100 milionów na koncie, 22 narkotyki dziennie, niezliczone seksualne orgie. Poznajcie prawdziwego "Wilka z Wall Street"

Jodan Beltfort - prawdziwy "Wilk z Wall Street", w którego wcieił się Leonardo di Caprio.
Jodan Beltfort - prawdziwy "Wilk z Wall Street", w którego wcieił się Leonardo di Caprio. Plakat filmu / zrzut ekranu z vimeo.com
Film "Wilk z Wall Street" Martina Scorsese to opowieść o Jordanie Belforcie, jednym z największych oszustów z Wall Street, który w ciągu kilku lat z handlarza mięsem przeobraził się w uzależnionego od narkotyków, seksu, imprez i luksusu milionera. Oglądając aż trudno uwierzyć, że ta historia zdarzyła się naprawdę. A jednak… Prawdziwy Belfort dziś mieszka w Los Angeles i wspomina czasy, kiedy jego życie przypominało jeden wielki festiwal orgii.

Artykuł dotyczy prawdziwego Jordana Beltforta, ale może zawierać spoilery filmu "Wilk z Wall Street"

W "Wilku z Wall Street" w rolę Belforta brawurowo wciela się Leonardo Di Caprio. Tak brawurowo, że w niektórych momentach można odnieść wrażenie, że nawet z przesadą, którą trudno byłoby przypisać prawdziwemu człowiekowi. Bo czy ktoś o zdrowych zmysłach zażywałby codziennie 22 rodzaje leków i narkotyków, a potem wsiadał za ster helikoptera i próbował wylądować na trawniku przed domem? Ale w końcu właśnie tak działał Jordan Belfort – były makler, który w latach 90. na oszustwach i manipulacjach akcjami dorobił się fortuny, a potem trafił za kratki. Tekst jest o tym kim był i co faktycznie zrobił prawdziwy "Wilk z Wall Street". Nie jego filmowy odpowiednik.



Miliony za śmieci
Belfort miał 23 lata, kiedy zaczął karierę w handlu. Na nowojorskiej Long Island sprzedawał mięso i owoce morza. Już wtedy widać było, że ma żyłkę do interesu. Stworzył prężnie działającą firmę, miał własne ciężarówki i pracowników. Jednak to, co go pociągało, to wielkie pieniądze, które widział w handlu papierami wartościowymi. "Byłem sprytnym młodym człowiekiem i świetnym handlowcem, który kierował się żądzą bogactwa" – przyznaje dziś w rozmowie z "The Delegraph".


W 1987 roku Belforta zatrudniono w jednym z domów maklerskich. Marzenie się spełniło, choć zadanie miał trudne: codziennie obdzwaniać przynajmniej 500 inwestorów. Właśnie od jednego z nich usłyszał, że recepta na sukces w tym biznesie to "walenie konia, kokaina i dziwki". Minęło jednak kilka lat, zanim naprawdę wziął to sobie do serca.

Wcześniej zdążył jeszcze popracować w kilku innych domach maklerskich, a w końcu poszedł na swoje. Pomógł mu w tym nowy przyjaciel Danny Porush (w filmie Donnie Azoff) i starzy kumple, którzy na Long Islans jeździli jego ciężarówkami. Razem w biurze po salonie samochodowym otworzyli Stratton Oakmont, firmę, której nazwa stanie się potem synonimem prania brudnych pieniędzy i malwersacji finansowanych.


Model działania Belforta i spółki był prosty. Najpierw przyciągali uwagę inwestorów akcjami znanych spółek takich jak Kodak, by potem zaoferować "inwestycję życia", czyli zakup udziałów w tzw. śmieciowych spółkach. Dziennikarka "Forbesa", która wtedy po raz pierwszy napisała o Stratton Oakmont, nazwała ten proceder "wciskaniem ryzykownych akcji łatwowiernym inwestorom".

To, co Belfort cenił najbardziej u swoich pracowników, to siła perswazji. Mawiał, że za wszelką cenę nie można pozwolić inwestorowi się rozłączyć. Pomogło. W pierwszym roku istnienia firma zarobiła 800 tys. dolarów, z czego połowa poszła do jego kieszeni.

Narkoman, alkoholik, szaleniec
W kolejnych latach zyski szły już w miliony, a Belfort, którego w "Forbesie" nazwano "pokręconym Robin Hoodem, który zabiera bogatym, a daje sobie oraz swojej wesołej kompanii maklerów", opływał w bogactwo. W wieku 30 lat jeździł Ferrari wartym 175 tysięcy dolarów, miał dwa helikoptery, posiadłość na wyspie, luksusowe apartamenty i jacht. On i jego koledzy napawali się zarobionymi milionami: codziennie sypiali z prostytutkami, organizowali seksualne orgie, pili do nieprzytomności i zażywali narkotyki.


Belfort wspomina dziś w wywiadach, że w szczycie kariery brał codziennie ponad 20 różnego rodzaju substancji. Na jego liście były m.in. kokaina, morfina, diazepam (valium), alprazolam (xanax) i metakwalon - narkotyk tak mocny i destrukcyjny, że w wielu krajach go zakazano. Jak to się stało, że milioner brał to wszystko i przeżył? Sam twierdzi, że to zasługa odpowiedniego "balansowania" narkotykami.

Czasem jednak balans nie wychodził. Tak jak wtedy, gdy po zażyciu metakwalonu Belfort próbował wylądować helikopterem przed domem i prawie się rozbił. Albo kiedy naćpany wracał do rezydencji Mercedesem i spowodował kilka wypadków drogowych (pasażerka samochodu, z którym zderzył się czołowo, trafiła do szpitala).

Specyficzna była również atmosfera w Stratton Oakmont. W siedzibie firmy, gdzie pracowało 1000 osób, lał się alkohol, sypała kokaina i przechadzały nagie prostytutki. W "Wilku z Wall Street" przesadzono nieco nawet z opisem tych firmowych zabaw. Pokazano, jak szefowie bawią się w "rzut karłem do tarczy". Danny Porush stwierdził potem, że nic takiego nie miało miejsca, choć przyznał, że zdarzyło się wynajmować na imprezy nienaturalnie niskie osoby.

Film a rzeczywistość - fakty i mity

Fakty:
- pracownica firmy Belforta rzeczywiście dała sobie ogolić głowę podczas firmowej imprezy w zamian za 10 tys. dolarów na implanty piersi:
- Danny Porush rzeczywiście ożenił się ze swoją kuzynką Nancy. Po 12 latach małżeństwa para rozwiodła się w 1998 roku;
– Danny Porush rzeczywiście zjadł złotą rybkę jednego z maklerów, z którym się pokłócił. "Powiedziałem, że jeśli nie będzie zarabiał dla nas wystarczająco dużo, połknę jego rybę. Więc to zrobiłem" – wspomina;

Mity:
- W biurze firmy Belforta nie było szympansa. Scena, w której Leonardo Di Caprio spaceruje między biurkami z małpą została więc wymyślona;
- Jordan Belfort nie poznał Danny'ego Porusha w restauracji, tak jak to przedstawiono w filmie. W rzeczywistości dwóch panów przedstawiła sobie żona Porusha, która poznała Belforta w autobusie.


Miał wszystko, wszystko stracił
Im więcej Belfort miał pieniędzy i im większym stawał się degeneratem, tym bardziej zuchwale działał. W szmugiel pieniędzy za granicę zaangażował nawet starą ciotkę, a razem z kolegami obkleił banknotami (z użyciem taśmy klejącej) kobietę, która przewoziła kasę do banku w Szwajcarii.

W końcu jednak przyszedł kres dobrej passy. W 1998 roku Belfort został aresztowany, co zwieńczyło czteroletnie śledztwo prowadzone w jego sprawie przez agenta FBI Gregory'ego Colemana. W tym samym roku milioner rozstał się ze swoją żoną (w książce wspomina, że na pożegnanie uderzył ją tak, że spadła ze schodów), która odebrała mu dwójkę dzieci (z jednym uciekał będąc na haju i uderzył samochodem w słup).

Miał do wyboru: milczeć albo wsypać wszystkich oszustów z Wall Street, o których wiedział. Poszedł na współpracę i dlatego, choć skazano go na cztery lata więzienia, odsiedział jedynie 22 miesiące. To w więzieniu wpadł na pomysł spisania w swoich wspomnień. Tak powstała książka, a z niej urodził się film, w którym na samym końcu na moment pojawił się prawdziwy Beltfort.

Dziś Belfort pracuje jako mówca motywacyjny i odcina kupony od powtórnej popularności, jaką zapewne jeszcze wzmocni film Martina Scorsese. Jak przekonuje, z poprzedniego etapu życia zostały mu tylko dwie rzeczy: złoty zegarek i obraz starego jachtu. Ale choć twierdzi, że tamtego "Wilka z Wall Street" dawno już nie ma, długo jeszcze będzie płacił za błędy i szaleństwa młodości. I to dosłownie, bo w ciągu ostatnich pięciu spłacił jedynie 14 ze 110 milionów dolarów, jakie zalega oszukanym inwestorom.


Trwa ładowanie komentarzy...