Zarabiają 10 tys. zł i pracują w pieluchach? Sprawdzamy, jak wygląda praca operatora żurawia. "Kilkumetrowe przechyły"

Zarabiają 10 tys. zł i pracują w pieluchach? Sprawdzamy jak wygląda praca operatora żurawia. "Kilkumetrowe przechyły"
Zarabiają 10 tys. zł i pracują w pieluchach? Sprawdzamy jak wygląda praca operatora żurawia. "Kilkumetrowe przechyły" Fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta
O pracy operatorów żurawi wieżowych funkcjonuje kilka mitów. Uważa się, że pracują wiele godzin, bo nie opłaca im się schodzić na dół. Z tego samego powodu nieodłącznym elementem pracy operatora ma być pielucha, bo jak wiadomo, czas to pieniądz. Wszelkie niegodności mają zaś być wynagradzane sowitą wypłatą. Okazuje się jednak, że wysoki standard pracy na dźwigu ogranicza się jedynie do ilości metrów nad ziemią, gdyż zarobki operatorów są zaskakująco małe. Duże natomiast są przechyły, które sięgają nawet kilku metrów.

Wojciech Szmigiel od kilku lat prowadzi szkołę dla operatorów żurawi. Jak mówi, sam pracował chyba na wszystkich możliwych dźwigach wieżowych dostępnych w Polsce. – Na wszystkim się jeździło – mówi w rozmowie z naTemat. – To lepsze niż siedzenie w biurze czy jazda samochodem. Zresztą chyba każdy kiedyś widział stumetrowy dźwig i zastanawiał się, jak to by było tam pracować – stwierdza. A bywa nie tylko ciekawie, ale i niebezpiecznie.



Dźwigi obrotowe w Polsce mierzą najczęściej od 30 do 50 metrów, co pozwala na wybudowanie małego wieżowca. Jednak choćby przy budowli Odra Tower, używano blisko stumetrowych dźwigów. – Na SkyTower dźwigi miały 220 metrów – słyszę od swojego rozmówcy.

Jak dostać się na dźwig? Najczęściej po schodkach, a czasem po drabince od ziemi aż do samej góry – to wyjście jest najbardziej męczące. O ile młodsi nie mają z tym większych problemów, dla starszych operatorów jest to już duży wysiłek. Na mały dźwig wchodzi się około 3 minut, a na stumetrowy około 10, w zależności od kondycji i długości przerwy, którą robi się mniej więcej w połowie drogi na szczyt.

Najczęściej zaczynają od 7.00 i powinni kończyć o 15.00, w tym jedna przerwa. – Zdarza się jednak, że pracujemy po 10 godzin. Nie powinno się tego robić bo wiemy, jakie są tego konsekwencje – mówi pan Wojciech. Są jednak i takie żurawie, których kabiny zjeżdżają na dół po operatora. – Siadamy wygodnie i nawet czasem nie trzeba wjeżdżać na górę, można sterować z dołu – mówi z kolei Jerzy Zymróz z Polskiego Stowarzyszenia Operatorów Żurawi. Tych jednak wiele w Polsce nie ma.

Jak zostać operatorem dźwigu?

By zostać operatorem dźwigu trzeba posiadać specjalne "prawo jazdy". W tym celu odbywa się specjalistyczne 3-miesięczne szkolenie. Potem trzeba zdać państwowy egzamin z wiedzy teoretycznej i praktycznej.

Są trzy rodzaje uprawnień, które pozwalają zostać operatorem dźwigu - 2D, 1Ż i 2Ż. Ten pierwszy uprawnia do obsługi dźwigu budowlanego, czyli pojazdu, który podnosi elementy na małe wysokości. 1Ż to licencja operatora żurawia wieżowego, czyli stacjonarnego wysokiego podnośnika, 2Ż to podobny żuraw mogący poruszać się na szynach. CZYTAJ WIĘCEJ

źródło: gazetapraca.pl

Pieluchy to mit
Mój rozmówca stara się w ogóle nie schodzić na dół przez cały dzień. – Przyzwyczaiłem swój organizm do tego, aby wytrzymać 8 godzin bez łazienki. Swoje potrzeby załatwiam z samego rana, bo nie ma sensu męczyć się i tracić 20 minut na schodzenie – mówi pan Wojciech. Niektórzy zaś stosują bardziej wyszukane metody, takie jak oddawanie moczu do plastikowej butelki. Jak się okazuje, pieluchy są mitem.

– Śniadanie bierze się do plecaczka, na górze często jest czajniczek do zagrzania wody i kuchenka mikrofalową do podgrzania jedzenia, a nawet toster. Za fotelem jest mniej więcej pół metra, więc niektórzy wstawiają tam nawet małe lodówki. W niektórych dźwigach można się położyć – mówi pan Wojciech, który przeszkolił kilkudziesięciu operatorów. – Czasem można tak fajnie rozłożyć fotel, że da się zrobić drzemkę, szczególnie na nockach – dodaje.


Bywa tak, że na żurawiu trzeba walczyć z nudą. Ciągłe lanie betonu lub przerzucanie cegieł nie wydaje się być zbyt angażujące. Trzeba jednak zachować czujność, bo od jednej błędnej decyzji może dojść do tragedii. – Nasza praca wiąże się z konsekwencjami. Czasem ułamki sekund, kiedy ktoś za wcześnie lub za późno powie "stop" sprawią, że praca może się źle skończyć. Ciąży na nas duża odpowiedzialność i wszędzie trzeba mieć oczy. Często podajemy produkty w miejsca, których nie widzimy. Wtedy wszystko zależy od osób trzecich. Te zaś nie zawsze są wykwalifikowane – mówi Szmigiel.

10 tys. zł? W trzy miesiące...
Niestety, zarobki na poziomie 10 tys. zł miesięcznie to bzdura. Bo choć wydawałoby się, że tak odpowiedzialna i trudna praca, jaką wykonuje operator dźwigu powinna być dobrze wynagradzana, w rzeczywistość pieniądze w branży są zaskakująco marne. – W 2007, gdy był bum budowlany, zarabiało się 16-17 złotych na godzinę. Dziś nawet o 5 złotych mniej – słyszę od pana Wojciecha. To zaś daje zarobki rzędu 2500 złotych miesięcznie przy 200 przepracowanych godzinach.

Pomimo to, znajdują się chętni do pracy na żurawiu. Niektórzy początkowo boją się pracy na wysokości i już na początku rezygnują. Jednak kabina daje na tyle duży komfort, że można zapomnieć o wysokości. – Jak ktoś idzie po drabinie, to się boi, ale jak już wejdzie do kabiny, to czuje się pewnie – mówi Wojciech Szmigiel.

A tak naprawdę jest czego się obawiać, gdyż wypadki żurawi niestety się zdarzają. W 99 proc. przypadków ich przyczyną jest chęć pójścia na skróty. – Operatorzy kombinują przy dźwigach. Chcą wyjść wcześniej z pracy, więc podkręcają dopuszczalne obciążenie, aby móc więcej podnieść. Zamiast tony, podnoszą tonę dwieście lub więcej. A dźwig po prostu któregoś razu nie wytrzyma... – ostrzega mój rozmówca.

Gdy zaś dojdzie do wypadku z powodu przeciążenia, niekiedy urywa się jedynie ramię, a wieża zostaje w całości. Niestety zdarza się też tak, że dźwigi się przewracają. – Dzieje się to bardzo często z tego względu, że kierownicy wywierają presje na operatorach i każą pracować nawet gdy wieje wiatr, czego robić nie wolno. Granicą jest wiatr o sile 15 metrów na sekundę – mówi szkoleniowiec operatorów.

Kilkumetrowe przechyły
Mój rozmówca tak naprawdę bał się tylko raz. – Żuraw tak się wychylił, że widziałem już wszystko co mam pod sobą, byłem głową na przedniej szybie i zapierałem się nogami. To był dźwig maksymalnej wysokości. Całe ramie poszło w dół około 3 metry, a wieża co najmniej o metr. Na każdym dźwigu czuć bujanie, które można porównać to falowania na morzu. Jak wraca się do domu, to dalej to czuć – stwierdza mój rozmówca.

Jerzy Zymróz dodaje, że przechyły są nie tylko z powodu wiatru, ale również przy zmiennym obciążeniu haka. – Jeśli zmiana obciążenia jest duża, to kabina przemieszcza się nawet o kilka metrów – mówi Jerzy Zymróz z Polskiego Stowarzyszenia Operatorów Żurawi.

Czy zatem praca na żurawiu jest atrakcyjna? Z pewnością bywa ekscytująca, a momentami nawet niebezpieczna. Operator dźwigu nie może mieć lęku wysokości, a tym bardziej problemów z pęcherzem. Jeśli do tego nie przeszkadzają nam zaskakująco niskie jak na taki zawód zarobki, bez wątpienia jest to branża na wysokim poziomie.

Trwa ładowanie komentarzy...