Młoda kobieta została uderzona w tramwaju twarz "Naszym Dziennikiem" za to, że czytała dodatek do "Gazety Wyborczej" "Duży Format".
Młoda kobieta została uderzona w tramwaju twarz "Naszym Dziennikiem" za to, że czytała dodatek do "Gazety Wyborczej" "Duży Format". Fot. Krzysztof Miller / Agencja Gazeta

Jak daleko może zajść konflikt, który od kilku lat rozpala polskie społeczeństwo i dzieli je równo na pół? Na przykład tak bardzo, że czytając na mieście niewłaściwą w mniemaniu drugiej strony gazetę można dostać w twarz. I to inną gazetą.

REKLAMA
Tak przerażająco kuriozalna sytuacja przydarzyła się popularnej na Twitterze blogerce znanej pod nickiem @f… (na prośbę zainteresowanej ukryliśmy nazwę profilu". "Przed chwilą jechałam tramwajem czytając Duży Format, podszedł facet i uderzył mnie Naszym Dziennikiem w twarz. Gratuluje, Narodzie" - napisała na swoim twitterowym profilu.
Nietrudno się domyślić za co ukarano kobietę. Czytelnikowi sprzyjającego prawej stronie polskiej sceny politycznej "Naszego Dziennika" musiało nie spodobać się, że publicznie śmie ona obnosić się z lekturą "Dużego Formatu", czyli czwartkowego dodatku do "Gazety Wyborczej". Tytułu, o którym politycy i sympatycy Prawa i Sprawiedliwości, czy Solidarnej Polski mówią tylko jako o "aparacie propagandy", "machnie POgardy", a jego dziennikarzy nazywają "sługusami Tuska i Putina". Do takiego języka już przywykliśmy, teraz przyjdzie nam przywyknąć do rękoczynów na ulicy?
Olga

Przed chwilą jechałam tramwajem czytając Duży Format, podszedł facet i uderzył mnie Naszym Dziennikiem w twarz. Gratuluje, Narodzie.


Agresja nasza powszednia?
- To jest bardzo niepokojące. Moim zdaniem, jest to objaw narastania i upowszechnienia się agresji w społeczeństwie - komentuje w rozmowie z naTemat Jacek Żakowski. Doświadczony dziennikarz podkreśla, że takie sytuacje mają miejsce, ponieważ media stały się narzędziem identyfikacji politycznej. - Wyznajemy zasadę "jestem tym, co czytam". I to jest właśnie źródłem narastającego napięcia między odbiorcami różnych mediów. Napięcia, które - jak widać - przekracza dziś wszelkie sensowne granice - mówi.
W opinii Żakowskiego, należy oczywiście pamiętać, iż ta historia z tramwaju to pojedynczy incydent między czytelnikami różnych gazet. Bardziej powszechnym zjawiskiem jest jednak to, że na ulicy łatwo dziś dostać w twarz za "zbyt mało patriotyczny" wygląd. O swoich opiniach na temat tego, co dzieje się w kraju na wszelki wypadek w ogóle lepiej publicznie milczeć. - Zadaniem państwa powinno być, by to w jakiś sposób odwrócić. Oczywiście nie mówię o metodach represyjnych, a pedagogice społecznej, której od 20 lat w ogóle to państwo nie prowadzi - ocenia dziennikarz.
Jacek Żakowski
dziennikarz i publicysta

Wyznajemy zasadę "jestem tym, co czytam". I to jest właśnie źródłem narastającego napięcia między odbiorcami różnych mediów. Napięcia, które - jak widać - przekracza dziś wszelkie sensowne granice.

Nieco bardziejstonowany jest tymczasem politolog, dr Rafał Chwedoruk. - Z jednego incydentu nie powinno się wyciągać średniej statystycznej. Poza tym, mamy w Polsce bardzo idealistyczne wyobrażenie o demokracji. Bierzemy za standard kultury polityczne państw skandynawskich, czy Holandii. A w innych krajach temperatura sporu politycznego wcale nie jest niższa, niż nad Wisłą. W Grecji, Hiszpanii, czy Włocha wciąż żywe jest nawet doświadczenie wieloletnich wojen domowych - tłumaczy.
"Bywało gorzej..."
Politolog przypomina też, że temperatura obecnego sporu politycznego w Polsce daleka jest od tej, która panowała w kraju w dwudziestoleciu międzywojennym. - Wówczas zadaniami organizacji młodzieżowych było wyprawianie się "na teren wroga" i atakowanie go. Wtedy bywały przecież nawet ofiary śmiertelne takich starć - mówi Chwedoruk. Jego zdaniem, obecnie prawdziwa wojna ideologiczna wcale nie toczy się na ulicy, a właśnie na łamach prasy. - Czasem mam wrażenie, że ten najgorętszy spór toczą publicyści sprzyjający różnym stronom sceny politycznej. Rzeczywistość w ich opiniach nabiera niezwykle karykaturalnego charakteru i trudno się dziwić, że dochodzi do takich incydentów, jak ten przez pana opisany - twierdzi politolog.
Rafał Chwedoruk tłumaczy jednak, że nie powinniśmy liczyć na to, że normą stanie się całkowita bezstronność najpopularniejszych mediów. - W świecie zachodnim każda gazeta ma określoną, powszechnie znaną afiliację partyjną lub choćby ideologiczną. Wszyscy wiedzą do kogo jest bliżej brytyjskiemu "Guardianowi", a do kogo "The Times", czy "Le Figaro" i "Le Monde" po drugiej stronie kanału La Manche. To tylko my żyjemy wciąż jakąś złudą pozytywistyczną z XIX wieku - tłumaczy.
Także Jacek Żakowski przyznaje, że dziennikarze są częścią procesu, który rodzi agresję w społeczeństwie. - Media stają się narzędziem autoidentyfikacji na całym świecie. I właśnie dlatego nasza odpowiedzialność staje się jeszcze większa. Odpowiedzialność za to, by ta identyfikacja miała charakter pozytywny, a nie negatywny. Bo teraz jest dokładnie odwrotnie. To, kim jest czytelnik "Gazety Wyborczej", "Naszego Dziennika" nie jest do końca jasne. Cała identyfikacja skupia się tymczasem na potępieniu drugiej strony. Określeniu, kim się nie jest - twierdzi. Każdy z głównych tytułów przede wszystkim krytykuje bowiem innych, zamiast opisywać swoje oczekiwania. - Bo dużo łatwiej jest powiedzieć, że "Józek śmierdzi", niż samemu nie śmierdzieć - ironizuje Żakowski.
Słabsi się radykalizują?
dr Rafał Chwedoruk
politolog

W świecie zachodnim każda gazeta ma określoną, powszechnie znaną afiliację partyjną lub choćby ideologiczną. Wszyscy wiedzą do kogo jest bliżej brytyjskiemu "Guardianowi", a do kogo "The Times", czy "Le Figaro" i "Le Monde" po drugiej stronie kanału La Manche. To tylko my żyjemy wciąż jakąś złudą pozytywistyczną z XIX wieku.

Dlaczego? Według Rafała Chwedoruka, taki stan rzeczy spowodowała pewna asymetria obecności różnych poglądów w naszej przestrzeni publicznej. Na rynku medialnym mocniejszą pozycję ma bowiem tzw. mainstream. - Druga strona jest tymczasem słabsza i to rodzi naturalna tendencję do radykalizacji. A także umasowienia się wśród zwolenników tej słabszej strony przeświadczenia, że spaczony jest nie tylko rynek prasowy, a cały system - wyjaśnia.
Politolog dodaje, że być może własnie w tym tkwi największe zagrożenie dla polskiej demokracji. - Wśród elit absolutnie nie widać woli, by wzorem państw zachodnich, wreszcie trwale podzielić się mediami publicznymi. W wielu krajach ustalono przecież parytet i pewien ustalony mechanizm na wypadek zmiany władzy. Tak, by zachować równoprawną obecność w mediach głównym nurtom politycznym, nawet jeśli przegrały one wybory. To jednak jedna z pochodnych naszej fascynacji USA i dość uproszczonego postrzegania modelu podziału łupów, w którym zwycięzca bierze wszystko - podsumowuje Chwedoruk.