
„W MSZ wydajemy 12 mln zł rocznie na rozmowy przy posiłkach o polityce zagranicznej” – poinformował minister Radosław Sikorski. Wielu komentatorów uznało, że to skandalicznie dużo. Zapomnieli tylko, że ta kwota przypada na prawie 160 placówek dyplomatycznych na całym świecie. Np. ambasada w Albanii tygodniowo wydaje niewiele ponad tysiąc złotych. – Standard dyplomacji wymaga, by nie dziadować. Nie dopatrywałbym się tutaj rozrzutności – mówi Jan Wojciech Piekarski, dyplomata i były ambasador.
Ale czy na pewno? Poprosiliśmy MSZ o więcej szczegółów. Z odpowiedzi wynika, że 11 mln to suma wydatków 160 placówek na świecie, a 1 mln centrali ministerstwa.
W zależności od wagi placówki budżet recepcyjny kształtowany jest na różnym poziomie. W przypadku np. ambasady w Berlinie jest to ok. 455 tys. zł, w Waszyngtonie - ok. 505 tys., Brukseli – 213 tys. Placówka w Tiranie dysponuje natomiast sumą ok. 63 tys..
Obcięcie budżetu reprezentacyjnego MSZ na pewno nie spowodowałoby, że emeryci dostawaliby więcej pieniędzy, a z rehabilitacji skorzystałoby więcej kobiet po mastektomii. Efektem, jak mówi Piekarski, byłoby "dziadowanie".
