięcznice były z pewnością tańsze, przynajmniej jeśli chodzi o koszt zabezpieczenia policyjnego.

Kto by to wszystko policzył...
Ile nas kosztowała katastrofa? Tylko z powyższego zestawienia twardych danych można doliczyć się przynajmniej 160 milionów złotych. A to tylko to, co oficjalne. Nie próbujemy wyliczyć, ile władze Warszawy wydają co miesiąc na reorganizację ruchu na Krakowskim Przedmieściu. Ile kosztuje sprzątanie kwiatów i resztek wosku ze zniczy po miesięcznicy? Nie próbujemy oceniać, ile kosztują nas przejazdy limuzyn rządowych co miesiąc z Warszawy na Wawel. Ile kosztuje praca prokuratury, ciągle szukającej potwierdzenia zamachu. A do tego dochodzi zapewne cała lista kosztów ukrytych, z których mało kto zdaje sobie sprawę.

W całej Polsce powstają pomniki Lecha Kaczyńskiego, odsłaniane są tablice, zmieniane nazwy placów, skwerów i rond. Wiele wskazuje na to, że kwota 160 mln złotych jest daleka od rzeczywistych kosztów, jakie społeczeństwo wciąż ponosi za nieudaną próbę lądowania w Smoleńsku. Ale to tylko pieniądze. Koszty podziału społeczeństwa na dwa zwalczające się obozy są niepoliczalne.

Napisz do autora: pawel.kalisz@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...