Grupa naTemat

Powstańcy krytycznie o scenariuszu "Miasta 44": chcieliśmy zobaczyć w tym filmie siebie. Spotkało nas rozczarowanie

Jan Komasa na planie filmu "Miasto 44"
Jan Komasa na planie filmu "Miasto 44" Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta
– Pytał się pan, jak my zareagujemy, kiedy się ten film pokaże. Proszę pana, a kto będzie nas słuchał? – mówią ze smutkiem uczestnicy powstania, którzy konsultowali scenariusz do filmu Jana Komasy "Miasto 44". Weterani ostro protestują przeciwko scenom seksu, przemocy, mordowania jeńców: – To jest obraza powstańców! – mówią.

– Naga prawda, skóra, mięśnie, krew. “Miasto 44” bez zadęcia o walczącej Warszawie – odczytuje powoli z okładki “Przekroju” siedzący naprzeciw mnie starszy mężczyzna, potrząsając w powietrzu egzemplarzem tygodnika. Czytane przez niego słowa to tytuł wywiadu z Janem Komasą, w którym reżyser opowiada o swoim filmie. – Jeśli z tą “nagą prawdą” chodzi o zdzierającą z siebie ubranie łączniczkę, to ja bardzo dziękuję! – komentuje rozgoryczony weteran.


Siedzimy w małym pokoiku w siedzibie Związku Powstańców Warszawskich przy ulicy Długiej. Na ciasno ustawionych dookoła salki krzesłach siedzi ze mną sześciu uczestników powstania. Jest wśród nich ppłk. Edmund Baranowski ps. "Jur", żołnierz batalionu “Miotła” i wiceprezes związku. Pozostałych panów przedstawił mi jako swoich kolegów - wszyscy również należą do ZPW.

Jest bardzo gorąco. Panowie częstują mnie wodą i “Michałkami”. Rozmawiamy o filmie “Miasto 44”, którego scenariusz większość z nich dobrze zna, bo od miesięcy pomaga filmowcom przy historycznych konsultacjach.

"Takich wulgaryzmów w życiu nie słyszałem"
– My oczekiwaliśmy, że to będzie film, który w pewnym sensie odda i nastrój tamtych chwil i nas samych. Pokaże nas zgodnych, przyjaznych sobie, mających przed sobą pewien cel. A doznałem zawodu – mówi Edmund Baranowski.

Ppłk. “Jur” pierwszą wersję scenariusza zobaczył ponad dwa lata temu. Przeczytał, przedstawił swoje uwagi, powiedział, że pewne rzeczy są nie do przyjęcia.


Ale także obecna, poprawiana już kilkukrotnie wersja scenariusza wzbudza jego zdaniem wątpliwości: chodzi przede wszystkim o sceny seksu, sposób w jaki w filmie powstańcy traktują jeńców oraz wulgaryzmy.

– Ja, chłopak urodzony na Woli, takich wulgaryzmów w życiu nie słyszałem. Gdyby ktoś z nas sobie na nie pozwolił, to od razu miał cztery godziny pod karabinem. Dowódca nie pozwalał na takie rzeczy. Mam nadzieję, że część tych wulgaryzmów zostanie usunięta – mówi.

– Pewnie, takie słowa zawsze były używane, tylko nie tak, jak dzisiaj to się robi. Poza tym, w naszych powstańczych środowiskach rzucanie mięsem należało do rzadkości, miało miejsce w jakichś zupełnie wyjątkowych sytuacjach – dodaje inny, siedzący naprzeciwko mnie weteran.

"Do strzelania nikt się nie zgłosił!"
– Przede wszystkim on kategorycznie musi skreślić tą scenę z podrzynaniem gardła niemieckim jeńcom. Powtarzam, to jest obraza powstańców! – unosi się jeden z kombatantów odnosząc się do scenariusza autorstwa Komasy i na dowód swoich słów przytacza własną historię.

– Zaczynałem powstanie na Służewcu, na wyścigach konnych. Po pierwszym zaskoczeniu Niemców oni się zorganizowali, otoczyli nas, trzeba było się wycofać. Kupa chłopaków zginęła w nocy z pierwszego na drugiego sierpnia... Natomiast my mamy ze sobą trzech jeńców niemieckich, których żeśmy wzięli ze sobą i w tej sytuacji, w jakiej żeśmy się znaleźli, nie mamy co z nimi zrobić. W związku z tym dowódca pyta, kto na ochotnika do egzekucji tych jeńców? Do strzelania do człowieka, który jest bezbronny, nikt się nie zgłosił, dosłownie nikt! I dopiero jak się o tym dowiedziało dwóch Rosjan, którzy byli przez nas wyswobodzeni, to szybko załatwili sprawę – kwituje powstaniec.

Moi rozmówcy zżymają się też na myśl o zawartej w scenariuszu scenie seksu, rozgrywającej się na kilka godzin przed upadkiem Czerniakowa. – My myśleliśmy wtedy o przeżyciu, a nie o przeżyciach seksualnych – podkpiwają powstańcy.

Edmund Baranowski wspomina też, gdy w czasie powstania siedział z kolegą w pokoju przy kawie zbożowej z trójką dziewcząt – sanitariuszką i dwiema łączniczkami. – O 22 wkracza do nas porucznik i mówi krótko: “Dziewczyny, jest godzina 10. Macie swój rejon, swoją kwaterę. Odmaszerować”. Nie było więc nawet okazji do jakiegoś niewłaściwego zachowania się – mówi.

– Kiedy ten Czerniaków już się wali, kiedy po drugiej stronie ściany są Niemcy, a tutaj ta łączniczka zdzierająca z siebie to wszystko do naga... Bieliznę pokazuje... Trzy tygodnie byliśmy niegoleni, niedomyci i głodni. A oni w filmie oddają się temu gwałtownemu seksowi... Bzdura, po prostu bzdura – kwituje sprawę kolejny z weteranów.

"Nie kręcimy teledysku"
Martyna Weryńska z Akson Studio, firmy produkującej film, przyznaje, że jest zaskoczona zastrzeżeniami powstańców. – Od dawna trwają konsultacje z kombatantami, także te nieformalne. Przedstawiciele związku wnieśli do filmu bardzo dużo zgłaszając swoje uwagi, które zawsze były uwzględniane – przekonuje.


Weryńska przyznaje jednak, że kwestie obyczajowe często wzbudzały dyskusje: – Powstańcy obawiali się, że film będzie zbyt “młodzieżowy” – mówi. Dodaje jednak, że produkcja nie będzie przecież “teledyskiem”, a nikt nie chce epatować seksem. Uspokaja też w sprawie przekleństw. – To nie będą słowa na ”k”, tak często używane dzisiaj – mówi.

Moi rozmówcy ze Związku Powstańców Warszawskich nie kryją jednak niepokoju. – Jakieś 10 dni temu z kolegą mieliśmy półgodzinny wywiad z przedstawicielką Telewizji Polskiej. I potem, gdy myśmy się na temat filmu wypowiedzieli, ona się do mnie zwraca: „No, wie pan, co ja mam teraz zrobić?”. Bo to ciągle nie pasowało jej do tego, co mają pokazać. I w końcu wzięli z naszej wypowiedzi jedno zdanie – wyszło na to, że nie mamy do scenariusza żadnych zastrzeżeń – mówi jeden z moich rozmówców.

Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że weterani są oderwanymi od rzeczywistości staruszkami, którzy pielęgnują wyidealizowane przez lata wspomnienia z tamtych lat. To dlatego potrafią się dziś śmiać z wymuskanych bohaterów serialu “Czas honoru”, podkreślając, że okupacja i konspiracja wcale nie wyglądały tak efektownie: – Serial nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Chłopcy tam zawsze chodzą z bronią. Prawie że na wierzchu – śmieją się powstańcy.


Nie podoba im się też najnowszy powstańczy film “Był sobie dzieciak”. Najbardziej cenią sobie natomiast “Kolumbów”. – Pokażcie “Kolumbów” w kolorze. Przecież tam są znakomici aktorzy, znakomite role – przekonuje Edmund Baranowski.

Z drugiej strony moi rozmówcy mają świadomość, że dzisiejszy język filmu jest inny i ma swoje prawa: – Ja się zgadzam na pewne ustępstwa, bo wiem że panu Komasie chodzi o to, żeby film był dobrze przyjęty przez młodsze pokolenie, które inaczej podchodzi do życia, aniżeli myśmy kiedyś podchodzili – dodaje inny z “kolegów”.

Swoją drogą o samym Komasie wypowiadają się pochlebnie: – Komasa bardzo sympatyczny chłopak. Na pewno bardzo zdolny, to nie ulega wątpliwości – słyszę. – Oby nie był zdolny do wszystkiego – dorzuca ktoś i wszyscy się śmieją.

"To się nie da opisać! To trzeba przeżyć"
Niektórzy z nich mówią jednak, że film o Powstaniu, w którym znajdą się krytykowane sceny, wypaczy historyczną prawdę: – Jeśli nawet były ekscesy, one były nieznaczne i rzadkie. Podczas gdy film pokazuje to tak, że widz może je upowszechnić na całe powstanie. To niebezpieczne – mówią powstańcy.

Z ich słów przebija obawa, że “ich prawda” liczy się coraz mniej – nie słuchają jej media, nie rozumie jej młody widz, który woli oglądać “seks, krew i sensację”. Mówiąc otwarcie o tym, że jest ich coraz mniej, obawiają się o to, jak zostaną zapamiętane wydarzenia, w których to oni brali udział. Dlatego wciąż liczą, że uda im się wynegocjować scenariuszowe poprawki.

Gdy pytam ich o to, co zrobią, jeśli ostatecznie film ukaże się w takiej postaci, która ich nie zadowoli, słyszę: – Proszę pana, będzie jak będzie. My jesteśmy w tym wieku, że musimy po prostu się dostosować do współczesności. Jeśli współczesna publiczność jest pełna uznania dla twórcy, to ja nie mam zastrzeżeń. Każde pokolenie ma swój punkt widzenia na historię, sprawy społeczne, w ogóle na życie. Protestować nie będę – mówi ppłk. Edmund Baranowski.

Nie kryją jednak żalu: – Chcielibyśmy, żeby ten film rzeczywiście przedstawiał to, co myśmy robili, żebyśmy mogli jeszcze raz poczuć tamtą atmosferę – wspomina ktoś. Jeden z kombatantów komentuje jednak: – Ja nie widziałem jeszcze żadnego filmu, który choć w części uchwyciłby tę radość, tę atmosferę, która panował w kwaterze “Zośki” 1 sierpnia. To się nie da, po prostu to się nie da opisać! To trzeba przeżyć – mówi siedzący naprzeciwko mnie starszy pan.

Choć ich słowa robią ogromne wrażenie, trudno mi chwilami uciec od myśli, że chyba nie ma takiej wersji scenariusza, która mogłaby w pełni sprostać oczekiwaniom nawet tych kilku osób siedzących ze mną w pokoju. A co dopiero wszystkich powstańców. Każdy ma nieco inne oczekiwania, każdy życzyłby sobie, żeby w scenariuszu podkreślono jakiś inny aspekt sierpniowego zrywu.

Z wywiadów z reżyserem wynika zresztą niezbicie, że ma on pełną świadomość faktu, iż jego autorskie spojrzenie na Powstanie nie wszystkim się spodoba. Porywając się na tak monumentalny temat, który od lat wzbudza ogromne emocje, trzeba mieć ogromnie dużo odwagi. Ale należy też liczyć się z głosami krytyki. Miejmy jednak nadzieję, że gdy w końcu film osiągnie swoją ostateczną wersję i wejdzie na ekrany, to nie uczestnicy Powstania Warszawskiego będą najbardziej zawiedzeni tym, co zobaczą.

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
FilmPowstanie WarszawskieHistoria
Skomentuj