Ucieczka białych kołnierzyków. "Mordor na Domaniewskiej" potrafi wykończyć

Bywa tłoczno. Początek szczytu na przystanku tramwajowym róg ul. Domaniewskiej i Wołoskiej
Bywa tłoczno. Początek szczytu na przystanku tramwajowym róg ul. Domaniewskiej i Wołoskiej fot. Robert Kowalewski / Agencja Gazeta
Kilkutysięczna korporacja Unilever wyprowadza się z „piekła na Domaniewskiej”. Ludzie nie mieszczą się na przystankach tramwajowych, pokonanie kilkusetmetrowej uliczki samochodem zajmuje prawie godzinę, zero miejsc parkingowych. Czy nadchodzi zmierzch najbardziej znanego w Warszawie zagłębia biurowych lemingów?

Gdyby autorzy filmu „Przygoda na Mariensztacie” chcieli nakręcić współczesną wersję hitu PRL, właśnie na „Domaniewie” czy „Emiratach” znaleźliby idealny materiał na scenariusz. Zamiast murarza-przodownika, wystąpiłby pracownik call center, który na początku kariery przyjeżdża do pracy kolejką i tramwajem, a po kilku latach porusza się cabrioletem BMW (dwa lata temu takie auto eksponowano na dziedzińcu biurowca Horizon Plaza, jako nagrodę dla najlepszego sprzedawcy call center Getin Banku).

Największe w Warszawie skupisko zagranicznych korporacji: banków, firm handlowych, przedstawicieli marek samochodowych, agencji reklamowych czy wydawców prasy, to miejsce idealne do kariery, ale wyjątkowo trudne do życia. – Pokonanie autem kluczowego kilkusetmetrowego odcinka z ulicy Postępu i Marynarskiej zajmuje 45 minut – opowiada Irena, pracownik jednej z dużych agencji reklamowych, mających biuro przy Domaniewskiej.

Mordor na Domaniewskiej
Próbowała dojeżdżać do pracy tramwajem. Niestety, w godzinach 16.30-17.30, kiedy pracownicy okolicznych biur kończą pracę, pasażerowie nie mieszczą się przystanku. Testowała też dojazd kolejką SKM, której nowy odcinek powstał z okazji Euro2012. Pociąg jeździ co pół godziny, nie tylko jest przepełniony jak słynne tokijskie metro, ale zdarza się, że bez wyjaśnienia na peronie pojawia się komunikat „odwołany”. Czasem skład staje w polu za Dworcem Zachodnim na pół godziny. - Efekt jest taki, że nigdy nie wiem czy będę w pracy na 9 czy na 10.40 - dodaje pracownica korporacji. Niektóre z firm wynajmują specjalne busy, którymi od stacji metra Wilanowska dowożą swoich pracowników do biur.


Wkurzeni szefowie, sfrustrowani pracownicy. Po prostu “Mordor na Domaniewskiej” - jak brzmi nazwa jednego z wielu serwisów o ciemnych stronach pracy w tym miejscu . Pierwsza firma skalkulowała, że to się nie opłaca. Po kilkunastu latach “mieszkania” na Domaniewskiej i Postępu korporacja Unilever ewakuuje około 500 pracowników bliżej centrum, do nowego biurowca Eurocentrum w Alejach Jerozolimskich.

– Oczywiście na Domaniewskiej zdarzały się pewne uciążliwości komunikacyjne, jednak głównym powodem była polityka proekologiczna firmy. Nasz nowy budynek jest przyjazny środowisku i spełnia najwyższe standardy ekologiczne – mówi Paweł Jezierski z działu komunikacji Unilever.

– Dziś firmy na równi z niskim czynszem, chcą sprawnego dojazdu pracowników, najlepiej kilkoma środkami transportu publicznego. To nie wszystko, w Alejach Jerozolimskich zaprojektowaliśmy 162 miejsca postojowe dla rowerów, do tego komfortowe prysznice i szatnie – mówi naTemat Kinga Nowakowska, dyrektor operacyjny w Capital Park, inwestora na rynku nieruchomości

Nasza rozmówczyni przyznaje, że przez korki i przeładowaną komunikację życie na w zagłębiu biurowym przy Domaniewskiej stało się nienośne. – Masa krytyczna została osiągnięta, będą tam powstawać nowe budynki, ale część firm zacznie się wyprowadzać w inne miejsca Warszawy – opowiada dalej menedżerka. Kto jak kto, ale Nowakowska zna się na tym biznesie. Pod koniec lat 90. zakładała i kierowała pierwszym w Polsce call center. Zlokalizowanym, właśnie niedaleko Domaniewskiej.


6 mln dolarów za kwartał miasta
Jak to się stało, że akurat w tej części Warszawy powstało biurowe miasteczko? Cofnijmy się do początku lat 90., kiedy w tym miejscu znajdował się tzw. Służew Przemysłowy i część hal fabrycznych Unitry, fabryki półprzewodników Tewa, a także producenta kondensatorów Elwa. - Kiedy to padło, zostały krzaki i zmurszałe budynki, ale też dobra komunikacja I infrastruktura. Na użytek fabryk zarezerwowano potężne moce przyłączy energetycznych – opowiada Zbigniew Niemczycki, szef Polskiej Rady Biznesu i jeden z pierwszych inwestorów w tej dzielnicy Warszawy.

W 1992 roku wybudowany przez niego pięciopiętrowy Curtis Plaza został uznany najnowocześniejszym biurowcem Warszawy. Wrażenia, że to warszawski Manhattan dopełniali ochroniarze w uniformach i czapkach podobnych do tych noszonych przez amerykańskich gliniarzy. Niemczycki wspomina, że cały kwartał dzielnicy był do kupienia za równowartość 6 mln dolarów. Dziś to śmieszna kwota. Jeden biurowiec Mokotów Nova sprzedano w ubiegłym roku za 121 mln euro!

– To były pionierskie czasy. Nigdy nie czułem się tak jak wtedy, że inwestując tu pieniądze zmieniam kraj – wspomina Niemczycki. Dodaje, że miał ochotę wydać te 6 mln dolarów. – Spotkałem się z architektem, który narysował całą wizję. Galerię handlową, biurowce, wiadukty, pełne ludzi – wspomina biznesmen. Był wtedy współpracownikiem amerykańskiego milionera z Indianapolis, Buerta Servassa. Jednak okazja w Polsce zbiegła się kryzysem na rynku nieruchomości w USA. Amerykanie nie chcieli słyszeć o inwestycji w Polsce. Wizję zrealizowali więc GTC, budowniczy Galerii Mokotów i Ghelamco, belgijski inwestor budujący biurowce.

Fenomenem biurowej dzielnicy jest to, że pustoszeje już w piątek po 19. To tu znajduje się jedna z nielicznych kawiarni Starbucks zamknięta w niedzielę. To czas, kiedy w biurach zostają tylko portierzy, dozorcy, operatorzy szlabanów oraz ci, którzy przez korki nie zdążyli wyrobić się z robotą.