
Dla zwolenników teorii o zamachu pod Smoleńskiem sprawa jest jasna – zastrzelenie samolotu na Ukrainie, czego najprawdopodobniej dokonali prorosyjscy separatyści, to dowód na to, że mieli rację. Ale nawet ci, którzy w zamach nie wierzą, też budują analogie między dwiema katastrofami. Pytają: skąd nagle oburzenie, że czarne skrzynki dostaną się w ręce Rosjan, a sprawę weźmie pod lupę MAK, skoro przy Smoleńsku takich zastrzeżeń nie było?
Rosja, Putin, rozbity samolot, wrak, czarne skrzynki. Katastrofa smoleńska i katastrofa samolotu malezynskich linii lotniczych to pozornie dwie różne sprawy, ale te słowa klucze wystarczyły, by je złożyć w jedną całość. Komentatorzy robią to na swoje sposoby, w zależności od tego co jest celem: potwierdzić, że cztery lata temu zabito Lecha Kaczyńskiego i innych pasażerów prezydenckiego tupolewa, czy tylko udowodnić, że rosyjske śledztwo po 10 kwietnia było jedną wielką farsą.
"Ostateczna kompromitacja" Środowiska "Gazety Polskiej" i tygodnika "wSieci" wątpliwości nie mają. Tym, którzy wątpliwi w zamach powinny otworzyć się oczy, a ci, którzy w sprawie Smoleńska bronili rządu, zostali jeszcze raz skompromitowani. Dobitnie ujął to Michał Karnowski. Jako że amerykański prezydent wezwał do szybkiego zabezpieczenia dowodów z miejsca tragedii na Ukrainie, a eksperci domagają się zaangażowania międzynarodowej komisji, uwidocznił się rzekomy kontrast z zachowaniem polskich decydentów po 10.04.2010.

"Polski premier na miejscu śmierci polskiego prezydenta przybijał radosne żółwiki z głównym podejrzanym, a pierwszym odruchem obecnego prezydenta było przejąć władzę i rozpruć właściwe sejfy" – stwierdza Karnowski.
Pisze też o "żałosnej grupce firmującej smoleńską manipulację" na czele z Maciejem Laskiem, szefem Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych. Powiedział on na antenie TVP Info, że rosyjski MAK ma prawo, by badać katastrofę na Ukrainie. Dla Karnowskiego nie ma znaczenia, że tak może wynikać z umowy z 1991 roku, która stanowi, że Międzypaństwowy Komitet Lotniczy bada wypadki lotnicze na obszarze krajów byłego Związku Radzieckiego.
Michał Karnowski
Tomasz Sakiewicz z "Gazety Polskiej" napisał z kolei, że Ukraińcy mają szczęście, bo "nikomu nie przyjdzie tam do głowy, by oddawać śledztwo Rosjanom". W podobnym tonie komentują na Twitterze inni prawicowi dziennikarze.
Zły i dobry MAK Tragedia na Ukrainie stała się również pretekstem do tego, by przypomnieć, jak wiele osób reagowało, kiedy Rosjanie zajęli się wyjaśnianiem katastrofy smoleńskiej. Wtedy często pojawiały się głosy, że współpraca między polskimi i rosyjskimi śledczymi układa się wzorowo, a dowody w rękach Rosjan są bezpieczne. Dziś panuje właściwie jednomyślność – trzeba zrobić wszystko, by MAK nie wziął śledztwa w swoje ręce, a czarne skrzynki zostały poddane ocenie bezstronnych ekspertów. Hipokryzja?

Chodzi też, jak napisał Łukasz Warzecha, o polityczną reakcję. Słychać wezwania do interwencji międzynarodowych organizacji i ostrzeżenia przed rosyjską propagandą, czego nie było przy Smoleńsku.
"Czekam na ten komunikat. Anodina: Samolot uderzył w pokojową rakietę i ją zniszczył. Winny pilot" – napisał Michał Majewski z "Wprost".
Cezary Krysztopa, znany na prawicy rysownik, wyliczył zaś podobieństwa i różnice między Malaysia Airlines 2014 a Smoleńsk 2010. "Różnica polega na tym, że ukraińskie władze chcą umiędzynarodowienia śledztwa, podczas gdy polskie w nagłym przypływie syndromu sztokholmskiego, postanowiły całkowicie zaufać w tym zakresie Rosji. Różnica polega na tym, że ukraińskie władze ani myślą udawać, że deszcz pada podczas gdy władze rosyjskie będą im pluły w twarz" – skomentował.
"Jeśli śledztwa nie będą prowadzili separatyści, ani władze ukraińskie, to będzie je prowadził MAK. Różnica polega na tym, że władze ukraińskie raczej nie będą legitymizowały jego makabrycznych acz bardzo odległych od matematyki i fizyki baśni, nie tylko się od nich odetną, ale będą też, jak sądzę, prowadziły alternatywne śledztwo zmierzające do weryfikacji w możliwie najszerszym zakresie MAKowskich bzdur" – dodał.
Ciszej nad katastrofą W zdecydowanej mniejszości są komentarze, że odwoływać się do Smoleńska po prostu w tym momencie nie wypada. "Podziwiam umiejętność przyrównania każdej katastrofy lotniczej świata do Smoleńska. A jeszcze bardziej - wyciągania z tego twardych wniosków" – ocenił Konrad Piasecki z RMF FM.

I pewnie będzie ich coraz mniej, bo jest raczej pewne, że wydarzenia na Ukrainę na dłużej wskrzeszą temat katastrofy sprzed czterech lat.
