Złodzieje, prostytutki, handlarze żywym towarem – przestępcza elita dwudziestolecia międzywojennego

Życie przestępcze to druga strona codzienności polskiego dwudziestolecia międzywojennego. Jego królami byli kasiarze, złodzieje, mordercy, oszuści, prostytutki i włamywacze.
Życie przestępcze to druga strona codzienności polskiego dwudziestolecia międzywojennego. Jego królami byli kasiarze, złodzieje, mordercy, oszuści, prostytutki i włamywacze. Fot. Shutterstock
Dwudziestolecie międzywojenne to nie tylko radość po odzyskaniu upragnionej niepodległości. To także skrajna bieda, głód i kwitnąca przestępczość. Królami półświatka byli kasiarze, złodzieje, oszuści, mordercy i prostytutki. O przestępczej elicie międzywojnia rozmawiamy z Moniką Piątkowską autorką fascynującej książki "Życie przestępcze w przedwojennej Polsce".

Dwudziestolecie międzywojenne kojarzy nam się z radością po odzyskanej w końcu niepodległości, z odbudową Polski i umacnianiem narodowej tożsamości. A pani pisze – że kwitło złodziejstwo. Jak to możliwe?

Monika Piątkowska: Ówcześni politycy i działacze społeczni też byli zaskoczeni takim obrotem spraw. Wielu wierzyło, że ta odzyskana po latach wolność odmieni społeczeństwo, uwzniośli je... a tu figa z makiem.

Kradzieże w II Rzeczypospolitej stały się prawdziwą plagą, takim lekoodpornym wirusem, bo nawet surowe wyroki sądów nie potrafiły zatrzymać tej epidemii. Epidemii, bo jej ofiarami padali wszyscy bez wyjątku: i biedacy, i obrońca Rity Gorgonowej (red. – guwernantka, skazana za zabójstwo w jednym z najgłośniejszych procesów międzywojennej Polski) tzw. sprynger ukradł z przedpokoju posążek Buddy i Felicjan Sławoj Składkowski (red. – premier II RP i generał WP), okradziony przez kieszonkowca, a nawet... mosty – chłopi wyrywali z nich deski i elementy stalowe.

Dla zwykłych ludzi to powszechne złodziejstwo było zmorą dnia codziennego, tak wielką, że potrafiła ich skłonić do wyjazdu z kraju. W swoich emigracyjnych pamiętnikach Polacy, którzy wyjechali do Kanady, pisali wprost: nie wrócą, bo w Polsce kradną, a w Kanadzie rolnicy zostawiają maszyny na polu i nikt ich nie zabiera.

Kieszonkowiec, nazywany też doliniarzem, najpierw "przypadkiem" potrącał przechodnia, a gdy ten tracił równowagę i kontrolę nad ciałem, złodziej wyciągał mu z kieszeni portfel i pieniądze, w tym samym czasie go podtrzymując.


fragment książki "Życie przestępcze w przedwojennej Polsce"

A jednak przedwojennych złodziei otaczała i otacza aura romantyzmu. Kasiarze, szopenfeldziarze (złodzieje sklepowi), doliniarze – same te nazwy brzmią niezwykle. Ta romantyczna aura nie była prawdziwa?

Jest chyba tak samo prawdziwa, jak prawdziwy jest romantyzm. Złodziejskie elity: kasiarze pracujący za granicą przy największych podkopach, eleganccy złodzieje hotelowi, czy biżuteryjni zapewne mogliby się stać bohaterami romantycznej ballady. Zresztą kasiarz Szpicbródka, czyli Stanisław Cichocki, mężczyzna przystojny, i do tego poliglota, został unieśmiertelniony w musicalu "Hallo Szpicbródka", a w jego postać wcielił się fantastyczny Piotr Fronczewski.

Szacunek należał się innym złodziejom, kobietom oraz... sąsiadom, których okradanie traktowane było jako wykroczenie. Prawa te znane były przedwojennej ulicy i zdarzało się, że powoływali się na nie nawet uczciwi obywatele.


fragment książki "Życie przestępcze w przedwojennej Polsce"

Ale złodziejski dzień powszechny nie był wcale romantyczny. Drobnica wyrywała kobietom torebki na ulicach, kradła z wozów snopki siana, świnie i ziemniaki, a prowincjonalni kasiarze nie tyle rozpruwali sejfy i kasy specjalistycznymi narzędziami, ile je literalnie rozbijali... siekierą.


Największe "kariery" robili właśnie kasiarze?

W masowej wyobraźni na pewno, ale wydaje się, że dużo lepiej na swojej pracy wychodzili jednak doliniarze, czyli kieszonkowcy.

W latach międzywojennych kasiarze stanowili wciąż jeszcze nową i fascynującą kategorię przestępców. Tworzyli ją inteligentni, często dowcipni, brawurowi mężczyźni o silnych nerwach, których chętnie widziano by nawet na salonach.


fragment książki "Życie przestępcze w przedwojennej Polsce"
Kasiarstwo, chociaż efektowne i bardzo popłatne było jednak zawodem wysokiego ryzyka. Dla ówczesnej policji to właśnie kasiarze stanowili creme de la creme półświatka, śledczy poświęcali więc im maksimum swojej uwagi.

Najsłynniejszy kasiarski proces – proces wspomnianego już Szpicbródki, dotyczył nie napadu na bank w Częstochowie, lecz właściwie zamiaru napadu, bo sam napad przecież się nie odbył : trochę przez głupotę kasiarzy, trochę przez łut szczęścia, a trochę dzięki własnemu sprytowi policja złapała złodziei zanim weszli do banku. Zamierzali tam ukraść 6 mln złotych. Taka suma robi wrażenie.

Dlaczego złodziejstwo było tak powszechne?

Na pewno przyczyniały się do niego i ogromne bezrobocie, i dramatyczna bieda, którą dziś trudno już nam sobie wyobrazić. W międzywojniu znajdowano na ulicach i krzakach ludzi zmarłych z głodu, a hordy żebraków, również dzieci, były trudnym problemem dla policji i urzędników. W Lublinie na początku lat 30. niejakiemu panu Wronie skradziono spodnie. I nie był to żart. Porządne spodnie bez dziur to było coś. Dla nędzarzy powłoczka na poduszkę, kura czy łopata były już atrakcyjnym towarem, za który dało się przeżyć jakiś czas.

Czy także bieda popychała do prostytucji te dziesiątki tysięcy kobiet, o których pani pisze?

Potwierdzały to badania. W Łodzi, gdy fabryki ogłaszały nabór do pracy, z ulicy znikało około 30 proc. zarejestrowanych prostytutek. Kobiety te oficjalnie porzucały nierząd, by zatrudniać się przy taśmach. Międzywojnie nie było dobrym czasem dla kobiet.

Te stojące najniżej na drabinie społecznej, często analfabetki bez ogłady towarzyskiej, miały do wyboru prace służącej i pracę w fabryce. Jedną i drugą niezmiernie łatwo było stracić. Pozbawione i oparcia w rodzinie i oszczędności dziewczyny niemal natychmiast lądowały na ulicy. Często dosłownie, bo służące przyjmowały się z tzw. pomieszkaniem, czyli sypiały w kuchni u państwa. Gdy państwo rezygnowało z ich usług musiały natychmiast znaleźć sobie nocleg. Jak nie, to zostawała im brama.

Przedwojenne prostytutki można było spotkać wszędzie tam, gdzie po zmroku gromadziło się więcej publiczności. (...)"Chustkowe", jak wówczas nazywano stojące pod latarniami kobiety, dostępne były nawet dla najbiedniejszych obywateli II Rzeczpospolitej.(...)"Kapeluszowe", jak również nazywano lepsze ulicznice stojące pod modnymi lokalami, zazwyczaj nie korzystały z amatorskich pokojów schadzek.(...) "Mamazele", najbardziej upadłe i najtańsze warszawskie ulicznice, pracowały w parkach, pustostanach, na placach Wołówki i w krzakach Powiśla, tam gdzie wieczorem spotkać można było półświatek, robociarzy i żebraków.


fragment książki "Życie przestępcze w przedwojennej Polsce"

Oczywiście bieda nigdy nie była i dziś też nie jest jedynym wytłumaczeniem prostytucji. Dziewczyny z lumpenproletariatu sprzedawały np. swoje ciało by zarobić na posag i nie miało to wiele wspólnego z nędzą. Ferajna i one same uważały się za spryciary, które wykorzystują koniunkturę. I często po takim epizodzie dobrze wychodziły za mąż.

Pisze pani, że prostytutka kosztowała tyle, co 3 kg cebuli? Naprawdę tak tanio?

To była cena stołeczna za kobietę z ulicy. Na prowincji dziewczynę można było wziąć już za 50 groszy, a wiele oddawało się za nocleg lub kolację. Nie pamiętamy już, że kiedyś ludzie byli tani. Służące pracowały nawet za darmo, zwłaszcza dzieci. Już sam fakt, że dziewczynka czy chłopak dostawała nocleg i coś do ubrania był zapłatą. Pracujące na ulicy dziewczyny zmagały się przede wszystkim z ogromną konkurencją i literalnie biły o lepsze miejsce by złapać "dziedzica".

Rokrocznie na popularnych traktach pojawiały się tzw. wytychy, czyli młodziutkie czasem 14, 15-letnie amatorki. Na rynku działały też stręczycielki oferujące klientom młode, często podstępnie zwabione dziewczyny, w lokalach mężczyzn szukały grandesy, udające np. studentki, a mężczyźni "wyrywali" fordanserki, czyli dziewczyny, które tańczyły lokalach.

Oprócz rzucających się w oczy "chustkowych" i "kapeluszowych" ulicznic prostytucją zajmowały się w przedwojennej Polsce także mniej widoczne dla publiki kobiety: były wśród nich fordanserki, kokotki, grandesy, czyli dziewczęta pracujące w lokalach rozrywkowych i dancingach lub po cichu polujące tam na klientów.(...) W restauracyjnym półmroku grandesy udawały sekretarki, biuralistki, uczennice albo studentki. Rogatywkę z barwami Uniwersytetu Warszawskiego nosiła słynna piękność z Łodzi, niejaka W.K., dla której wielu mężczyzn w latach dwudziestych straciło głowę i portfel.


fragment książki "Życie przestępcze w przedwojennej Polsce"

Do tego dochodziły jeszcze rozmaite domy publiczne, z prawnego punktu widzenia nielegalne, ale za to liczne i z urozmaiconą ofertą. Zresztą niektóre z nich prowadziły szanowane obywatelki – byłe nauczycielki czy urzędniczki. Policja szacowała liczbę stołecznych prostytutek na około 25 tys. kobiet. Oczywiście nie wszystkie dostawały takie grosze, ale co tu mówić, w międzywojniu seks jako usługa był tani, tańszy niż obecnie.

I do tego nie zawsze dobrowolny. Kobiety trafiały często na ulicę wbrew sobie. Jak działali handlarze ludźmi?

To najciemniejsza strona zjawiska – handlarze ludźmi. W Warszawie na ul. Chłodnej działała na przykład fabryka trykotaży, która w rzeczywistości była pułapką sutenerów. Młode i ładne dziewczyny, które po anonsach prasowych zgłaszały się tam do pracy, już nie wracały do domów.

Czasem właściciele podsyłali schwytane dziewczyny do przyjaciółki z branży, która z kolei prowadziła... pracownię kapeluszy. Pracownia była regularnym domem publicznym, a właścicielka rekinem w branży sutenerskiej. Jej ofiary najpierw trafiały do melin półświatka, gdzie je bito i gwałcono, a potem wysyłano na ulicę lub w ładowniach statków przemycano do zagranicznych zamtuzów czyli domów publicznych. Zawodowi handlarze zdobywali też dziewczyny mamiąc je ślubem, karierą aktorską, pracą, zagranicznym wyjazdem. Kończyło się to często na targu niewolników w Argentynie, gdzie właściciele domów publicznych wyszukiwali nowy towar.

Ta ówczesna Polska wygląda dosyć ponuro...

W moim przekonaniu na pewno nie.

A więc jaka była?


Zwyczajna i powiedziałabym nawet, że jak dla mnie... swojska. Kiedy pisałam się tę opowieść, czułam się jakbym wciąż pisała reportaże o współczesnej Polsce. Przed wojną też utyskiwano na jakość dróg i opieszałość władz w budowie nowych, na stan kolejnictwa, arogancję urzędników, łapówkarstwo, a już zwłaszcza kolesiostwo. Jego symbolem była budowa poczty w Gdyni, która kosztowała więcej niż wzniesienie gmachu Opery Paryskiej.

Jak to możliwe?


Ustawiane przetargi, podstawieni koledzy, wywożenie materiałów, kompletny brak nadzoru politycznego ministra, który stał na czele urzędu. A do tego wszystkiego szalony reżyser, który zamiast nakręcić reklamówkę, o tym by nie przesyłać pieniędzy w kopercie (bo kradzieże pieniędzy z listów były plagą) wraz z ekipą odbył na koszt podatnika podróże do Wiednia i Paryża, by wreszcie "wymodzić" szmirowate romansidło. Takie historie znamy, sama opisywałam je jako dziennikarz w latach 90.

Czytaj również: Lokalsi poznają historie swoich ulic

Zresztą lata 20. mocno przypominają mi nasze lata 90. i ten chaos po obaleniu komuny. W latach dwudziestych też ludzie rzucili się do interesów. Z byle wykształceniem można było zdobyć niezłą pracę, półanalfabeci trafiali do policji, brak matury nie przeszkadzał, by zostać urzędnikiem. Wszędzie brakowało ludzi. Nowe państwo potrzebowało kadr, kto mógł starał się też dorobić na lewo. Dekadę później, podobnie jak to jest obecnie, o pracę było już znacznie trudniej. Ludzie szukali więc znajomych, układów, poparcia i... od razu pojawili się oszuści, którzy to wykorzystali.

A więc legenda II Rzeczypospolitej pod rządami marszałka Piłsudskiego jest mitem?


Ciekawa rzecz z marszałkiem. Kiedy zmarł, kilku oszustów, niezależnie od siebie, wpadło na pomysł, by podszywając się pod najrozmaitsze komitety i fikcyjne czynniki wyższe, wciskać instytucjom publicznym i wysoko ustawionym osobom tandetne popiersia, portrety i broszurki o dokonaniach Wodza. Biedni urzędnicy ze strachu zamawiali drogą szmirę. Czego się bali? Tego, czego i dziś się boimy - że zadzwoni minister albo zwierzchnik i najpierw będzie miał pretensje o brak politycznej czujności, a potem jeszcze i z pracy wyrzuci.


Monika Piątkowska – pisarka, dziennikarka i felietonistka, przez kilkanaście lat była reporterką "Gazety Wyborczej". Urodziła się w Krakowie, tam też ukończyła nauki polityczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Autorka powieści "Krakowska żałoba", której akcja obejmuje niemal sto lat życia miasta, a także zbioru opowiadań "Nikczemne historie" osadzonych w świecie przestępczym fin de siècle i międzywojnia. Obie pozycje są wynikiem jej długoletniej fascynacji zbrodnią i życiem codziennym na przełomie XIX i XX wieku.
Trwa ładowanie komentarzy...