Łukasz Warzecha, Tomasz Terlikowski i Piotr Skwieciński mnożą teorie spiskowe na temat ekshumacji ofiar komunistycznej bezpieki.
Łukasz Warzecha, Tomasz Terlikowski i Piotr Skwieciński mnożą teorie spiskowe na temat ekshumacji ofiar komunistycznej bezpieki. Fot. Wojciech Olkuśnik / Sławomir Kamiński / Waldemar Kompala /AG  

Warzecha, Terlikowski, Skwieciński i inni prawicowi publicyści wpadli w stan moralnego wzmożenia, kiedy IPN przekazał szczątki ofiar komunistów cywilnej prokuraturze. Dzięki temu - wymyślili - władza ukryje pamięć o Żołnierzach Wyklętych. A tak naprawdę chodzi o tylko o kolejne narzędzie walki z politycznymi przeciwnikami PiS-u.

REKLAMA
Ostatniego dnia czerwca specjalny zespół Instytutu Pamięci Narodowej zaczął badania na cmentarzu przy ul. Wałbrzyskiej. Szukano tam ciał opozycjonistów zamordowanych przez komunistyczne władze w latach 40. i 50. Poszukiwania skończyły się sukcesem – potwierdzono, że rzeczywiście znajduje się tam masowy grób, gdzie może spoczywać nawet tysiąc ciał.
Burza w mediach
Prawicowe media szeroko opisywały ważną dla nich sprawę, komplementując IPN za podjęcie się trudu ustalenia historycznej prawdy. Do czasu. Szybko na Twitterze i w prawicowych mediach zaczęły się pojawiać informacje, że policja przejmuje trumny z ciałami ofiar, a prokuratorzy przesłuchują dowodzącego badaniami prof. Krzysztofa Szwagrzyka, pracownika IPN z Wrocławia.
Fot. Screeny z Twittera
Przy braku oficjalnych informacji szybko zaczęły powstawać teorie spiskowe. Przekonywano, że policja działa na polecenie rządu, który chce ukryć niewygodną dla siebie prawdę. Tłumaczono, że Platforma Obywatelska nie dość, że wywodzi się z PZPR-u i komunistycznych służb, to w przyszłości będzie rządzić z postkomunistycznym SLD i Donald Tusk chce się przypodobać „towarzyszom”.
Ostre opinie
Wrażenie potęgowały też dramatyczne relacje niepokornych dziennikarzy, którzy pojechali na miejsce ekshumacji. Zamiast próbować ustalić, co tak naprawdę się dzieje, skupili się w relacjach wideo na podgrzewaniu emocji i opisywaniu podniesionym głosem tego, co widzą. Zabrakło im przy tym elementarnej wiedzy na temat prawa oraz sposobu prowadzenia ekshumacji.
– Pomysł, żeby wkraczać jak z morderstwem w miejsce, gdzie się wyszukuje zwłok polskich bohaterów jest kuriozalny – mówił Tomasz Terlikowski w Klubie Ronina. I to już cztery dni po całym wydarzeniu, kiedy już było wiadomo jak wyglądały fakty.
Okazało się, że to nie Tusk czy Komorowski nasłali policję, ale IPN, którego pracownikiem jest prof. Szwagrzyk przekazał śledztwo cywilnej prokuraturze. Zobowiązuje go do tego prawo, bo chociaż badania wyraźnie wskazują, że przy Wałbrzyskiej leżą ofiary komunistycznego terroru, to żadnej z nich nie udało się zidentyfikować. Do tego potrzebne są badania genetyczne, o których pisał Antoni Bohdanowicz, kiedy prof. Szwagrzyk rozpoczynał prace.
Fakty nieważne
Dopóki tożsamość ofiar jest nieznana śledztwo przechodzi z pionu śledczego IPN do cywilnej prokuratury. A ta ma nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek zabezpieczyć zwłoki. Jak tłumaczyła wiceprezes IPN Agnieszka Rudzińska, najczęściej po wstępnych oględzinach śledztwo wraca do Instytutu. Ale nikt tak dobrze, jak prawica nie znajduje kolejnych powodów do ataków.
– Być może to kości któregoś z naszych bohaterów, rotmistrza Pileckiego, kogokolwiek, a zostali ci ludzie wzięci bez asysty wojskowej, ciężarówką firmy pogrzebowej. Jak śmieci. To sowiecka metoda. Co ludzie, którzy podejmowali te decyzje mają w głowach? – pytał w Klubie Ronina Maciej Świrski z Reduty Dobrego Imienia.
Teorie spiskowe
Przedstawił też potencjalne odpowiedzi na to pytanie: mówił więc, że ktoś z IPN chce zaszkodzić prof. Szwagrzykowi, bo zazdrości mu sławy. Możliwe też, że może być to próba ukrycia ofiar komunistów, bo jej ujawnienie mogłoby uderzyć we współczesną elitę władzy i jej "PZPR-owskie i UB-eckie pochodzenie". W skrócie: typowe dla prawicy połączenie manipulacji i insynuacji.
Karol Wołek

Dlaczego aktualne kierownictwo IPN oraz niektórzy członkowie Rady IPN angażują się w działania, które szkodzą wizerunkowi Polski, ośmieszają ideę godnego upamiętnienia ofiar zbrodni komunistycznych, a co za tym idzie, podważają cały dotychczasowy dorobek Instytutu i sens jego istnienia? (…) Na przygotowanie pochówku sowieckiego namiestnika W. Jaruzelskiego na Powązkach wystarczyły 2 dni. Ile będą musiały czekać rodziny ofiar komunistów? Czytaj więcej

Bo nie można uciec od wrażenia, że prawica wykorzystuje całą sytuację do atakowania rządu. Oczywiście ma do tego prawo, ale minimum przyzwoitości wymaga chociaż elementarnego poszanowania faktów. Ale to już wymaga odrobiny wysiłku. I może wywrócić tak misternie budowane teorie spiskowe.
Jest winny!
Nie brakuje ich także w sprawie drugiej prowadzonej w tym roku ekshumacji. Także w Warszawie, ale tym razem na Cmentarzu Powązkowskim. W kwaterze Ł, zwanej Łączką, już przeprowadzono badania, ale naukowcy nie mogli dostać zgody na ich trzeci etap. Szybko połączono obie sprawy (a niektórym zabierającym głos, jak prof. Piotrowi Glińskiemu, nawet zlały się one w jedno) i znaleziono winnych. A dokładnie winnego.
Zgodę na badania archeologiczne wydaje wojewoda, w tym przypadku Jacek Kozłowski, polityk Platformy Obywatelskiej. Wojciech Wybranowski z „Do Rzeczy” ujawnił pismo, które wysłał on do prezesa IPN Łukasza Kamińskiego. Informuje w nim, że badania na Łączce nie mogą być dalej prowadzone, bo nad masowymi grobami rozwinął się w latach 70. i 80. normalny cmentarz. Zgodnie z prawem nie można przenieść tych zwłok bez zgody rodzin.
"Siły Zła"
Wojewoda wskazał też, że badania można prowadzić na innej podstawie prawnej, niż ta dotychczas używana przez IPN. Ale w prawicowej publicystyce fakty są nieistotne. Piotr Skwieciński bez pardonu obsmarował urzędnika pisząc, że ten nie chce podpaść „wpływowym środowiskom byłego Ludowego Wojska Polskiego”. Milczenie władz IPN publicysta tłumaczy tym, że władza w ramach zemsty obetnie budżet tej instytucji.
Skwieciński broni IPN-u pisząc o PO jako o „ciemnej stronie mocy” i „Siłach Zła”. Na paszkwil publicysty „wSieci” stanowczo zareagował Kozłowski. Tłumaczył, że miał ręce związane prawem, ale próbował pomóc prokuratorom IPN. Emocjonalnie pisał też o tym, że jego rodzina walczyła w AK i także jemu zależy na upamiętnieniu ofiar komunistycznego terroru.
Ziarno zostało zasiane
Ale nawet jeśli fakty są jednoznaczne, ataki prawicy przynoszą skutek. "A na czyj wniosek działał towarzysz wojewoda?" – pytał Alexander na fanpage'u "Do Rzeczy". "Byli komunisci bronia swoich." – dodaje rezolutnie Radek, pomijając solidarnościową przeszłość i internowanie Kozłowskiego. "Jak już pisałem pan nikt, bo zero o nim za dużo powiedziane." – pisze Sławomir. To tylko przykłady licznych opinii tego typu, ale nie ma sensu katować nimi czytelników naTemat.
Tym bardziej, że prawica i tak doskonale "bawi się" we własnym sosie. Jak przy każdym ataku na definiowaną przez siebie rację stanu.