Polski hydraulik, czyli plakat ze słynnej kampanii reklamującej polskich fachowców za granicą.
Polski hydraulik, czyli plakat ze słynnej kampanii reklamującej polskich fachowców za granicą. Fot. materiały prasowe POT

Jeśli zepsuła ci się pralka, w domu wysiadły korki albo klucz w zamku się złamał i nie możesz się dostać do mieszkania – nie licz na szybką pomoc. O ile ją w ogóle znajdziesz. Są szczęściarze, którzy każdą usterkę potrafią naprawić sami. Reszta musi szukać fachowca od napraw. A to, jak się okazuje, nie jest prosta sprawa. Bo "fachowcom" do zbyt tanich robót po prostu nie chce się przyjeżdżać.

REKLAMA
Pamiętacie program „Usterka” nadawany kilka lat temu? Fachowiec przyjeżdżał, rozkładał nieporadnie ręce albo co gorsza: tylko udawał, że coś naprawia. Potem stwierdzał, że wróci za kilka dni, że potrzebne są dodatkowe części i na odchodnym inkasował sporą sumę. Prawdziwych zawodowców - szybkich i sprawnych - znalazło się raptem kilku. To było jeszcze w czasach magnetowidów, ale wygląda, że zmieniło się niewiele.
Takich historii można jednak opowiadać na pęczki. Marii popsuła się pralka. W piątek po prostu się wyłączyła i odmówiła dalszej współpracy, a w środku została woda i niedokończone pranie. Co w takiej sytuacji robi kobieta? Dzwoni po męża, jeśli ten ma choć trochę technicznych umiejętności, ewentualnie po hydraulika. Marysia wybrała to drugie. Wystukała w wyszukiwarce „hydraulik Warszawa naprawa” i zaczęła dzwonić.
"Czego Pani w ogóle chce?"
– Myślałam że pójdzie szybko i sprawnie, a zadzwoniłam chyba do piętnastu, zanim ktoś zgodził się przyjechać. Jeden miał zepsuty samochód, drugi był na urlopie, trzeci odmówił, inny jeszcze mnie zbeształ, bo „czego ja w ogóle od niego chcę?”. W akcie desperacji zadzwoniłam już na numer, który znalazłam na słupie ogłoszeniowym koło domu. Odebrał hydraulik, ale od kilku lat na emeryturze – opowiada Maria. W końcu udało jej się znaleźć złotą rączkę. Przyjechał, naprawił, zainkasował 270 zł i pralka działa. Po tygodniu.
To wyjątkowy pech, pomyślałam. A potem przypomniałam sobie, że niedawno miałam niemal identyczną sytuację. Co wtedy? Trzeba znaleźć specjalistę od napraw.
Chcę sprawdzić: ile czasu zajmie znalezienie speca, który wybawi mnie z kryzysu? Lista rzeczy, które mogą się popsuć w mieszkaniu jest bardzo długa, ale stawiam na trzy pewniaki: zamek w drzwiach, zepsutą pralkę i elektrykę. Złotych rączek, różnej maści fachowców i specjalistów od napraw w internecie jest mnóstwo. Znajduję numery do hydraulików, ślusarzy, elektryków i dzwonię.
"Mąż dzisiaj nie pracuje"
Sytuacja pierwsza: „Dzień dobry. Mam wielki kłopot, próbuję otworzyć drzwi do mieszkania, ale klucz chyba się złamał i teraz nie mogę go wyciągnąć ani otworzyć drzwi. To jest czwarte piętro, więc oknem też nie wejdę, a muszę się pilnie dostać do środka. Jak szybko mógłby Pan dotrzeć?” Jutro rano – odpowiada pierwszy z brzegu ślusarz, którego numer znalazłam w Google. Na dziś nie ma niestety wolnych terminów. Cudownie - pomyślałam - bo gdybym naprawdę złamała klucz w drzwiach, czekałaby mnie noc na schodach albo u łaskawej koleżanki.
Próbuję znowu. Po serii standardowych pytań „co nie tak?” i „jakiej marki są te drzwi?” drugi ślusarz odpowiada, że on nie bardzo umie naprawiać zamki i nie chce popsuć drzwi, więc „lepiej, żebym poszukała kogoś innego”. Kolejnych dwóch w ogóle nie odbiera, co kosztuje mnie dłuższą chwilę wiszenia na telefonie. Przy piątym telefonie odbiera kobieta. – Mąż ma wolne i dzisiaj nie pracuje – poinformowała. Dopiero szósty z rzędu może wybawić mnie z opresji. Przyjedzie za trzy godziny.
"Lata już nie te"
Sytuacja druga i inny kłopot: „Dzień dobry. Wysiadło mi światło w domu. To znaczy urządzenia podłączone do prądu działają, ale światło się nie włącza, próbuję i nic. Nie wiem dlaczego i co jest nie tak, czy mógłby Pan przyjechać i sprawdzić?” Gram naiwną kobietkę, bo w końcu to on ma się znać na rzeczy. Ale mój entuzjazm szybko opada.
– Proszę pani, ja nie mam pojęcia, poza tym lata już nie te, raczej już nic nie naprawiam. Proszę spróbować gdzie indziej – radzi mi pierwszy elektryk, do jakiego się dodzwoniłam. Ręce mi opadły, zwłaszcza, że czterech kolejnych w ogóle nie odbiera telefonu. Próbuję jeszcze kilka razy, wciąż nic z tego. Na pięciu elektryków telefon odebrał jeden.
"To na drugim końcu miasta"
Sytuacja trzecia: „Dzień dobry, mam problem z pralką. Skończyła prać, ale nie odwirowała wody. Została w środku, razem z moim praniem. Czy Pan mógłby przyjechać i to naprawić?” Pierwszy nie może, bo znowu: ma wolne. Drugi może, ale najwcześniej jutro koło 13.
- Jak to o trzynastej, kiedy ja jestem w pracy? Nie da rady po 17?
- No koło 13, potem mogę dopiero za dwa dni. A o 17 to ja kończę pracę, więc o tej godzinie nie mogę przyjechać.
Trudno, moja niby-pralka i mój kłopot. Dzwonię do trzeciego hydraulika, który stwierdza, że „niestety, to drugi koniec miasta” i on tak daleko nie jeździ. Czwarty ma włączoną pocztę głosową. Piąty zaczyna rozmowę od negocjacji cenowych i informuje, że zapłacę nie mniej niż 150 zł. Szósty z rzędu hydraulik, do którego dzwonię, może przyjechać i zabrać pralkę do naprawy jutro po południu.
Biorę!