Minister Radosław Sikorski jest krytykowany za wydatki MSZ na cele gastronomiczne
Minister Radosław Sikorski jest krytykowany za wydatki MSZ na cele gastronomiczne Fot. Sławomir Kamiński / AG

„W MSZ wydajemy 12 mln zł rocznie na rozmowy przy posiłkach o polityce zagranicznej” – poinformował minister Radosław Sikorski. Wielu komentatorów uznało, że to skandalicznie dużo. Zapomnieli tylko, że ta kwota przypada na prawie 160 placówek dyplomatycznych na całym świecie. Np. ambasada w Albanii tygodniowo wydaje niewiele ponad tysiąc złotych. – Standard dyplomacji wymaga, by nie dziadować. Nie dopatrywałbym się tutaj rozrzutności – mówi Jan Wojciech Piekarski, dyplomata i były ambasador.

REKLAMA
Sikorski mówił o wydatkach ministerstwa na cele gastronomiczne broniąc się przed zarzutami w sprawie drogiego obiadu z byłym ministrem Jackiem Rostowskim (1300 zł). Akurat w tym konkretnym przypadku trudno go bronić, bo niezbyt wiarygodnie brzmi wersja, że posiłek był służbowy, a tylko wino „prywatne”, i dlatego zapłacono z ministerialnej kasy.
Co innego te 12 mln, które, jak poinformowało nas ministerstwo, zaplanowano na "cele gastronomiczne służące reprezentacji, organizacji świąt państwowych, spotkań oficjalnych, przyjęć, cocktajli itp" w 2014 roku. "Standard dyplomacji jest dosyć wysoki. Za granicą czasami płacimy znacznie więcej za tego typu posiłki" – przekonywał na antenie TVP Info szef polskiej dyplomacji.
Reakcja na te słowa była jednoznaczna. Na Twitterze komentowano, że "tylko złodziej się tłumaczy", że "dyplomaci przeżerają miliony", że na wyżerkę idzie ponad 300 tys. zł dziennie. Wojciech Szewko, były doradca ekonomiczny Sojuszu Lewicy Demokratycznej, wyliczył nawet, że te 12 mln to tyle, ile 15 tys. minimalnych emerytur. Ktoś inny napisał, że za taką kwotę 4,9 tys. kobiet po mastektomii mogłoby skorzystać z rehabilitacji pooperacyjnej. Słowem – skandal!
Dyplomacja przy jedzeniu
Ale czy na pewno? Poprosiliśmy MSZ o więcej szczegółów. Z odpowiedzi wynika, że 11 mln to suma wydatków 160 placówek na świecie, a 1 mln centrali ministerstwa.
Marcin Wojciechowski

W zależności od wagi placówki budżet recepcyjny kształtowany jest na różnym poziomie. W przypadku np. ambasady w Berlinie jest to ok. 455 tys. zł, w Waszyngtonie - ok. 505 tys., Brukseli – 213 tys. Placówka w Tiranie dysponuje natomiast sumą ok. 63 tys..

Zawsze można powiedzieć, że to przejedzone i przepite pieniądze. Ale prawda jest taka, że te koszty są niezbędne, by utrzymać standard dyplomacji. A sami dyplomaci potwierdzają, że bez wydatków na cele gastronomiczne trudno skutecznie pracować.
– Na całym świecie praktykowany jest zwyczaj prowadzenia rozmów nie w gabinetach, a we własnych rezydencjach bądź na zewnątrz. To jest norma, że chcąc spotkać się z politykiem, zaprasza się go np. na lunch. Jest taka zasada: musisz zapraszać, bo jeśli zapraszał nie będziesz, sam nie będziesz zapraszany – komentuje w rozmowie z naTemat Jan Wojciech Piekarski, dziś ekspert Europejskiej Akademii Dyplomacji, a w przeszłości ambasador RP m.in. w Izraelu (2003-2006) oraz Belgii i Luksemburgu (1998-2002).
logo
Jan Wojciech Piekarski, były ambasador Polski m.in. w Izraelu
Jak twierdzi, ambasador, który chce utrzymywać szerokie kontakty, po prostu musi zapraszać do siebie członków korpusu dyplomatycznego, intelektualistów, ludzi ze świata kultury i biznesu czy dziennikarzy.
– Żeby zaprosić i podjąć gości trzeba mieć odpowiednie środki. Głównie są one wydawane na catering. Więcej wydaje się np. przy okazji święta narodowego. Generalna praktyka jest taka, że organizuje się wtedy eleganckie przyjęcie w eleganckim miejscu. I ambasador nie może podać wina "sikacza" za 20-30 złotych. Kiedy podejmuje gości, to powinna być butelka przynajmniej za 20 euro – dodaje.
Im biedniej, tym wystawniej
Obcięcie budżetu reprezentacyjnego MSZ na pewno nie spowodowałoby, że emeryci dostawaliby więcej pieniędzy, a z rehabilitacji skorzystałoby więcej kobiet po mastektomii. Efektem, jak mówi Piekarski, byłoby "dziadowanie".
– W krajach azjatyckich czy afrykańskich jest biednie, ale im biedniejsze państwo, tym bardziej wystawne spotkania w placówkach dyplomatycznych. W dużych polskich ambasadach przyjęcia są z reguły organizowane własnymi siłami. Takie placówki mają własnego kucharza i często mogą konkurować z lepszymi restauracjami w stolicach – zaznacza dyplomata.
Dziwi się, że akurat w tej sprawie minister Sikorski jest atakowany. – Skończył się czas, kiedy na przyjęciach podawano kanapeczki z szynką, żółtym serem i pomidorem. Rozrzucało się je na tacy, by było wrażenie, że jest ich więcej. Teraz dyplomaci nie mogą sobie na to pozwolić. Tutaj nie powinniśmy oszczędzać – podkreśla.
Współpraca: Mariusz Gierszewski