Halicki o referendum w stolicy: "anarchistyczna próba wprowadzenia chaosu". Dlaczego politycy boją się głosu obywateli?

Polscy politycy niezbyt chętnie słuchają głosu obywateli, kiedy ci chcą się wypowiedzieć w referendach.
Polscy politycy niezbyt chętnie słuchają głosu obywateli, kiedy ci chcą się wypowiedzieć w referendach. Fot. Małgorzata Kujawka / Agencja Gazeta
Choć konstytucja gwarantuje nam możliwość wyrażania swojej woli w drodze narodowego referendum, w ostatnich dwudziestu latach tylko trzy razy mieliśmy szansę z tej możliwości skorzystać. Czy to tylko wynik obywatelskiego lenistwa? Nie, bo sporo na sumieniu mają politycy, którzy boją się skonfrontować z "głosem ludu". – Arogancja władzy zawsze kończy się źle – mówi jednak politolog.

– Nie mamy w Polsce dobrej tradycji referendów – przyznaje w rozmowie z naTemat prof. Marek Zubik, kierownik Katedry Prawa Konstytucyjnego UW. Przypomina, że w międzywojniu nie odbyło się żadne referendum, później były niesławne referenda czasów „demokracji” ludowej oraz nieudane, ze względu na niską frekwencję, referendum dotyczące reprywatyzacji w 1996 roku.


Zdaniem prof. Zubika demokracja bezpośrednia może poprawnie działać tylko, gdy funkcjonuje silne społeczeństwo obywatelskie: – Jeśli go nie ma, obywatele nie będą widzieli sensu w udziale w referendum i innych mechanizmach demokracji bezpośredniej. Niestety w Polsce stopień naszego zaangażowania w życie publiczne wciąż jest za niski – mówi konstytucjonalista. Dodaje, że zapewne nie zmieni się to szybko, bowiem szerszy europejski trend zmierza dokładnie w przeciwną stronę.

To jednak tylko część prawdy o referendach. W ostatnich latach widać bowiem wyraźny wzrost obywatelskiej aktywności na tym polu. “DGP” pisze np., że “w obecnej kadencji samorządu mieszkańcom udało się w drodze referendum odwołać dziewięciu wójtów, burmistrzów i prezydentów miast oraz cztery rady gmin”.

Okazuje się jednak, że gdy jako społeczeństwo naprawdę poczujemy się obywatelsko, organizując się i walcząc o istotne dla “zwykłego Kowalskiego” sprawy, to te oddolne inicjatywy często rozbijają się o mur niechęci klasy politycznej.

Anarchia czy obywatelskość?
– Wierzę w rozsądek warszawiaków i to, że zdecydują, czy opłaca się dać przyzwolenie na tę anarchistyczną próbę wprowadzenia chaosu – powiedział w programie “Jeden na jeden” Andrzej Halicki z PO na temat inicjatywy przeprowadzenia w stolicy plebiscytu w sprawie odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz. Według niego takie referendum nie przyniesie "nic konstruktywnego i nic pozytywnego".

Czy to nie zaskakujące, że członek partii mającej w nazwie słowo “obywatelska”, w ten właśnie sposób wypowiada się o całej inicjatywie?

Niestety, przedstawiciele partii rządzącej odnoszą się krytycznie do wyrażania przez obywateli ich zdania także w referendach ogólnokrajowych. Tak było, gdy w marcu 2012 roku zignorowano 2 mln podpisów pod obywatelskim projektem ws. wieku emerytalnego, nie inaczej stanie się zapewne ze złożonym we środę wnioskiem o plebiscyt dotyczący sześciolatków w szkołach.

Przypomnijmy, że podpisało się pod nim prawie milion osób. Gdyby doliczyć do tego ponad 500 tys. podpisów złożonych przez Polaków pod projektem Platformy “4xTak” w 2005 roku (mimo tego opozycyjnej wówczas PO nie udało się doprowadzić do referendum), mielibyśmy 3,5 mln głosów, których politycy nie chcieli wysłuchać.

– Andrzej Halicki broni po prostu partyjnej koleżanki – zauważa prof. Jarosław Macała, politolog z Uniwersytetu Zielonogórskiego podkreślając, że jak to bywa, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. I rzeczywiście: PiS oficjalnie poparło obywatelski projekt odwołania w referendum Gronkiewicz-Waltz, podobnie jak kibicuje inicjatywie ws. sześciolatków.

Forsal.pl

Dla opozycji już sama debata w Sejmie nad wnioskiem to okazja do punktowania rządu za to, że nie słucha obywateli. A gdyby do referendum doszło, to pomoże to tylko ugrupowaniom opozycyjnym w kolejnych kampaniach wyborczych. Dlatego zgodnie z logiką polityczną wniosek najprawdopodobniej padnie. Co oznacza, że stanie się to samo, co działo w przeszłości. CZYTAJ WIĘCEJ


Prof. Macała zwraca uwagę, że niestety polskie referenda nie są traktowane przez polityków jako głos obywateli, ale broń przeciwko politycznym przeciwnikom. – Dziś opozycja przyklaskuje referendum, ale sama będąc u władzy zachowałaby się zapewnie dokładnie tak, jak dziś PO – mówi.

Zmienić prawo, czy zmienić polityków?
Jednym z największych wrogów przepisów, które dziś regulują organizowanie referendów, jest Paweł Kukiz. Wielokrotnie podkreślał, że „kasty partyjne zabezpieczyły się w ten sposób, że obwarowały szeregiem ograniczeń samą instytucję referendum”.

Muzykowi chodzi m.in. o wysoki, 50-procentowy próg frekwencji koniecznej dla ważności referendum, a także fakt, że posłowie mogą, ale nie muszą zajmować się obywatelskim wnioskiem, niezależnie od tego, ile milionów Polaków się pod nim podpisze.

Prof. Marek Zubik broni jednak obecnej konstrukcji prawnej: – Jest to w gruncie rzeczy klasyczny mechanizm, podobny do rozwiązań znanych w innych państwach – zapewnia. Tłumaczy, że pewien stopień kontroli parlamentu nad wnioskami o referendum jest konieczny. – Historia uczy, że referenda bywały wykorzystywane przeciwko parlamentom, co może być niebezpieczne dla funkcjonowania demokracji – zauważa konstytucjonalista.

– Co by było, gdyby obywatele twierdząco odpowiedzieli się w referendum za zniesieniem wyborów, dożywotnim sprawowaniem funkcji premiera przez konkretną osobę, czy powszechnym stosowaniem chłosty – pyta retorycznie prof. Zubik. Nasz rozmówca nie zgadza się też z tezą, że obecne rozwiązania prawne pozwalają parlamentarzystom większości rządzącej zupełnie bezkarnie ignorować obywatelskie projekty wniosków o zarządzenie referendum.

– Wyborcy mają bowiem możliwość rozliczenia ich przy okazji najbliższych wyborów – wskazuje.

Z opinią tą zgadza się też prof. Macała: – Arogancja władzy zawsze kończy się źle. Niezadowolenie społeczne, które nie będzie mogło zostać wyrażone w referendum, prędzej czy później zostanie skanalizowane w inny sposób – mówi politolog.

Czytaj też:
Referendum ws. odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz coraz bliżej. Zebrano już ponad 110 tys. podpisów

Krystyna Kofta: a gdyby tak referendum?
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
Referendum
Skomentuj