Marcin Ogdowski, autor bloga zAfganistanu.pl - pierwszy w Polsce "bloger wojenny" [wywiad]

Marcin Ogdowski, autor bloga zAfganistanu.pl
Marcin Ogdowski, autor bloga zAfganistanu.pl Fot. Adam Roik / archiwum Marcina Ogdowskiego
Pierwszy wyjazd do Afganistanu okazał się dla niego "wycieczką krajoznawczą", ale kiedy na własnej skórze poznał, czym jest wojna, o mało nie zrezygnował z kariery korespondenta. Poznajcie Marcina Ogdowskiego, dziennikarza, który od trzech lat na swoim blogu zAfganistanu.pl relacjonuje codzienne życie polskich żołnierzy.

Pamiętam taką scenę z filmu dokumentalnego "Wojna Restrepo", kiedy w ataku Talibów w Afganistanie ginie jeden z amerykańskich żołnierzy, a jego koledzy nie mogą powstrzymać płaczu. Żołnierze płaczą? 



Marcin Ogdowski, autor blogu i książki „zAfganistanu.pl”, dziennikarz Interia.pl: Owszem, takie sytuacje też się zdarzają. Pamiętam, jak podczas jednego z moich wyjazdów do Afganistanu, w ciągu trzech tygodni zginęło trzech polskich żołnierzy. Wtedy widziałem sporo łez… I zwykle na tym się kończy, choć zdarza się, że niektórzy nie dają rady. Pękają.

"Pękać" - co to znaczy na wojnie? 

Żołnierz wraca z patrolu do bazy, rzuca hełmem o podłogę i mówi "pier****, nie dam rady, rezygnuję". Albo jest ostrzał, a on nie potrafi nic zrobić, nie jest w stanie działać. Sam odczułem to na własnej skórze, kiedy podczas jednego z ataków nie mogłem wysiąść z Rosomaka. Jakby mi ktoś nogi przyspawał. Mniej więcej co dziesiąty żołnierz z pododdziałów bojowych nie wytrzymuje takiej presji. Rezygnuje z misji „z powodów osobistych”. Większość daje sobie radę, bo trzymają się w kupie. Problem pojawia się wtedy, kiedy wracają do kraju. Polskie dane mówią o niższym niż 10 proc. odsetku wojskowych, którzy walczą ze stresem pourazowym. Ale z amerykańskich badań wynika, że na PTSD cierpi nawet ¼ weteranów.

Pierwszy wpis na blogu zAfganistanu.pl

Co mogłem, załatwiłem. Delegacja, ubezpieczenie, wiza, sprzęt. Żona niepocieszona, że znów jadę. Kiedyś będę musiał jej to wszystko wynagrodzić… CZYTAJ WIĘCEJ


Ile razy wyjeżdżał pan do Iraku i Afganistanu?

W sumie to było dziesięć dłuższych, reporterskich wyjazdów.

Jakie to uczucie pierwszy raz jechać na wojnę? 

Pierwszy był Afganistan w 2004 roku. Było spokojnie, bo Talibowie – przyciśnięci na przełomie 2001-2002 roku - jeszcze się nie uaktywnili. Jechałem z przekonaniem, że po prostu będzie fajnie. Teraz myślę sobie, że to była taka bohaterszczyzna. Wtedy w Afganistanie towarzyszyłem saperom, którzy oczyszczali pola minowe. Całkiem bezpiecznie nie było, ale patrząc z perspektywy czasu i późniejszych wyjazdów, dziś nazwałbym to wycieczką krajoznawczą.


Nie było strachu?

Była beztroska. Wychowywałem się przy poligonie, więc jestem przyzwyczajony do tego, że coś blisko mnie jeździ i strzela. Dopiero w Iraku, wiosną 2005 roku, zdałem sobie sprawę, czym naprawdę jest wojna. Tam już nie było krajoznawczych wycieczek.

Jak reagowała rodzina, znajomi?

Ta moja beztroska powodowała, że nie zdawałem sobie sprawy z ich strachu. Cieszyłem się, że jakoś radzą sobie beze mnie w Polsce. Momentem przełomowym był atak na konwój, w którym jechałem, a podczas którego zginął polski żołnierz. Po wszystkim bardzo chciałem przekazać żonie, że wszystko ze mną w porządku, że nic mi się nie stało. Choć byłem już w bazie, nie mogłem nic zrobić, bo telefony i internet przestały działać. Po jakimś czasie ruszyła sieć, ale zbyt słaba, by wysłać maila. Napisałem więc na Gadu-Gadu do koleżanki, by zadzwoniła do żony i przekazała jej wiadomość. Tyle że ona zadzwoniła i powiedziała mniej więcej coś takiego: "Był atak w Afganistanie. Marcin żyje". To „żyje” mogło oznaczać, że nie ma ręki lub nogi. Oczywiście wszystko się szybko wyjaśniło, ale po powrocie mieliśmy bardzo poważną rozmowę. Zrozumiałem, że robię to, co kocham, ale moja rodzina w Polsce cierpi ze strachu.

Marcin Ogdowski na blogu

Przytłumiony wybuch wyrywa nas z letargu.

- Moździerz!? – krzyczy Wojtek. A wszyscy jak na komendę poprawiają hełmy i przeładowują broń.

Mija kilka sekund i w radio idzie informacja, że to „jedynka” wjechała na “ajdika”.

- Skur******! – krzyczy działonowy rosomaka.

Przez chwilę eter wypełnia kakofonia dźwięków. Z potoku meldunków i pytań trudno wyłapać informację o tym, co z załogą. Ale po chwili jest już jasne, że jeden zginął, a co najmniej dwóch jest rannych. CZYTAJ WIĘCEJ


Wspomniał pan o ataku na konwój. Sporo było sytuacji, w których myślał pan, że cało z tego nie wyjdzie?

Kilka. Po jednym z ostrzałów powiedziałem sobie, że już wystarczy. Wróciłem do Polski i przez kilka miesięcy nie wyjeżdżałem do Afganistanu. To była naprawdę poważna decyzja. Ale po jakimś czasie wsiadłem do samolotu. Startował z Warszawy, ale z jakiegoś powodu musiał wylądować w Krakowie. Wtedy dotarło do mnie, że nie dam rady i pod byle pretekstem opuściłem lotnisko. To była trudna sytuacja, z która nie uporałbym się bez pomocy specjalisty. Ale udało się i w końcu wróciłem. A potem znów. I znów. 

Jak wygląda na co dzień pańska praca? "Bloger wojenny" to co innego niż klasyczny korespondent?

Nagrody dla zAfganistanu.pl

Zielona Gruszka 2011
(nagroda przyznawana przez Stowarzyszenie Dziennikarzy)
Webstar Akademii 2009
(konkurs najlepszych stron www)
Nagroda Dziennikarzy 2009
(Dziennikarz Małopolski w kat. Internet)
Bloger Roku 2009
(wyróżnienie w kat. Polityka)

Na początku wyjeżdżałem jako korespondent "Tygodnika Przegląd", a od 2007 roku jestem dziennikarzem Interii. Do czasu powstania blogu zAfganistanu.pl to były klasyczne wyjazdy. Kilka tygodni w terenie, podczas których robiło się kilka większych relacji. Jako bloger pracuję tak samo - wyjeżdżam na patrole i towarzyszę żołnierzom w codziennym życiu w bazie. Z niektórymi zresztą tak bardzo się zżyłem, że utrzymujemy kontakty nawet po powrocie do Polski. Różnica sprowadza się do tego, że blog wymaga codziennej porcji materiału (gdy jestem w Afganistanie – w Polsce ta częstotliwość jest dużo niższa). Jeśli więc wyjeżdżam na kilkugodzinny patrol, jest na to szansa. Bo wracam do bazy, obrabiam tekst, staram się opatrzyć go zdjęciem i wrzucam do internetu. Gorzej, gdy zdarzają się dłuższe wyjazdy. Albo ląduję w mniejszych bazach, z problematycznym dostępem do sieci. 

Na swoim blogu często opisuje pan braki w sprzęcie i uzbrojeniu żołnierzy. Zdarzały się sugestie, by pewne tematy pomijać?

Formalnych nacisków nie było, ale kilka razy dostałem prztyczka w nos. Na przykład „nie znalazło się” miejsce w samolocie, którym szef MON leciał do Afganistanu. Jest też inna kwestia. Niewtajemniczony dziennikarz zapewne napisałby o słabościach Rosomaka – bez wątpienia miałby newsa. Ja tego nie zrobię, bo wiem, że kiedyś do niego będę musiał wsiąść. A jeśli nie ja, to moi mundurowi koledzy. Talibowie to nie są wiejskie głupki - monitorują polską prasę i sieć. Dlatego taka informacja prędzej czy później by do nich dotarła. Dokonuję więc autocenzury.

Co jakiś czas mówi się, że z Afganistanu nie docierają do Polski wszystkie informacje, na przykład zaniżana jest liczba rannych. Ile jest w tym prawdy? 

Tu nie chodzi o zaniżanie, jakiś rodzaj celowego fałszerstwa. Istotą kreowania wizerunku w miarę spokojnej misji stabilizacyjnej – a taka jest polityka informacyjna MON - jest niedoinformowanie. Mówiąc obrazowo, jeśli nie zapytasz, nie dowiesz się, ilu polskich żołnierzy zostało rannych w Afganistanie. A to są dane, które ujawniają prawdziwe oblicze tego, co się tam dzieje. Wojny, nie misji.

Ostatni wyjazd zaliczył pan w marcu. A kiedy następny? 

Jak tylko skończę moją nową książkę. Wydawca chciałby, bym zrobił to do lutego przyszłego roku, więc pewnie pod koniec zimy znowu ruszę do Afganistanu.

Trwa ładowanie komentarzy...