
Dobre 20 lat temu prowadził telewizyjne programy dla dzieci. Bohater mojego dzieciństwa. Co robi dziś? Zaskakuje. Bo wciąż jest pełen dobrej energii. Odniosłem wrażenie, że dorosły świat mu nie straszny. Dla wszystkich, z okazji Dnia Dziecka - wywiad z Panem Japą.
REKLAMA
Co dziś robi Pan Japa?
Pan Japa: Zaskoczę Pana. Spełnię marzenie wszystkich tych, którzy wychowali się na moich programach. Wchodzę do internetu!
Youtube?
Tak, ruszy w przeciągu miesiąca, może dwóch. Będzie to japowski kanał. Pomysł jest zabawny i jest w trakcie realizacji. Nie wiem sam do końca, jak to wszystko wyjdzie, ale mam nadzieję, że będzie przede wszystkim śmiesznie.
Jak nie kręci Pan filmów, nie robi show, to...
Mieszkam w domu na wsi. Mam tu spokój, biegają zające, przychodzą pod mój dom sarny. Jestem zadowolony.
A rodzina?
Rodzina to świętość, jest tylko dla mnie.
Gdzie ma Pan ten dom?
40 kilometrów od Warszawy. Okolice Mszczonowa. Więcej nie zdradzę.
Bo fan potrafi być namolny?
Pyta mnie Pan o niemiłe sytuacje z fanami? Nigdy takich nie miałem. Zawsze traktowano mnie, jak kumpla czy przyjaciela rodziny. Faktycznie, czasem trudno było zjeść w spokoju obiad, albo się napić. Chociaż - mnie do tego picia często zapraszano. Ale nigdy nie miałem sytuacji naprawdę niemiłej. A poza tym, Panie Tomku - wystraszą mi jelenie.
Naprawdę?
Nigdy. Naprawdę, nigdy wokół mnie nie było chamstwa czy łobuzerstwa. Czasem mi się zdarzy, że jakiś podpity koleś jest namolny i chce zdjęcie z Panem Japą, ale trzeba z nimi umiejętnie porozmawiać, bo jak wiemy - od miłości do agresji - bardzo blisko.
A na mieście bym Pana poznał?
Myślę, że tak. I powiem, że to bardzo miłe, gdy Pana pokolenie, czyli ludzie około trzydziestki, poznają mnie na ulicy. Czasem jestem tym nawet zaskoczony.
I co Panu to pokolenie dziś mówi?
Że mieli ogromne szczęście, bo bohaterowie ich dzieciństwa, to nie fikcja czy wirtualność, tylko żywi ludzie.
Pan jest cały dla ludzi?
Bez przesady, muszą być granice. Ja się spotykam z ludźmi podczas występów, ktoś zaczepi mnie na ulicy, czy nawet zdarza się, że za granicą ktoś mnie pozna i wymienimy kilka zdań. Ale, jak już wspomniałem, dom i rodzina jest tylko dla mnie. To jest ta granica.
Dzwonią do Pana z propozycją powrotu na wizję?
Tak, nawet bardzo często. Ale nie wiem, czy bym chciał robić programy dla dzieci. Dla mnie, to już inna epoka, ja na to mówię - inna temperatura. Stąd pomysł z internetem.
Wie Pan, dlaczego pytam? Bo niektórzy Pana koledzy bardzo zżyli się z postaciami, jakie wykreowali. Po latach okazało się, że to ich największe przekleństwo.
A no właśnie, to jest bardzo złe i niebezpieczne. Też zauważyłem, że niektórzy moi koledzy tak mają. Każdy buduje rzeczywistość wokół siebie. A świat zapieprza dalej, cały czas jest piękny, zmienia się i jest ciekawy. Wciąż jest coś do zrobienia, do napisania. Jak to mówił mój przyjaciel Jonasz Kofta - nie ma chujowej publiczności, są tylko chujowi artyści.
Wie Pan, jakie wrażenie towarzyszy mi od początku tej rozmowy? Że wciąż jest Pan pozytywnie nakręconym gościem. Pan jest naprawdę Panem Japą!
Ja lubię ludzi. Jestem dla nich życzliwy i mam wrażenie, że to do mnie wraca. Jeżeli wysyłasz dobrą energię, to ludzie robią to samo. Stokrotnie oddadzą dobro. Poza tym, ja mam taki sposób bycia, czyli lubię jak się dużo rzeczy wokół mnie dzieje.
To po co ten Mszczonów?
Faktycznie, lubię uciekać od jakiegoś czasu w samotnię. Gdzieś, gdzie siądę w spokoju, ze swoim laptopem. Piszę wtedy scenariusze.
Scenariusze?
Mam w produkcji dwa filmy. Jeden może zaskoczyć, bo jest poważnym, kinowym projektem. Oba powstają w jednej z wytwórni filmowych, na Chełmskiej w Warszawie.
W tych czasach? Trudno o budżet na film.
Faktycznie, jest trudno, ale okazuje się, że można zebrać pieniądze. Właśnie dopinamy wszystko na ostatni guzik.
A ten drugi film to?
Komedia, też kinowa. Tytuł: Będzie Spoko.
Na koniec, jak pan został Japą?
Przez przypadek. Bożena Walter ściągnęła mnie do TVP. Panie Tomku, wie Pan co? Nie żałuję, bo to była bardzo fajna zabawa.
