
Warzecha, Terlikowski, Skwieciński i inni prawicowi publicyści wpadli w stan moralnego wzmożenia, kiedy IPN przekazał szczątki ofiar komunistów cywilnej prokuraturze. Dzięki temu - wymyślili - władza ukryje pamięć o Żołnierzach Wyklętych. A tak naprawdę chodzi o tylko o kolejne narzędzie walki z politycznymi przeciwnikami PiS-u.
Prawicowe media szeroko opisywały ważną dla nich sprawę, komplementując IPN za podjęcie się trudu ustalenia historycznej prawdy. Do czasu. Szybko na Twitterze i w prawicowych mediach zaczęły się pojawiać informacje, że policja przejmuje trumny z ciałami ofiar, a prokuratorzy przesłuchują dowodzącego badaniami prof. Krzysztofa Szwagrzyka, pracownika IPN z Wrocławia.

Wrażenie potęgowały też dramatyczne relacje niepokornych dziennikarzy, którzy pojechali na miejsce ekshumacji. Zamiast próbować ustalić, co tak naprawdę się dzieje, skupili się w relacjach wideo na podgrzewaniu emocji i opisywaniu podniesionym głosem tego, co widzą. Zabrakło im przy tym elementarnej wiedzy na temat prawa oraz sposobu prowadzenia ekshumacji.
Dopóki tożsamość ofiar jest nieznana śledztwo przechodzi z pionu śledczego IPN do cywilnej prokuratury. A ta ma nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek zabezpieczyć zwłoki. Jak tłumaczyła wiceprezes IPN Agnieszka Rudzińska, najczęściej po wstępnych oględzinach śledztwo wraca do Instytutu. Ale nikt tak dobrze, jak prawica nie znajduje kolejnych powodów do ataków.
Przedstawił też potencjalne odpowiedzi na to pytanie: mówił więc, że ktoś z IPN chce zaszkodzić prof. Szwagrzykowi, bo zazdrości mu sławy. Możliwe też, że może być to próba ukrycia ofiar komunistów, bo jej ujawnienie mogłoby uderzyć we współczesną elitę władzy i jej "PZPR-owskie i UB-eckie pochodzenie". W skrócie: typowe dla prawicy połączenie manipulacji i insynuacji.
Dlaczego aktualne kierownictwo IPN oraz niektórzy członkowie Rady IPN angażują się w działania, które szkodzą wizerunkowi Polski, ośmieszają ideę godnego upamiętnienia ofiar zbrodni komunistycznych, a co za tym idzie, podważają cały dotychczasowy dorobek Instytutu i sens jego istnienia? (…) Na przygotowanie pochówku sowieckiego namiestnika W. Jaruzelskiego na Powązkach wystarczyły 2 dni. Ile będą musiały czekać rodziny ofiar komunistów? Czytaj więcej
Nie brakuje ich także w sprawie drugiej prowadzonej w tym roku ekshumacji. Także w Warszawie, ale tym razem na Cmentarzu Powązkowskim. W kwaterze Ł, zwanej Łączką, już przeprowadzono badania, ale naukowcy nie mogli dostać zgody na ich trzeci etap. Szybko połączono obie sprawy (a niektórym zabierającym głos, jak prof. Piotrowi Glińskiemu, nawet zlały się one w jedno) i znaleziono winnych. A dokładnie winnego.
Wojewoda wskazał też, że badania można prowadzić na innej podstawie prawnej, niż ta dotychczas używana przez IPN. Ale w prawicowej publicystyce fakty są nieistotne. Piotr Skwieciński bez pardonu obsmarował urzędnika pisząc, że ten nie chce podpaść „wpływowym środowiskom byłego Ludowego Wojska Polskiego”. Milczenie władz IPN publicysta tłumaczy tym, że władza w ramach zemsty obetnie budżet tej instytucji.
Ale nawet jeśli fakty są jednoznaczne, ataki prawicy przynoszą skutek. "A na czyj wniosek działał towarzysz wojewoda?" – pytał Alexander na fanpage'u "Do Rzeczy". "Byli komunisci bronia swoich." – dodaje rezolutnie Radek, pomijając solidarnościową przeszłość i internowanie Kozłowskiego. "Jak już pisałem pan nikt, bo zero o nim za dużo powiedziane." – pisze Sławomir. To tylko przykłady licznych opinii tego typu, ale nie ma sensu katować nimi czytelników naTemat.
