Omijasz Paywalla „Wyborczej”? Nie oszukuj się: po prostu kradniesz

Jak ominąć Paywalla Wyborczej? Można, ale to zwykła kradzież treści
Jak ominąć Paywalla Wyborczej? Można, ale to zwykła kradzież treści Fot. Zrzut z Wyborcza.pl
Gdy serwisy internetowe „Gazety Wyborczej” wprowadziły opłaty za czytanie więcej niż 10 tekstów miesięcznie, w sieci zawrzało. Ludzie się oburzali, że nie będą płacić za coś, co mogą mieć za darmo. W sukurs przyszedł im SpidersWeb, publikując tekst pokazujący, jak można ominąć Paywalla w internetowej „GW”. Niektórzy szybko zaczęli tę metodę chwalić. O tym, że po prostu kradną, nikt nie pomyślał.

UWAGA!

Poniższy tekst to prywatna opinia autora, a nie całej redakcji NaTemat. Jednocześnie informujemy, że NaTemat nie planuje wprowadzać żadnych opłat za dostęp do naszych treści.


Przemysław Pająk, założyciel SpidersWeba, pokazał jak można ominąć Paywalla „Wyborczej”. Jak podkreślił w tekście, miał duży dylemat odnośnie tej publikacji. Wspiera bowiem ideę płacenia za treści w sieci, ale z drugiej strony metoda obejścia Paywalla była banalna i Pająk uznał, że trzeba ostrzec wydawców – nie tylko Agorę – przed luką tego systemu.



Żałujesz pieniędzy - nie czytaj
Tekst z SW rozchodził się błyskawicznie wśród moich znajomych. Tych, którzy najpierw na Paywalla reagowali słowami „co jest?” i „dlaczego mam płacić za coś w internecie?”. Sporo osób obejście Paywalla po prostu uznało za naturalną drogę dalszego korzystania z treści „Wyborczej” za darmo. Większość z tych osób do biednych nie należy. Gdy pytałem, czemu nie chcą zapłacić, pytali: po co? Skoro można mieć za darmo?

Wielu tym osobom zwróciłem delikatnie uwagę, że jeśli „Wyborcza” wprowadziła system opłat, to znaczy, że jego omijanie jest zwykłą kradzieżą. Z jakim oburzeniem się spotkałem! Słyszałem, że „za taki chłam nie będę płacić”. Ten argument był chyba najbardziej idiotyczny – jak chłam, to go nie czytaj. Albo czytaj te darmowe 10 artykułów miesięcznie, ale nie kradnij.

Po co płacić, jak można za darmo?
Cała reszta odpowiadała mi, że za treści, które i tak można mieć przecież za darmo, płacić nie ma sensu. Niektórzy twierdzili, że to wcale nie kradzież, skoro jest luka w systemie, a to przecież nie ich wina. Skoro się da, to można skorzystać, prawda? I żadnej kradzieży nie ma. Nikt się do złodziejstwa, obchodząc Paywalla, nie poczuwa.

Tymczasem jest to taka sama kradzież, jak każda inna. Ubrania ze sklepu też można wynieść, ba, nie jest to nawet specjalnie trudne, jeśli wie się, jak to zrobić. Wystarczy wykorzystać „luki” w zabezpieczeniach sklepu albo zwykłą nieuwagę sprzedawcy, jeśli zabezpieczeń nie ma. Można w odpowiedniej chwili podjechać pod supermarket, gdy rozładowywana jest dostawa produktów, i po prostu sprzątnąć dostawcom zgrzewkę coca-coli sprzed nosa. Frajerzy, w końcu postawili na ulicy, nie pilnowali, znaczy – można brać, bo za darmo?

Każdy normalny człowiek odpowie: nie, nie można. To towar, który ktoś wyprodukował, za który sklep zapłacił i za który klient też musi potem zapłacić. Trick opisany przez SpidersWeb można porównać właśnie do momentu rozładowania dostawy: akurat w ten sposób towar stoi niepilnowany, poza sklepem, teoretycznie można brać. Tylko towaru sklepowego nie zabierzemy, nawet jeśli stoi na ulicy i czeka, a już treści z "GW" - tak. Tylko czemu w tym drugim przypadku nie nazywamy tego wprost kradzieżą?

Treść w sieci to też produkt
Przecież tu sytuacja jest analogiczna. Dziennikarz produkuje tekst, redakcja go kupuje i "sprzedaje" potem odbiorcy. Redakcja ma wybór: albo daje tę treść za darmo, zarabiając na reklamach, albo reklam nie ma i odbiorcy za treść każe płacić, jak w każdym innym sklepie. Chcesz z tego produktu skorzystać, to za niego zapłać, tak jak za gazetę w kiosku.

Niestety, lwia część internautów nie patrzy na to w ten sposób. Powszechnie sądzi się, że internauci są po prostu przyzwyczajeni do wszystkich treści za darmo i stąd ich awersja do płacenia za nie. To prawda, ale tylko połowiczna.

Usprawiedliwiamy swoje kradzieże
Zdecydowanie większe znaczenie w usprawiedliwianiu kradzieży w sieci ma fakt, że kradniemy coś niematerialnego. Tyczy się to nie tylko Paywalla, ale ogólnie piractwa. Pójść do kiosku, zabrać gazetę za pazuchę i wyjść bez płacenia – mało kto się odważy. Ale już wyklikać w Google teksty „Wyborczej” - żaden problem. Zabrać z marketu DVD z filmem – no nie, przecież nie jestem złodziejem. Ale ściągnąć film – a, to już można, z czystym sumieniem.

Szkoda tylko, że sprawy nie postawiła tak ostatecznie „Wyborcza”. W odpowiedzi na tekst Pająka „GW” stwierdziła, że o luce w zabezpieczeniu wiedziała, ale nie chciała jej usuwać, by teksty mogły czytać te osoby, które na stronę wchodzą sporadycznie, „którzy czytają więcej niż 10 artykułów miesięcznie, ale nie są gotowi za nie zapłacić”. Postawa sama w sobie godna podziwu, ale dalej w oświadczeniu czytamy, że „Wyborcza” wierzy w dobre dziennikarstwo, które udostępni stałym Czytelnikom za symboliczną opłatą. Zauważam tu rażący brak konsekwencji w myśleniu, który spowoduje, że nawet ci, którzy płacić są gotowi, nie zrobią tego – mając usprawiedliwienie podane na tacy. Ale to już sprawa Agory.

Warto jednak uświadamiać ludziom, że treść w sieci to taki sam produkt jak każdy inny: ktoś wkłada w niego swój czas, pracę, umiejętności. I jeśli wydawca tego produktu żąda za niego zapłaty, to należy zapłacić. W innym wypadku to zwykła kradzież.
Trwa ładowanie komentarzy...