
Samorządy mają dość dokładania do szkolnictwa. Chcą, by nauczyciele pracowali więcej, a koszty ich zatrudnienia spadły. Dziś wydatki na szkoły pochłaniają około 40 procent lokalnych budżetów. – Ten relikt przeszłości musi paść. W przeciwnym razie doprowadzi budżety miast do bankructwa – mówi "GW" radna z Krakowa, Małgorzata Jantos.
Dwa lata temu władze lokalne na szkoły musiały wyłożyć ze swoich budżetów około 21 miliardów złotych. Pieniądze, jakie dostają z budżetu państwa nie wystarczają na wszystkie wydatki. Zaciskająca się pętla zadłużenie zmusza burmistrzów i prezydentów do cięcia kosztów. Mają jednak ograniczone pole manewru, bowiem Karta Nauczyciela (zbiór praw pedagogów), jest bardzo sztywna.
Nie dość, że zgodnie z pomysłami samorządowców o urlopach mają decydować specjalne komisje, to nauczycielom przez okres zwolnienia ma płacić ZUS, a nie gmina. Jednak największą zmianą ma być radykalne skrócenie urlopów - aż o połowę. Obecnie letnie i zimowe ferie zapewniają 79 dni wolnych, po zmianach ma być to tylko 35. Urzędnicy mówią, że latem nie ma kto opiekować się dziećmi.
Urzędnicy chcą także, by nauczyciele spędzali w swoich szkołach 8 godzin dziennie. Zamiast więc sprawdzać kartkówki i wypracowania w domu, będą to musieli robić w zakładzie pracy. Teraz jest to tylko 20 godzin (18 pensum i 2 tzw. "godziny kartowe"). Urzędnicy uważają, że nauczyciele pracują przez to na kilku etatach i odbierają pracę kolegom.
Zobacz też: Samorządowcy walczą z Jackiem Rostowskim. "Rząd zapomniał, że zabrał nam pieniądze" [wywiad]
Po zebraniu propozycji z innych samorządów Związek Miast Polskich chce napisać obywatelski projekt ustawy i po zebraniu co najmniej 100 tysięcy podpisów przekazać do Laski Marszałkowskiej. Chce to zrobić zaraz po rozpoczęciu roku szkolnego, już we wrześniu.
Więcej w "Gazecie Kraków"
