
Tego krzykliwego człowieka spotkał pewnie co drugi warszawiak. Był stałym elementem stołecznego folkloru, pojawiał się w autobusach, na ulicach, zaczepiał przechodniów. I tego żywego folkloru w Warszawie już nie zobaczymy, bo jeden z internautów opublikował właśnie informację o śmierci Czarnego Romana.
O śmierci Czarnego Romana poinformował na Facebooku Cezary Ciszewski, polski reżyser, dziennikarz i fotograf. Jak napisał, myślał, że ten dzień nigdy nie nadejdzie. Określił go księciem warszawskiego streetu. Był przy tym, jak policjanci zabrali jego zwłoki. Jak napisał Ciszewski, Czarny Roman mieszkał ostatnio pod CSW, gdzie miał umrzeć.
Ciszewski zamieścił też na Facebooku jego "ostatni przekaz".
Sylwetkę Czarnego Romana opublikował serwis "Nasze Miasto". Roman był miłośnikiem kilkunastogodzinnych spacerów po Warszawie i stałym bywalcem knajp. Naprawdę nazywał się Jan Wiesław Polkowski, ale z powodu czarnego ubioru (zimą zamieniał go na jaskrawy kombinezon narciarski) znany był w stolicy właśnie jako Czarny Roman, ale też Czarny Janek albo Kruk.
Czarny Roman wzbudzał w mieszkańcach Warszawy strach, zwłaszcza gdy wieszczył miejską katastrofę. Na Warszawę miał spaść meteoryt, który zabije 1,2 mln osób. Czasem jednak potrafił być miłym Romkiem, z którym można porozmawiać na każdy temat.
Na temat przeszłości mężczyzny krąży wiele legend. Według jednej z nich, był cinkciarzem. Nielegalny handel dolarami miał uczynić go bogaczem, ale potem przez to, że oszukali go znajomi, miał stracić wszystkie pieniądze i … zwariować. Według innej wersji, pieniądze miała mu zabrać żona. Kolejna legenda głosi, że stracił pieniądze w kasynach, grając w pokera. I według tej teorii, miał być pierwowzorem bohatera filmu "Wielki Szu".
Mężczyzna miał cierpieć na zaburzenia psychiki, do czego mogło się również przyczynić dotkliwe pobicie, po którym był podobno w krytycznym stanie. Sam przedstawiał się przechodniom jako "Nieśmiertelny", co ma świadczyć o tym, że po przeżyciu zamachu na jego życie, sądził, że nigdy nie umrze. Życie właśnie dopisało smutny koniec jego historii.
A oto notatka, jaką miał pozostawić w jednej ze swoich ulubionych kawiarni.
W innej (dziś nazywa się iCoffee) podobno nigdy nic nie kupował i "niestety często przychodził", jak mówiła kelnerka. Pracownicy kawiarni nie chcieli o nim rozmawiać, bo ich denerwował. Kłócił się z nimi, gdy był proszony o wyjście.
