Grupa naTemat

Agnieszka Horyza budowała firmę od 10 lat. Rząd jedną ustawą niszczy jej biznes. "Pracę straci 130 osób"

Na zdjęciu Agnieszka Horyza podczas wykładu o nauczaniu języka dzieci. Rząd, ustawą która likwiduje zajęcia dodatkowe w przedszkolach, zniszczy życiowy biznes pani Agnieszki
Na zdjęciu Agnieszka Horyza podczas wykładu o nauczaniu języka dzieci. Rząd, ustawą która likwiduje zajęcia dodatkowe w przedszkolach, zniszczy życiowy biznes pani Agnieszki Fot. Agnieszka Horyza
- Dla mnie to była głównie pasja, poświęciłam temu całe swoje życie. Kokosów nie zarabiam, przez pierwsze 5 lat nie miałam wakacji. Moja firma uczy dzieci angielskiego w 250 przedszkolach. Rząd wszystko to niszczy jedną ustawą - mówi nam Agnieszka Horyza, która od 10 lat prowadzi dodatkowe zajęcia dla dzieci. Teraz straci cały dorobek życia, bo od 1 września w przedszkolach w ogóle nie będzie zajęć dodatkowych. Pani Horyza opowiada nam, jak rząd jedną ustawą niszczy całą niszę w gospodarce i odbiera dzieciom szansę na edukację.

Od 1 września wchodzi w życie ustawa, wedle której rodzice, za każdą godzinę spędzaną przez dziecko w przedszkolu, mają płacić maksymalnie 1 złoty. Dyrektorzy placówek już zostali poinstruowani, żeby nie podpisywali żadnych umów na zajęcia dodatkowe - bo takowe, wraz z wejściem ustawy, znikną w ogóle z przedszkoli.


Tym samym ustawa zniszczy setki firm i osób, takich jak Agnieszka Horyza - która zaczynała od samodzielnego nauczania angielskiego w przedszkolu, a od 10 lat rozwija to w firmę. Nam opowiada o rozgoryczeniu i braku rozsądku rządu, który nie tylko odbiera pracę tysiącom ludzi, ale także szansę na edukację dla wielu dzieci.

Prowadzi Pani firmę, która za miesiąc może przestać istnieć, a 10 lat ciężkiej i trudnej pracy może zostać zmarnowane. Jednocześnie straci Pani główne źródło utrzymania?

Agnieszka Horyza: Stracę sposób na życie i jedyne źródło utrzymania. Choć dla mnie to była głównie pasja, poświęciłam temu całe swoje życie. Zaczęło się od tego, że wyjechałam – dostałam wielką szansę, bo niewiele osób wtedy jeździło w takim celu za granicę – do USA. Tam jako stażysta-wolontariusz obserwowałam podejście do dziecka podczas praktyk w przedszkolu. To tam postanowiłam zająć się edukacją najmłodszych. Gdy wróciłam do kraju, chciałam nauczać jako lektor małe dzieci.

Postanowiłam stworzyć odpowiednią metodę nauczania dzieci języka obcego. W roku 2003 rozpoczęłam pracę w przedszkolach, po wyjściu rozporządzenia ministerstwa, które regulowało kwestię zajęć dodatkowych. Przez pierwsze 5 lat w ogóle nie miałam wakacji, wszystko wkładałam w swoją pracę. Praktycznie rozwój i tworzenie pomocy dydaktycznych trwa do dnia dzisiejszego. Wszelkie środki inwestuję w rozwój metody.

Dzisiaj moja szkoła językowa nie ma już żadnych obciążeń kredytowych i regularnie opłaca podatki i zobowiązania wobec ZUS. Robię coś pożytecznego: edukuję dzieci. Z największym profesjonalizmem, na jaki mnie stać, wykorzystuję ich potencjał związany z rozwojem umiejętności językowych. I dla mnie to gorzka ironia losu, że 10 lat temu zaczęłam rozwijać swoją pasję, która stała się dla mnie jedyną ścieżką kariery na podstawie dokumentu ministerstwa, a dzisiaj to samo ministerstwo kasuje moją pracę życia jedną ustawą. A przecież mam jeszcze zobowiązania wobec osób z którymi współpracuję.

Czyli razem z Panią idą na dno dziesiątki pracowników?

Jeśli ustawa faktycznie wejdzie w życie od 1 września, to tylko w naszej szkole bezpośrednio straci pracą ok. 40 osób, łącznie z pracownikami biurowymi. Kolejne osoby to 21 licencjobiorców prowadzących własne działalności gospodarcze i około 70 lektorów z nimi współpracujących.

Łącznie straci pracę około 130 osób. A to tylko skutek bezpośredni, bo są jeszcze firmy współpracujące, np. drukarnia, która drukuje książeczki. Teraz drukarnia stoi w miejscu, bo nie wie, czy jest po co drukować… Tracimy więc nie tylko bezpośrednio my, ale dużo innych osób pośrednio, trudno nawet oszacować, jakie mogłyby być straty dla gospodarki.

Przy tym proszę sobie wyobrazić, że moja firma swoją działalnością wypełnia tylko 1 proc. rynku przedszkoli. To znaczy, że na skutek dzisiejszej interpretacji tej ustawy dziesiątki tysięcy ludzi stracą pracę – i mówię tylko o nauce angielskiego! Do tego dochodzą rozmaite inne zajęcia: rytmika, gimnastyka korekcyjna, zajęcia taneczne i tak dalej.

Szczególnie trudno zrozumieć taki ruch w czasach kryzysu, kiedy to małe i duże firmy upadają, bo po prostu nie wytrzymują konkurencji. A teraz rząd jedną ustawą może zniszczyć nie tylko przedsiębiorców, ale całą niszę gospodarki, która dobrze działa od wielu, wielu lat. Ucierpi spora grupa ludzi, którzy są specjalistami w swoich dziedzinach i swoją fachową pracą wspierają rozwój małych dzieci za stosunkowo niewielkie pieniądze: 26 – 28 zł miesięcznie.

Kiedy dowiedzieliście się, że to koniec, bo wchodzi nowa ustawa?

W sierpniu, około 10. dnia miesiąca. To trudny okres dla nas, bo przecież mija trzeci miesiąc bez dochodów, a teraz czeka nas stagnacja i ewentualne oczekiwanie zajęcia stanowiska przez Ministerstwo i samorządy.

Czy poinformowaliście rząd, że na skutek jego jednej decyzji dziesiątki tysięcy ludzi zostaną bez pracy?

Tak.

I? Żadnej reakcji? Skruchy? Obietnicy zastanowienia, poprawy tego projektu?

Wysłaliśmy pisma do minister Szumilas i do samego premiera. W dniu wejścia ustawy w życie mija czas, który mają na odpowiedź. Ale wiem, że „Gazeta Wyborcza” próbowała już pytać rząd o tę ustawę i wtedy też nie było odpowiedzi.

Nie pomaga Wam żadna instytucja, fundacja, nikt się tym nie interesuje?

Niestety, nie. Jestem tylko wdzięczna mediom, że w ogóle chcą to nagłaśniać, może dzięki temu chociaż coś się ruszy.

A czy rząd chociaż wyjaśnił Państwu, dlaczego tak nagle zmienia przepisy i pozbawia ludzi pracy? Z tego, co mi wiadomo, to wytłumaczeniem ma być nierówność wśród dzieci...

Tak, ja też słyszałam takie wyjaśnienia – że dzieci, które dzisiaj nie chodzą na dodatkowe zajęcia, mogą czuć się gorsze. To równanie w dół i w dzisiejszym świecie jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe – pozbawić tej szansy wszystkie dzieci, bo niektóre nie mogą. A często decyzja o braku uczestnictwa nie jest podyktowana finansami, ale warunkami rozwojowymi dziecka lub przekonaniami rodziców – do czego mają prawo. Na tej samej zasadzie można zlikwidować uniwersytety, bo przecież nie wszyscy mogą studiować, chociaż to sarkastyczny i prosty postulat.

Tym bardziej tego nie rozumiem, że te zajęcia są dobrowolne, a rodzice płacą za nie naprawdę mało – zdecydowanie mniej, niż musieliby płacić prywatnie lub popołudniami. Zajęcia odbywają się poza tzw. podstawą programową, kiedy dziecko podczas zajęć ogólnorozwojowych zdobywa umiejętności określone przez Ministerstwo. Nie reorganizujemy pracy nauczycieli, ani nie wchodzimy w ich kompetencje.

To po prostu pozbawianie dzieci szansy na edukację, na rozwój. Z naukowego punktu widzenia, to ogromna strata potencjału – bo tylko dziecko ma tak wielkie możliwości związane z nauką obcego języka i kiedy rozpocznie ją w tak młodym wieku, ma również duże szanse powodzenia na osiągnięcie sukcesu w przyszłości. Patrząc na to logicznie, edukacyjnie i finansowo, nie mogę zrozumieć decyzji rządu.

Politycy zaproponowali jakąkolwiek alternatywę dla takiej nauki?

Teoretycznie kwalifikacje do nauczania na przykład angielskiego mają mieć nauczyciele w przedszkolach. I faktycznie, polscy pracownicy przedszkoli mają świetne kompetencje, są kadrą stale doszkalającą się. Ale nie można być specjalistą od wszystkiego. Również można znać dobrze angielski, ale to nie zawsze oznacza kompetencje, by go nauczać. Nic dziwnego – w końcu to zupełnie dwie różne rzeczy – znać angielski do komunikacji i tak, by sprostać wielkim wymaganiom małego przedszkolaka. A u nas to dodatkowo profesjonalny program nauczania pomagał osiągnąć rezultaty.

Ba, nieodpowiednie nauczanie angielskiego może zaszkodzić dzieciom. Najmłodsi mają bardzo wrażliwe ucho, głęboko i mocno kodują to, co się do nich mówi. Złe nauczanie może wyrządzić szkody ich edukacji, ponieważ błędy mogą ulec zbyt dużemu wdrukowaniu w psychikę dziecka. Do tego dochodzi fakt, że dzieci muszą lubić te zajęcia, a to już nie jest takie proste – a jeśli dziecko nie polubi angielskiego w przedszkolu, to prawdopodobnie to uczucie będzie mu towarzyszyć przez wszystkie etapy edukacji.

Dla mnie to właśnie to jest najgorsze: tracę nie tylko źrodło dochodu, ale też ważny dla mnie program, nad którym pracowałam od lat. Jego podstawą było to, że języka można uczyć przy pomocy programu polegającego na podróży przez adaptacje bajek i baśni. Udało mi się podjąć współpracę ze specjalistami. Profesor Teresa Siek – Piskozub i profesor Obuchowska zweryfikowały moją pracę i znacznie przyczyniły się do obecnego kształtu Krainy Baśni. Zbiera on całkiem dobre recenzje również za granicą.

Jakość naszego działania sprawiła, że po 10 latach na naszej metodzie 22 firmy uczą w 250 przedszkolach, uczyliśmy angielskiego 11 tysięcy dzieci. A rozpoczęło się od mojej osoby jako pojedynczego lektora. I nie spoczywamy na laurach, wciąż pracujemy nad programem, ulepszamy go. Rząd, wprowadzając tę ustawę, przekreśla to wszystko, a do tego pozbawia dzieci szansy na angielski.

Co na tę całą sytuację rodzice?

Dzwonią i deklarują, że chcą, by zajęcia były kontynuowane. Dla nich to też problem, bo jeśli przedszkole nie zapewni np. nauki angielskiego, która do tej pory była, to jak mają nagle znaleźć czas, żeby zawieźć jeszcze dziecko na dodatkową lekcję po pracy? Będą musieli poświęcić na to czas spędzany z rodziną, a dziecko po przedszkolu dostanie jeszcze dodatkowe obciążenie.

Placówki też mówią, że chętnie będą kontynuować działania. Niestety, nam pozostało mieć żal do rządu, że stworzył ustawę bez konsultacji społecznych i brał pod uwagę tylko to, ile za godzinę pobytu w przedszkolu płacą rodzice. Zabrakło w tym rzetelnego przyjrzenia się przedszkolnej rzeczywistości, która teraz w sporej części zostanie zniszczona – tak jak praca mojego życia.
ZOBACZ TAKŻE:
Skomentuj