Władimir Putin chce za pomocą ustawy oduczyć Rosjan przeklinania.
Władimir Putin chce za pomocą ustawy oduczyć Rosjan przeklinania. Fot. Robert Kowalewski / Agencja Gazeta

Od 1 lipca w Rosji pod karą grzywny nie będzie można przeklinać w filmach, spektaklach teatralnych oraz w czasie koncertów. To kolejny, po zakazie używania wulgaryzmów w mediach wyraz troski rosyjskich władz o czystość rodzimego języka. Niczym Józef Stalin, nazywany przecież "Wielkim Językoznawcą".

REKLAMA
“Dwa słowa określające męskie i żeńskie organy płciowe, jedno opisujące akt kopulacji oraz ostatnie odnoszące się do rozwiązłej kobiety” – to wyrazy, które Instytut Języka Rosyjskiego oficjalnie uznał niedawno za przekleństwa. I choć najnowsze prawo nie definiuje dokładnie, jakie wyrazy będą uważane za wulgaryzmy, owa czwórka z pewnością ma duże szanse się do nich zaliczyć.
Podyktowana troską o poziom publicznej debaty i czystość ojczystego języka decyzja rosyjskich władz spotkała się na świecie z lekkim niedowierzaniem, a w samej Rosji z krytyką. Jak bowiem pisze “The Moscow Times”, zakaz używania przekleństw nie tylko w radiu czy telewizji, ale również w filmach, sztukach teatralnych czy na koncertach, może utrudnić artystom swobodę wypowiedzi.
– Jestem przeciwko przeklinaniu w codziennym życiu, ale uważam, że artyści mogą używać przekleństw w swoich dziełach, jeśli pełnią one funkcję artystyczną – mówiła gazecie dyrektorka jednego z moskiewskich niezależnych teatrów. Jednak od 1 lipca każdego z nich może to sporo kosztować.
Opracowane na podstawie wytycznych Instytutu Języka Rosyjskiego prawo stanowi, że za jego naruszenie zwykły obywatel zapłaci karę wynoszącą równowartość 170-200 zł, urzędnik od 340 do 420 zł, a osoba prawna (firma, organizacja) nawet do 4 tys. zł. O tym, czy dane słowo rzeczywiście jest wulgarne, decydować mają niezależni eksperci.
I choć urzędnicy cytowani przez “The Moscow Times” zapewniają, że prawo nie jest wymierzone w swobodę ekspresji, a ma jedynie ograniczyć niepotrzebne w niektórych dziełach wulgaryzmy, osoby takie jak filozof i lingwista Vadim Rudniew nie mają wątpliwości, jakie są prawdziwe intencje władz: – Chcą oznaczyć swoje terytorium: to można mówić, a tego nie – mówił dziennikowi Rudniew.

Źródło: "The Moscow Times"