
IPN rozpoczął prace poszukiwawczo-archeologiczne masowego grobu w Warszawie. Przy cmentarzu na ulicy Wałbrzyskiej prawdopodobnie pochowano potajemnie ponad tysiąc osób zamordowanych lub zmarłych w więzieniach Urzędu Bezpieczeństwa. Kiedy już grób zostanie odnaleziony, trzeba będzie dotrzeć do rodzin tych, którzy mogli tam spoczywać. Wszystko po to, by móc zidentyfikować ofiary. Oczywiście krewni nie rozpoznają ofiary, ale naukowcy za pomocą kodu DNA już tak. I dlatego rozmawiamy z dr Andrzejem Ossowskim, twórcą Polskiej Bazy Genetycznej Ofiar Totalitaryzmu.
REKLAMA
Od zakończenia wojny do 1956 roku z rąk lub w wyniku działań komunistycznego aparatu bezpieczeństwa zginęły tysiące działaczy podziemia niepodległościowego. Ginęli za to, że nie godzili się na rządy z Moskwy. Wytropieni trafiali do więzienia, gdzie byli oskarżani przez prokuratorów i skazywani na śmierć za sprzeciwienie się sowieckiemu reżimowi.
Dziś trwają poszukiwania tych, którzy zginęli za wolną Polskę. Wśród ofiar, które jeszcze nie zostały zidentyfikowane znajdziemy rotmistrza Witolda Pileckiego. Człowieka, który dwukrotnie wszedł i wyszedł z obozu w Auschwitz po to, by przygotować pierwsze raporty o Holokauście. Wiele ofiar zostało skazanych na śmierć na podstawie fałszywych dowodów bez prawa do obrony. Dziś wszyscy spoczywają w zbiorowych mogiłach i nadszedł czas, by przywrócić ich szczątkom "twarze".
Dr Andrzej Ossowski z Polskiej Bazy Genetycznej Ofiar Totalitaryzmu, prowadzi badania DNA, które mają nam pomóc w identyfikacji tych szczątków. Nam opowiada o szczegółach takich badań.
Jak wyglądają takie badania?
Dr Andrzej Ossowski: Jest do dość skomplikowany proces. Nasza praca przy identyfikacji zaczyna się wraz z chwilą znalezienia miejsca pochówku i rozpoczęcia prac. Naszym zadaniem jest dopilnowanie, by szczątki były zabezpieczone odpowiednio, aby nie doprowadzić do dalszego niszczenia materiału genetycznego, oraz aby zabezpieczyć je przed kontaminacją (zanieczyszczeniem) obcym DNA. Po odsłonięciu pochówku niezwłocznie należy wydobyć szkielety oraz pobrać materiał do badań DNA.
Byłem pewien, że tego typu rzeczy są przeprowadzane w laboratorium.
W chwili odsłonięcia szczątków materiał kostny dosyć szybko wysycha co niszczy DNA. Wystarczy działanie powietrza, dlatego trzeba pobrać materiał genetyczny zanim szczątki wyschną i DNA nie będzie nadawało się do badania. Wraz ze świeżym powietrzem zaczynają rozwijać się mikroorganizmy, które także niszczą DNA. Równolegle przeprowadza się badania antropologiczne.
Moje pytanie zabrzmi banalnie. Jak trudnym zadaniem jest badanie grobów masowych?
Zacznijmy od tego, że jest to zdarzenie otwarte. Mamy nie do końca ustaloną liczbę ofiar i nie do końca wiadomo kto został tam pochowany. Dlatego są to trudne analizy. Kiedy znamy już prawdopodobną liczbę ofiar zaczynamy zbierać materiał porównawczy od krewnych czy ich rzeczy osobiste. Zaczynamy tworzenie takiej bazy porównawczej DNA. Natomiast na materiale ekshumacyjnym tworzymy bazę dowodową. Na podstawie porównań typujemy te próbki, które zostają poddane kolejnym badaniom.
Te badania się prowadzi w laboratorium czy może na komputerach?
Prowadzona jest analiza komputerowa. Mamy bardzo dużo programów czy systemów do badań. Do tego w ostatnich latach powstały dużo czulsze zestawy markerów, dzięki czemu można badać materiał DNA z próbek, z których jeszcze parę lat temu było to niemożliwe. Tak posunęła się do przodu technologia, że nawet w trudnym materiału genetycznym można ustalić profil DNA. Tak więc po wprowadzeniu próbek do systemu szczątki są przechowywane w prosektorium. Te, które ekshumowano na „Łączce” powązkowskiej są w prosektorium na cmentarzu północnym w Warszawie.
Prowadzona jest analiza komputerowa. Mamy bardzo dużo programów czy systemów do badań. Do tego w ostatnich latach powstały dużo czulsze zestawy markerów, dzięki czemu można badać materiał DNA z próbek, z których jeszcze parę lat temu było to niemożliwe. Tak posunęła się do przodu technologia, że nawet w trudnym materiału genetycznym można ustalić profil DNA. Tak więc po wprowadzeniu próbek do systemu szczątki są przechowywane w prosektorium. Te, które ekshumowano na „Łączce” powązkowskiej są w prosektorium na cmentarzu północnym w Warszawie.
Jak długo trwają prace nad identyfikacją takich szczątków?
Ogólnie rzecz biorąc pracę nad identyfikacją szczątków zeszkieletowanych trwają od dwóch miesięcy do nawet roku lub powyżej. Jeśli chodzi o materiał powązkowski to jest on szybko badany i to mimo tego, że jest dużo ofiar. To wynika z tego, że jest to specjalny projekt, w który zaangażowanych jest sporo osób. Dlatego udało nam się w ciągu półtora roku ustalić tożsamość 28 z 194 ofiar. Do tego ustaliliśmy profile genetyczne ponad 160 ofiar. Problem mamy natomiast z materiałem porównawczym.
Ogólnie rzecz biorąc pracę nad identyfikacją szczątków zeszkieletowanych trwają od dwóch miesięcy do nawet roku lub powyżej. Jeśli chodzi o materiał powązkowski to jest on szybko badany i to mimo tego, że jest dużo ofiar. To wynika z tego, że jest to specjalny projekt, w który zaangażowanych jest sporo osób. Dlatego udało nam się w ciągu półtora roku ustalić tożsamość 28 z 194 ofiar. Do tego ustaliliśmy profile genetyczne ponad 160 ofiar. Problem mamy natomiast z materiałem porównawczym.
Dlaczego?
Nie mamy dojścia do wszystkich. Dotychczas zgromadziliśmy ponad 240 próbek dla 140 ofiar. Niestety nie wszystkie pochodzą od najbliższych krewnych. Nie mieliśmy próbek DNA żadnych rodziców poza ojcem i matką Hieronima Dekutowskiego „Zapory”. Udało nam się uzyskać zgodę na ekshumację ich ciał, by pobrać materiał DNA.
Jak pan porówna stan szczątków rodziców „Zapory” do ich syna?
Szczątki rodziców były fatalnie zachowane. Bardzo źle zachował się ich materiał genetyczny. To jednak wynikało z charakteru pochówku. Szczątki pochowane w ziemi, piasku czy żwirze lepiej się zachowują niż w trumnie. To dlatego, że w trumnie ciało jest bardziej wyeksponowane na wilgoć, niż w przypadku zakopania bezpośrednio w ziemi.
A w jaki sposób docieracie do pozostałych krewnych?
W różny sposób. Część z nich odnajduje IPN, a następnie my wysyłamy do nich naszych pracowników. W Białymstoku koledzy i prokuratorzy sami poszukują, jadą do rodzin ofiar i pobierają od nich materiał. A żeby dotrzeć do krewnych pozostałych ofiar musimy stosować niekonwencjonalne metody. Tak naprawdę naszym targetem są osoby starsze, które nie korzystają z internetu. Dlatego współpracujemy z wolontariuszami, wspomagają nas fundacje i stowarzyszenia, które roznoszą ulotki i propagują ten projekt wśród osób starszych.
W różny sposób. Część z nich odnajduje IPN, a następnie my wysyłamy do nich naszych pracowników. W Białymstoku koledzy i prokuratorzy sami poszukują, jadą do rodzin ofiar i pobierają od nich materiał. A żeby dotrzeć do krewnych pozostałych ofiar musimy stosować niekonwencjonalne metody. Tak naprawdę naszym targetem są osoby starsze, które nie korzystają z internetu. Dlatego współpracujemy z wolontariuszami, wspomagają nas fundacje i stowarzyszenia, które roznoszą ulotki i propagują ten projekt wśród osób starszych.
Mamy wsparcie Kościoła, który jest bardzo zaangażowany w nasz projekt. Oprócz tego staramy się dotrzeć do krewnych poprzez internet. Zdarza się, że trafimy do wnuków i prawnuków. Mieliśmy sytuacje, że dzwonił np. 16 latek z informacją, że z rozmowy z dziadkami wynikało, że babcia straciła ojca w danym miejscu.
Rozumiem, że badacie szczątki jedynie pod kątem genetycznym?
Wykonywane są także badania antropologiczne i medyczno-sądowe, natomiast podstawą do identyfikacji są jedynie badania genetyczne. Mamy dużą liczbę ofiar zarówno z „Łączki”, jak i z Białegostoku. W przypadku ofiar, które spoczywają w masowych grobach ciężko jest prowadzić identyfikację ofiar jedynie na podstawie rzeczy osobistych. Stworzyliśmy specjalne oprogramowanie dla Polskiej Bazy Genetycznej Ofiar Totalitaryzmu, które służy do zapisania gromadzenia danych. Dzięki temu łatwiej jest porównać dane.
Czy eksperci zagraniczni pomagają przy ustaleniu tożsamości ofiar?
Nie. Powiedziałbym, że jesteśmy w czołówce. To wynika z tego w jakim kraju mieszkamy. Jeszcze bardziej wyspecjalizowani od nas są koledzy z krajów byłej Jugosławii. To dlatego, że tam doszło do dużej liczby masowych pochówków. Niestety podobnie było u nas.
Nie. Powiedziałbym, że jesteśmy w czołówce. To wynika z tego w jakim kraju mieszkamy. Jeszcze bardziej wyspecjalizowani od nas są koledzy z krajów byłej Jugosławii. To dlatego, że tam doszło do dużej liczby masowych pochówków. Niestety podobnie było u nas.
Czyli raczej wy doradzacie innym?
Bierzemy udział przy planowaniu takich prac poszukiwawczych za granicą. Współpracujemy z kolegami z różnych krajów, jak chociażby z Norwegii. Natomiast na co dzień mamy ścisłą współpracę z Niemcami czy Rosjanami. Wspomagamy ich w pracach, bo ten aspekt genetyczny w identyfikowaniu ofiar jest niezwykle ważny.
Bierzemy udział przy planowaniu takich prac poszukiwawczych za granicą. Współpracujemy z kolegami z różnych krajów, jak chociażby z Norwegii. Natomiast na co dzień mamy ścisłą współpracę z Niemcami czy Rosjanami. Wspomagamy ich w pracach, bo ten aspekt genetyczny w identyfikowaniu ofiar jest niezwykle ważny.
Wasza praca przyda się w czymś poza identyfikacją ofiar masowych morderstw?
Tak. Ciągle odkrywamy nowe metody ustalania tożsamości ofiar na podstawie DNA. Tworzymy nowe oprogramowania czy narzędzia. One przydają się kolegom przy katastrofach naturalnych. Wiadomo, że prędzej czy później dochodzi do nich, więc nasze odkrycia pomagają szybciej ustalić tożsamość ofiary.
Tak. Ciągle odkrywamy nowe metody ustalania tożsamości ofiar na podstawie DNA. Tworzymy nowe oprogramowania czy narzędzia. One przydają się kolegom przy katastrofach naturalnych. Wiadomo, że prędzej czy później dochodzi do nich, więc nasze odkrycia pomagają szybciej ustalić tożsamość ofiary.
Na koniec jeszcze powrócę do ustalenia ofiar z tzw. „Łączki”. Wszędzie przewija się nazwisko rotmistrza Witolda Pileckiego. Czy priorytetowo poszukujecie jego szczątków?
Nie możemy kierować się emocjami. Genetyka jest bardzo twardą, ścisłą nauką. Nie możemy być podatni na sugestie różnych osób. Dodam, że nie tylko rotmistrz został tam pochowany. Na „Łączce” pochowano wiele osób i ich rodziny bardzo chcą odnaleźć swojego krewnego i to jak najszybciej. Oczywiście będą pojawiały się sugestie, że te lub inne szczątki należą do ich krewnych, ale my nie możemy tak działać. Musimy trzymać się naszych badań laboratoryjnych. Dla nas każda ofiara jest ważna i nie ma znaczenia jak się nazywała.
Nie możemy kierować się emocjami. Genetyka jest bardzo twardą, ścisłą nauką. Nie możemy być podatni na sugestie różnych osób. Dodam, że nie tylko rotmistrz został tam pochowany. Na „Łączce” pochowano wiele osób i ich rodziny bardzo chcą odnaleźć swojego krewnego i to jak najszybciej. Oczywiście będą pojawiały się sugestie, że te lub inne szczątki należą do ich krewnych, ale my nie możemy tak działać. Musimy trzymać się naszych badań laboratoryjnych. Dla nas każda ofiara jest ważna i nie ma znaczenia jak się nazywała.
Jednak wspomniał pan, że macie próbki porównawcze dla 140 z 194 ofiar z „Łączki”.
Tak, niestety wciąż nie mamy próbek 54 ofiar. Dlatego mam nadzieję, że przy pomocy mediów uda nam się skontaktować z krewnymi tych ofiar. Listy osób prawdopodobnie tam pochowanych są dostępne w internecie, więc łatwo można sprawdzić, czy sprawa dotyczy naszego przodka czy nie. Można ją znaleźć między innymi na naszej stronie
www.pbgot.pl.
www.pbgot.pl.
