Ania, nie Anna. 5 powodów, dla których warto obejrzeć nową adaptację "Ani z Zielonego Wzgórza"

"Ania, nie Anna" - czyli coś, do dobrze znamy, a jednak zupełna nowość.
"Ania, nie Anna" - czyli coś, do dobrze znamy, a jednak zupełna nowość. Fot. Netflix
Ania Shirley latami miała dla mnie twarz Megan Follows. Kanadyjska aktorka tą rolą zdobyła międzynarodową sławę i... stała się w jakiś sposób jej zakładniczką. Wierzę, że w przypadku Amybeth McNulty Anią zaczyna karierę. Jej Ania to postać wielowymiarowa, barwna i bardzo współczesna. Serial Netflixa idealnie wpasował się w dzisiejsze czasy, odświeżając klasyczną historię o dziewczynce, która nie boi się mieć własnego zdania.

Pierwsza część cyklu powieściowego "Ania z Zielonego Wzgórza" wydano po raz pierwszy w 1908 r. 11 lat później doczekała się ona swojej ekranizacji, później powstawały kolejne - najbardziej znaną i "męczoną" po dziś dzień jest film telewizyjny z 1985 r. w reżyserii Kevina Sullivana i Megan Follows w roli tytułowej - pokonała 3 tys. kandydatek i nieco starsza od swojej bohaterki zagrała postać życia. Dlatego pewnie informacja, że Ania wraca była tak elektryzująca. Pojawiały się pytania, czy zapowiadana produkcja wniesie coś nowego i ile razy podczas oglądania widz będzie porównywać ją do starej.



12 maja Netflix po wielu miesiącach zapowiedzi wreszcie przedstawił Anię Shirley ad. 2017. 7-odcinkowy serial na podstawie scenariusza Moiry Wallett-Beckett (twórczyni "Breaking Bad") jest dokładnie tym, co obiecano. Oddaje myśl Montgomery, nie będąc wierną kopią jej opowieści. A to tylko jeden z powodów, by kompletnie przepaść w świecie panny Shirley.

Wypisz, wymaluj Ania

Nowa Ania w porównaniu z tą najmocniej opatrzoną jest do Ani zdecydowanie bardziej podobna. Wygląda dokładnie tak jak można Anię sobie wyobrazić, rudowłosa i piegowata patrząc wielkimi oczami po prostu jest tym kogo gra. Amybeth McNulty oddaje dziwaczne dla otoczenia zachowanie dziewczynki, która wiele przeszła - pragnącej akceptacji i bezwarunkowej miłości. Z jednej strony jest radosnym dzieckiem, znajdującym we wszystkim piękno i radość, z drugiej los ciężko ją doświadczył. Złe wspomnienia wracają jak bumerang, tłumacząc czemu Ania jest taka jaka jest i nie zamyka się jej buzia albo dlaczego tak bardzo polega na wyobraźni.

Realny świat, realne problemy

Wielkim atutem serialu są zapierające dech w piersi widoki - od pierwszych minut całym sercem kocha się Wyspę Księcia Edwarda, a jednocześnie obojętne nie jest wszystko inne - może mniej kolorowe i zachwycające. Szybko odnosi się też wrażenie, że jest się częścią świata przedstawionego - że samemu mruży się oczy, gdy do pokoju Ani wpadają promienie słońca i prawie czuje się zapach wyjętego z pieca chleba. Przedstawiona rzeczywistość ma jasne i ciemne strony, twórcy fundują nimi niemałe wzruszenia, wciągając głębiej niż poprzednicy, a nawet sama Montgomery - perspektywa zdecydowanie się poszerza.

Potrzebne tematy

Istniały obawy, że "Ania, nie Anna" za bardzo odbiegnie od oryginału, w końcu tak ją właśnie zapowiadano. Mieliśmy dostać Anię na teraz, którą pokochają feministki. Wątek feministyczny rzeczywiście został podkreślony, ale nie w nachalny sposób - zamiast deklaracji, widz dostaje różne wizje kobiecości i szukanie tej zupełnie osobistej. Usłyszy hasła, że dziewczynki mogą robić to samo, co chłopcy, a małżeństwo nie musi być celem ich egzystencji.

Autorzy serialu nie skupiają się jednak na feminizmie i poruszają inne, często trudne kwestie takie jak adopcja, kłopoty wychowawcze czy nękanie przez rówieśników, co wcześniej ledwie sygnalizowano. Opowieść staje się dzięki temu bardziej krwista, zdecydowanie pełniejsza - łatwiej ją przyjąć i pojąć.

Bohaterowie z krwi i kości

Poza serialową Anią, której kibicuje się na każdym kroku, zauważa się i inne postacie, z własnymi historiami i z własnym głosem. Maryla Cuthbert to niby nieczuła stara panna, tak naprawdę pełna miłości i wiary w drugiego człowieka, jej brat Mateusz z kolei jest pozornie cichy i niechętny do rozmowy człowiek - ale gdy przychodzi co do czego, jest wspaniałym ojcem, który oddałby wszystko ukochanemu dziecku. Mają swoją przeszłość, swoje głęboko skrywane tajemnice i emocje - nikt zresztą nie jest w "Ani..." do końca taki, jaki się wydaje. Bohaterowie przy bliższym poznaniu bardzo zyskują, są jacyś i tym bardziej docenia się, że "Ania" to serial, a nie film. Pierwszy odcinek trwa 1,5 godziny, kolejne po około 45 minut.

Zmiany, zmiany

W jakiś sposób "Ania..." to ekranizacja bliska powieści, robi lepsze wrażenie niż ta z 1985 r., jest bardziej naturalistyczna i mniej odrealniona, ale ten kto liczy, że twórcy pełnią raczej funkcję kopistów, na pewno się zdziwi. Serial to raczej interpretacja - zaczynając od bohaterów, którym coś dodano. Taki Gilbert Blythe choćby ma w sobie więcej empatii niż można by się po nim spodziewać, poznaje Anię też w nowych okolicznościach, ale najbardziej zadziwia pewien zwrot w jego historii. Autorzy specjalnie potrząsnęli także chronologią wydarzeń i dorzuceniem paru, które w książce nie miały miejsca. Dzięki temu jednak "Ania" zyskuje i na pewno przykuwa uwagę.

"Ania, nie Anna" ("Anne with an 'E'") - 7-odcinkowy serial wyprodukowany przez Northwood Anne, Northwood Entertainment, Canadian Broadcasting Corporation (CBC) na zlecenie Netflixa. Data premiery: 12 maja 2017. 2 seria prawdopodobnie pojawi się na wiosnę 2018 r.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...