Grupa naTemat

"Ukraińcy to faszyści". Jak skandynawski raj widzi konflikt na Krymie

Fot. Tomasz Waszczuk / AG
W Skandynawii konflikt na Krymie i napięcia pomiędzy Ukrainą i Rosją to od kilku dni jeden z czołowych tematów. W mediach obok rzeczowych argumentów pojawiają się przekłamania i egzotyczne tezy.

Kwestionowanie istnienia Paktu Ribbentrop-Mołotow, wybielanie działań prezydenta Władimira Putina na Krymie, nazywanie Ukraińców faszystami i bezkrytyczne prezentowanie tez strony rosyjskiej – to wszystko pojawia się w ostatnich dniach w skandynawskiej prasie. Obok rzeczowych artykułów, pisanych przez doświadczonych politologów, ukazują się teksty dowodzące, iż obywatele państw skandynawskich nie bardzo wiedzą, o co w tym wszystkim chodzi.


Nowa historia II wojny światowej
4 marca na łamach poczytnego w Szwecji lewicowego dziennika „Aftonbladet” doktor historii Aasa Linderborg podjęła polemikę z amerykańskim historykiem, profesorem Yale Timothym Snyderem. W dyskusji o tym, czy na kijowskim Euromajdanie stoją faszyści, czy zwolennicy demokratycznych reform i na ile legalne są działania prezydenta Putina, padły argumenty kontrowersyjne i z punktu widzenia Polaka szokujące.

Już pierwsze zdania felietonu szwedzkiej historyk, noszącego tytuł „Monstrualna hipokryzja na temat Ukrainy”, budzą sprzeciw w każdym, kto pamięta ze szkoły choć trochę z historii II wojny światowej: „Snyder, który znany jest z hołdowania oryginalnej tezie, że Niemcy wspólnie ze Związkiem Radzieckim rozpoczęły II wojnę światową…”.

Dalej Linderborg przekonuje czytelników, by nie ulegać „rusofobii”, a obywateli Ukrainy protestujących na Euromajdanie traktować nie jako jednorodną grupę, a zbieraninę osób krytycznych wobec ekipy prezydenta Janukowycza, tych, którzy chcą poprawy sytuacji ekonomicznej oraz „faszystów”.

„Nie ma innego miana, jakim można określić ich ruch, jak właśnie faszyzm” – pisze i przekonuje, iż ukraińska partia „Swoboda” to faszyści w czystej postaci. „Co absurdalne, zamiast nich, to Putina i Rosję porównuje się z nazizmem” – konkluduje.

Aasa Linderborg jest członkiem mającej 19 miejsc w parlamencie opozycyjnej partii lewicowej „Vänsterpartiet”. Ta sama partia w roku 1940 stanęła po stronie Sowietów w tak zwanej ”wojnie zimowej”, czyli konflikcie ZSSR z Finlandią i poparła Pakt Ribbentrop-Mołotow. Obecnie określa się mianem „socjalistycznej” (słowo „komunistyczna” usunięto z nazwy w roku 1990) i koncentruje się na krytykowaniu UE oraz nierówności społecznych. Próbowałam się skontaktować z Aasą Linderborg, ale jak dotąd nie uzyskałam odpowiedzi na moje pytania.

Płytko i naiwnie

Zdaniem Artura Szulca, historyka polskiego pochodzenia mieszkającego od lat w Szwecji, poziom wiedzy szwedzkich dziennikarzy o naszym regionie Europy jest dość niski. W jego ocenie szwedzcy publicyści, analizując obecną sytuację, albo w ogóle nie sięgają do historii, albo robią to powierzchownie.

- Przeciętny Szwed ma jako takie pojęcie, co się obecnie dzieje na Krymie, ale nie rozumie znaczenia tych wydarzeń – twierdzi Szulc. – Nie do końca pojmuje, jakich implikacji dla innych państw oraz dla stosunków międzynarodowych w Europie można się spodziewać. Moim zdaniem w Szwecji panuje pewna naiwność pod tym względem – dodaje.

Bezradność wobec propagandy
W norweskich doniesieniach prasowych można zauważyć, iż niektórzy dziennikarze, niemający praktycznego doświadczenia z dobrze zorganizowaną propagandą, dają wiarę nawet tym rosyjskim doniesieniom medialnym, które logicznie są co najmniej wątpliwe. Można odnieść wrażenie, iż w państwie, w którym obywatele od lat nawykli do rzeczowej debaty, w jakiej rzadko stosuje się chwyty poniżej pasa, mało komu mieści się w głowie, że czołowy polityk może publicznie kłamać bez obawy, iż zostanie na tym przyłapany i poddany ostracyzmowi.

Chcąc zachować obiektywizm, norweskie portale publikują zarówno doniesienia ukraińskie, jak i rosyjskie, jednak nie zawsze potrafią je skomentować. W rezultacie w Norwegii można przeczytać wypowiedzi ministra spraw zagranicznych Rosji Sergieja Ławrowa lub prezydenta Putina bez poddawania ich w wątpliwość.

- W norweskim dyskursie medialnym jest duża doza zaufania – komentuje Igor Devold, reżyser polskiego pochodzenia od lat mieszkający w Norwegii. – W spokojnym kraju od lat wolnym od okupacji trudno jest zrozumieć, że media mogą nie mówić prawdy. Szczególnie w pierwszych dniach krymskiego konfliktu, kiedy Rosjanie zajmowali bazy na Krymie, część norweskich mediów nie mogła się odnaleźć w tej sytuacji. Dopiero ostra wypowiedź kanclerz Angeli Merkel kwestionująca poczytalność prezydenta Putina nieco je otrzeźwiła. Stopniowo Norwegowie i norweskie media uświadamiają sobie, że na ich oczach rozgrywa się wojna propagandowa.

Mieszkaniec Krymu ostrzega
W norweskim dzienniku „Aftenbladet” można przeczytać między innymi artykuł pisany całkowicie z perspektywy rosyjskich mieszkańców Krymu.

- Nacjonalizm na Ukrainie Zachodniej jest teraz bardzo silny – przekonuje norweskiego dziennikarza niejaki Borys Jewgieniewicz. – Ale my tu na Krymie jesteśmy dzielni, mamy to we krwi. Zachodnia Europa też powinna uważać, wy nie jesteście na to uodpornieni.

Dalej reporter „Aftenbladet” cytuje młode mieszkanki Krymu zaniepokojone, że protestujący na Euromajdanie „zamiast iść do pracy, to chodzą po ulicach i się biją”. Nabiera podejrzeń co do szczerości swoich rozmówców dopiero, gdy zagadnięty przez niego człowiek w uniformie wojskowym i kamizelce kuloodpornej przedstawia mu się jako „Włodzimierz Iljicz”.

Korzyści płynące różnorodności
Skandynawska debata o konflikcie dotyczącym Ukrainy pokazuje jedną z zalet społeczeństwa mającego spory odsetek imigrantów. W komentowaniu w internecie szczególnie aktywni są przybysze z innym państw – Polacy, Rosjanie, osoby pochodzące z byłej Jugosławii i państw nadbałtyckich. Ich punkt widzenia jest odmienny niż miejscowych, wiedza o regionie południowo-wschodnim pełniejsza, więc na ich obecności zyskuje merytoryczna jakość debaty.

W ostatnich tygodniach obcokrajowcy w Skandynawii są obecni wszędzie tam, gdzie dzieje się coś dotyczącego Ukrainy. Kilka dni temu razem z innymi mieszkańcami Oslo składali kwiaty pod ambasadą tego kraju.

Igor Devold zwraca uwagę, że Polacy reagują na wydarzenia na Ukrainie bardziej emocjonalnie i z większym zaangażowaniem niż Norwegowie. On sam od wielu dni stara się angażować Norwegów w dyskusję o polityce międzynarodowej.

Czyny, nie słowa
Ważniejsze od dziennikarskich tez, nawet tych najbardziej szokujących, są działania polityczne. Państwa skandynawskie zgodnie potępiają rosyjskie działania militarne na Krymie. W dniach 5-6 marca ministrowie spraw zagranicznych Szwecji Carl Bildt oraz Danii Martin Lidegaard odwiedzili Ukrainę.

W Kijowie rozmawiali z Arsenijem Jaceniukiem oraz przedstawicielami parlamentu, a na wschodzie kraju z lokalnymi działaczami. 5 marca wieczorem na Ukrainę poleciał też minister spraw zagranicznych Norwegii Børge Brendes, który odbył godzinne spotkanie z pełniącym obowiązki prezydenta Ukrainy Ołeksandrem Turczynowem.
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
RosjaPolityka międzynarodowaUkrainaMajdanNorwegiaKrym
Skomentuj