Jak trwoga to do... jasnowidza. Krzysztof Jackowski o tym, jak policja się jego wypiera, a ludzie błagają o pomoc

Krzysztof Jackowski twierdzi, że nikt nie zabierze mu jego pracy i osiągnięć.
Krzysztof Jackowski twierdzi, że nikt nie zabierze mu jego pracy i osiągnięć. Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta
Jak człowiek słyszy o jasnowidzeniu, to na jego ustach często pojawia się uśmiech. Wielu w nie po prostu nie wierzy. I mają do tego pełne prawo. Ale rzeczywistość często pokazuje, że "jak trwoga to do... jasnowidza", bo to oni są często ostatnią, desperacką deską ratunku dla osób, które rozpaczliwie poszukują swoich zaginionych bliskich. Najbardziej znany polski jasnowidz Krzysztof Jackowski dostał niedawno spore "bęcki" od polskich naukowców.

Profesor Tadeusz Tomaszewski w jednym z wywiadów stwierdził ostatnio, że "jasnowidze to przedsiębiorcy i nie powinni pomagać, bo żaden z nich nie jest w stanie rozwiązać sprawy"...

Totalnie nie wiem co mam powiedzieć, bo profesor Tomaszewski zaprzecza sam sobie. Ogólnie głupia sytuacja, ponieważ dane mi było poznać osobiście prof. Tomaszewskiego. Sam mnie zaprosił na UW na spotkanie pt. "Jak trwoga to do astrologa" w 2015 roku. Ale przede wszystkim trzeba zacząć od tego, na jakiej podstawie pan profesor wypowiedział te słowa!

A na jakiej? Jak pan myśli?

Na archaicznych danych z raportu Komendy Głównej Policji sprzed ponad 20 lat. Jak można ocenić np. obecny stan gospodarki powołując się na raport o stanie gospodarki naszego kraju sprzed 20 lat? No nie można. Ale tamten raport też był w gruncie rzeczy fikcją, ponieważ spotkałem się z osobami, które pisały prace magisterskie na temat jasnowidzenia i które chciały do niego dotrzeć, ale nie dotarły do niego, jakoby go nie było. Ale pan profesor nie musi się akurat odwoływać do raportu i posiada w tym temacie wiedzę o wiele głębszą. I dziwi mnie, że o tych faktach zapomniał.

Jak to?

Na Uniwersytecie Warszawskim powstała praca dyplomowa pt. "Parapsychologia w pracy śledczej na przykładzie współpracy polskiej policji z jasnowidzem Krzysztofem Jackowskim", wykonana pod kierunkiem prof. dr hab. Tadeusza Tomaszewskiego. Ciekawą sprawą jest recenzja, wystawiona przez pana profesora, który stwierdził w niej, że "praca jest uzupełniona dokumentami dowodzącymi zasług Krzysztofa Jackowskiego w pomocy w wykrywaniu przestępstw" oraz, że "praca jest jednym z nielicznych opracowań omawiających i wspierających korzystanie z pomocy jasnowidzów w pracy śledczej".


W pracy tej zawarto opisy 10 spraw poświadczonych dokumentami policyjnymi dotyczącymi mojej współpracy i wyników tej współpracy z policją! A to tylko część posiadanych przeze mnie dokumentów.
 
Ale przecież pozytywne wyniki współpracy policji z jasnowidzem "można wytłumaczyć błędem statystycznym". To mocny argument profesora.

Profesor uogólnia kryminalistykę do statystyk tak, jak to robi policja. Czymże jest statystyka? Policja na 100 proc. spraw kryminalnych wyjaśnia 45 proc. I to jest statystyka. Nie można oceniać ogólnikowo w przypadku jednostki. Czyli jeżeli ja mam dokumenty na kilkaset spraw, które wyjaśniłem w swoim życiu, są to sprawy z imienia i z nazwiska, to jak się ma ta statystyka i słowa profesora w stosunku do mnie? Nijak, one są wręcz nieprawdziwe.

I ma pan to wszystko potwierdzone przez policję?

Tak, a student pana profesora, pan Janoszka, kilka tych dokumentów, na których oparł swoją prace dyplomową o mojej współpracy z policją, wysłał do Komendy Głównej Policji, żeby oceniła ich prawdziwość. Bo przecież ogólnie się mówi, że policja nigdy z jasnowidza nie korzystała i nigdy jej nie pomógł żaden jasnowidz, więc chciał sprawdzić jak to jest oficjalnie. A tutaj student dostaje taką odpowiedź, że w tych przypadkach: "korzystano – z pozytywnym wynikiem – z pomocy Pana Jackowskiego".

Ma pan żal?

Ja bym nie miał pretensji, gdyby jakikolwiek inny profesor w ten sposób się wypowiedział, bo każdy ma prawo w coś nie wierzyć. Każdy ma prawo głosić swoje poglądy na różny temat, a zwłaszcza na taki, gdzie nauka nie ma jeszcze przetartych szlaków w kierunku udowodnienia jakiegoś zagadnienia. Ja to rozumiem. Ale przypadku prof. Tomaszewskiego jest inaczej. On na pewno te dokumenty czytał przy okazji recenzowania pracy i w ocenie uznał za autentyczne. Więc dziwią mnie jego słowa, wypowiadane na łamach gazety. Ale nie mam żalu.
 
Odwołując się do wspomnianej już tej czystej statystyki, to w ilu sprawach pan uczestniczył i w ilu pan pomógł?

Jest tego dużo, kilkaset, nie liczyłem, ale powyżej 500 spraw wyjaśnionych. To są odnalezione zwłoki, zaginieni ludzie, sprawcy zabójstw…
 
Policja często wypiera się współpracy z jasnowidzami, ale jednak to nie odstrasza ludzi, którzy zgłaszają się do pana.

Mówimy tu zagadnieniu bardzo niezwykłym i skomplikowanym. W Warszawie w ubiegłym roku zaginął 79-letni Mariusz F. Policja szukała go 10 dni. Bezskutecznie. Po tym czasie otrzymałem pocztą rzeczy tego zaginionego. Czapkę i zdjęcie. Jeszcze tego samego dnia wskazałem rodzinie na mapie ulicę Podobną w Warszawie. Kiedy pojechali w to miejsce i zajrzeli za słupy betonowe, które tam leżały, znaleźli ciało 79-latka. Przez 10 dni ludzie chodzili tamtędy chodnikiem i nikt tego człowieka nie zauważył. Jedno wskazanie zrobiłem. Jak to jest możliwe, że w takim molochu, jak Warszawa, wskazuję ulicę i mówię, że na tej ulicy między kilkoma betonowymi słupami, leżącymi płasko, a murem, leży ten poszukiwany mężczyzna? Jak pana zdaniem jest to możliwe, że coś takiego można powiedzieć i to się okazuje prawdą?

Rodzina wezwała policję i prokuraturę. Prawdopodobnie na policji jej członkowie musieli zeznać, że Jackowski kazał im tam pojechać. To jest jeden z wielu przypadków. Czy pan profesor jest w stanie wytłumaczyć naukowo jak to jest możliwe? Bo ja mówię panu o fakcie, na który mam fizyczne dowody. To zakończyło akcję poszukiwawczą. Profesor jest człowiekiem nauki i powinien operować faktami i jeżeli potrafi udowodnić mi, że to nie ja wskazałem miejsce, gdzie leżało ciało tego wspomnianego 79-latka, a jest to sprawa jedna z wielu. Niech mnie skompromituje, proszę bardzo, niech zgłosi to na policję, że ja się powołuję na to, że te zwłoki zostały znalezione dzięki mojemu wskazaniu. Nie zrobi tego, bo policja nie będzie w stanie temu zaprzeczyć. Mówimy o faktach.

W jakiej brał pan ostatnio udział sprawie, po której rzeczywiście można było powiedzieć, że udało się dzięki pana pomocy?

W Tryńczy w sprawie zaginięcia piątki młodych ludzi. Trzy ciała dziewczyn, dwa ciała mężczyzn. To było na przełomie świąt i sylwestra. Policja z Tryńczy szukała ich dniami i nocami. Wszyscy byli pewni, że żyją, że uciekli. Matka jednej z dziewczyn wysłała mi zdjęcia swojej córki i nawet mówiła przez telefon: "proszę pana, one gdzieś uciekły na sylwestra, do dużego miasta na sylwestrowe zabawy, chcemy wiedzieć gdzie i je znaleźć". Podszedłem więc do tej misji w sposób jednoznaczny, że dziewczyny po prostu uciekły. Ale krótko potem miałem pierwsze poczucie, że one nie żyją, że są w rzece, że jechali jakimś małym autem.

Kierowca nie chciał jechać oczywistą drogą z jakichś względów i zjechał od mostu w dół, na drogę, która idzie od mostu do mostu, taki odcinek kilkuset metrów. Od razu miałem takie skojarzenie, że oni są tam w tym aucie, przechyleni i się nie ruszają. Wziąłem mapę. Pierwsze co zrobiłem, to znalazłem tą drogę, między mostami, nad Wisłą. Te dwa mosty łączy poprzeczna droga polna, która idzie wzdłuż rzeki. Określiłem to miejsce. Dzwonię do rodziny i mówię "proszę panią, pani córka i dwie córki sąsiadów, moim zdaniem nie żyją, są w rzece, w tym punkcie, mapę do państwa już mailem przesłałem". Kobietę zamurowało. Oni o godzinie 22 pojechali tam i z tego miejsca dzwonili do mnie. Ale powiedziałem im, że nie ma co teraz tam kogokolwiek szukać, bo jest noc, nic tam nie znajdą, bo tam jest rzeka, to potrzeba sprzętu specjalistycznego. 

I co było dalej?

Powiedziałem, żeby pojechali z tym na policję. Dotarli na posterunek, ale policja nie była chętna, żeby tam pojechać. Dopiero kiedy za tymi ludźmi wstawił się wójt gminy Tryńcza i powiedział, że żąda, aby tam pojechano, policjanci przystali się na prośbę rodziców. Na miejscu jeden z rodziców zauważył, że wyrwana jest na pewnym odcinku darń, dokładnie na prawym zboczu, przy rzece. Jak zobaczyła to policja, zaczęła wszystko grodzić, wezwała posiłki i sprawa skończyła się, jak się skończyła… Ale policja nie zająknęła się ani słowem o tym, że to po moim wskazaniu odnaleziono tych ludzi. Wspomniał o tym tylko wójt gminy Tryńcza w liście z podziękowaniami ludziom, którzy brali udział w poszukiwaniach. No i opisały to media.

No właśnie, bo profesor stwierdza we wspomnianym wywiadzie, że nawet "jeśli wskazówki jasnowidza okażą się pomocne w dwóch sprawach na sto, zapewne o tych dwóch sprawach zrobi się głośno. Zadbają o to sami jasnowidze, chwaląc się swoimi sukcesami".

No, a jakie mamy wyjście? Skoro policja neguje istnienie takiej pomocy? Skoro ludzie nauki negują tą pomoc? Ja też nie mam wyjścia. Po konflikcie z Komendą Główną Policji, z ówczesnym rzecznikiem, panem Sokołowskim, poszedł w Polskę cichy zakaz wystawiania mi zaświadczeń za pomoc w śledztwach, za trafne wskazania. To nagłośnienie sprawy w mediach jest dla mnie takim społecznym potwierdzeniem mojej pracy. To jest moje życie.

Właśnie, bo nie jest pan w mundurówce, a przecież pomaga jej pan…

Dokładnie! Mi nie przysługują żadne przywileje, a też pomagam ludziom. Profesor nazywa mnie przedsiębiorcą? Jakim przedsiębiorcą? Chyba od trupów! Nie mogę iść na wcześniejszą emeryturę, żyję skromnie… Jestem po operacji serca, mam sztuczną zastawkę i paradoksalnie, dzięki tej nauce i technice, która chce obalić moje wyniki pracy, żyję i mogę robić to co robię.
Tuż po operacji rozwiązał pan też jedną ze spraw…

Tak, zaginięcia młodej kobiety z dzieckiem pochodzących ze wsi pod Pasłękiem. Rzeczywiście byłem niedługo po operacji i dochodziłem do siebie. To był dla mnie ciężki okres, w którym zastanawiałem się nawet, czy ja jeszcze będę miał jakiekolwiek wizje. Było lato, rozmawiałem z sąsiadem przed domem, kiedy zadzwoniła do mnie moja córka. Poprosiła, żebym zobaczył w internecie, bo szukają młodej matki z jej 1,5 miesięcznym dzieckiem.

Poszedłem, zobaczyłem jej zdjęcie, ale pomyślałem sobie, że jutro się tym zajmę. Kiedy odszedłem od komputera miałem przeczucie, że kobieta żyje i jest koło podłużnego stawu, otoczonego gęsto trzcinami.

Wszedłem na "mapy", na miejscowość, z której była zaginiona i znalazłem ten staw. Zadzwoniłem do rodziny i powiedziałem o tym miejscu i, że ona tam jest. A to był czas, kiedy policja organizowała się w auli szkoły i zastanawiała się co zrobią z poszukiwaniami, bo zbliżała się noc. Rodzice powiedzieli funkcjonariuszom to tym, że przekazałem informację dot. miejsca, gdzie znajduje się ich córka. Ale policja była niechętna, żeby tam się udać. Zrobili to jednak rodzice, którzy znaleźli ją tam, gdzie powiedziałem.

Był już wieczór, kiedy matka zaginionej zadzwoniła do mnie. W słuchawce słychać było krzyki radości i płacz dziecka. Zapytałem: "odnaleźliście ją?" – Tak, panie, ona tu stała cały czas i patrzyła się, nikogo nie rozpoznaje, ale żyje – odpowiedziała szczęśliwa kobieta. Kilka dni później zadzwonił do mnie mąż zaginionej kobiety, który w czasie całego zamieszania, przebywał w Wielkiej Brytanii. Podziękował mi za uratowanie jego rodziny i dziecka. W tym momencie poczułem, że w jakimś procencie pomogłem uratować tym ludziom życie…

Jak pan myśli, czy podejście do jasnowidzów się zmieni?

Nie, myślę, że nie. Nie dziwię się policji, że nie wierzy w moje metody i umiejętności. I każdy ma prawo do swojego zdania, podobnie jak profesor. Ale żaden naukowiec nie zabierze mi mojej pracy. A profesor zachował się trochę jak dziecko w piaskownicy, kiedy zabiera łopatkę i wiaderko, a inne dziecko pyta go "dlaczego?". On wtedy odpowiada mu: "nie, bo nie".

Znany sceptyk, James Randi, oferuje 1 milion dolarów każdemu, kto w warunkach laboratoryjnych udowodni istnienie jasnowidztwa. Czy gdyby znalazło się finansowanie takiej wyprawy, podjąłby pan jego wyzwanie?

Rzeczywiście wielokrotnie metodą jasnowidzenia odnalazłem zaginione osoby, odnalazłem kilkaset ciał ludzkich, więc co ja mam jeszcze Randiemu udowadniać? Jeżeli jego deklaracje są prawdziwe, że wypłaci te pieniądze osobie, która udowodni zjawisko jasnowidzenia, to ja je udowodniłem setki razy. Jestem chyba jedynym jasnowidzem na świecie, którego osiągnięcia potwierdziła Komenda Główna Policji więc pan Randi, a raczej jego fundacja, powinna mi wypłacić ten milion dolarów, ale te pieniądze do niczego mi nie są w życiu potrzebne. Jestem skromnym człowiekiem, a jasnowidzenie to moja pasja i to mi wystarczy: ja i moje trupy.
Trwa ładowanie komentarzy...