Lekarz nie wywoła pacjenta po nazwisku, lecz po specjalnym numerze.
Lekarz nie wywoła pacjenta po nazwisku, lecz po specjalnym numerze. Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta

Przychodząc do lekarza pacjent nie zostanie wywołany do gabinetu z nazwiska lecz poprzez numer. Podobnie jest w szpitalach, gdzie zamiast danych osobowych na karcie pacjenta GIODO postuluje stosowanie kodów kreskowych. Czy upodmiotowienie człowieka jest warte rygorystycznego zastrzegania danych osobistych?

REKLAMA
Jedne szpitale używają jedynie imię pacjenta i pierwszej litery nazwiska, a inne korzystają ze specjalnych kodów, które pacjent nosi na opasce.
– Skrywanie nazwiska za inicjałem kojarzy się z przestępcami. Wszyscy, z którymi leżałem na sali, woleli, żeby używać nazwiska – mówi "Wyborczej" prof. Wiesław Jędrzejczak, krajowy konsultant hematologii, który sam będąc w szpitalu został oznaczony jako Wiesław J.
"GW" podaje przykład szpitali, gdzie dane osobowe pacjentów na ich karcie są zakrywane specjalnymi ramkami lub w przypadku oddziału noworodków, gdzie dzieci leżą jeden obok drugiego – czystą kartką. – Niestety, wścibski rodzic też może odsłonić kartkę, więc na dobrą sprawę jednak przepisów nie przestrzegamy – mówi anestezjolog dziecięcy w jednym ze szpitali na Śląsku.
Rygorystycznego przestrzegania wytycznych GIODO broni Marek Balicki. – To ważne, gdy chodzi np. o poradnie psychiatryczne – wyjaśnia były minister zdrowia i psychiatra.
Z kolei generalny inspektor ochrony danych osobowych przekonuje, że to sami pacjenci zgłaszali taką potrzebę. – Mieli poczucie naruszenia ich prywatności i ochrony danych osobowych – uważa szef GIODO. Dlatego też niektóre szpitale stosują kody kreskowe czy numery i wygląda na to, że praktyka ta stanie się coraz bardziej powszechna, bo inaczej trudno jest chronić dane pacjentów.

Źródło: "Gazeta Wyborcza"