Dlaczego co roku samobójstwo popełnia co najmniej kilkunastu policjantów?
Dlaczego co roku samobójstwo popełnia co najmniej kilkunastu policjantów? Fot. Agnieszka Wocal / Agencja Gazeta

Tylko w lipcu życie odebrało sobie kilku policjantów. Co roku w ten sposób ze służbą rozstaje się co najmniej kilkunastu funkcjonariuszy. - Bo najniebezpieczniejsze bywają własne myśli - mówią nam sami policjanci. Każdemu z nich zdarza się myśleć o samobójstwie. I nie pozostawiają wątpliwości, że zawsze ma to związek ze służbą. - Dla dowódców wciąż liczy się wykonany rozkaz, a nie to co w głowach podwładnych - dodaje psycholog.

REKLAMA
Gdy zaczęliśmy przygotowywać ten materiał, nie wiedzieliśmy jeszcze, że w poniedziałek tragiczna statystyka policyjnych samobójstw poszerzy się o śmierć Sławomira Opali. Pierwowzór postaci "Despera" z legendarnej serii "Pitbull" odebrał sobie życie po oskarżeniach o łamanie prawa, wyrzuceniu ze służby i ponad dwóch latach spędzonych za kratami. Przed nim - tylko w lipcu - samobójczą śmierć wybrało jednak jeszcze kilku policjantów z różnych regionów kraju.
Tragiczny lipiec
Na początku tego miesiąca funkcjonariusz z komendy w Będzinie zastrzelił się na leśnym parkingu w miejscowości Sarnów. Kilka dni później policjant z Kielc wycelował do siebie ze służbowej broni na komisariacie. Tuż po przyjściu do pracy. Trzy dni później ten tragiczny scenariusz powtórzył się na posterunku w Gardnie Wielkiej pod Słupskiem. A potem była kolejna samobójcza śmierć policjanta, który zastrzelił się w swoim mieszkaniu w Kartuzach.
Ta seria sprawia, że w internetowych komentarzach już zaczęły szerzyć się spiskowe teorie o "seryjnym samobójcy" grasującym wśród polskich policjantów. Tragiczny lipiec niestety świetnie wpisuje się w wieloletnie statystyki samej policji na temat mundurowych, którzy odebrali sobie życie. Wynika z nich, że w ostatnich latach co roku samobójstwo popełnia średnio 16 funkcjonariuszy. Najtragiczniejszy pod tym względem był rok 2009, gdy na swoje życie targnęło się aż 20 policjantów. To niewiarygodne, ale każdego roku większa liczba funkcjonariuszy popełnia samobójstwo niż ginie na służbie.
Najwięcej ofiar wśród prewencji?
- Bo najniebezpieczniejsze bywają własne myśli - mówi mi Krzysztof, 39-latek z wieloletnim doświadczeniem w pomorskiej policji. Nim trafił do kryminalnych, służył przez lata w prewencji. I dziś zwraca uwagę, że analiza statystyk dotyczących samobójstw wśród funkcjonariuszy pokazuje, że ostatnimi czasy to właśnie w oddziałach prewencji jest najwięcej samobójców. - A przecież teoretycznie ich robota jest znacznie mniej obciążająca niż prowadzenie często wieloletnich śledztw, które zabiera się co dnia z pracy do domu - zauważa.
Zdaniem policjanta, kolegów z prewencji w samobójczy nastrój wpędza bowiem nie to nad czym, a z kim pracują. A dokładnie pod czyją komendą. - Tam kończą ze sobą młodzi chłopacy, którzy są w służbie parę lat. Bo nie wytrzymują kuriozalnych wymagań lub wyrzutów, które fundują im dowódcy. Myślę, że u niektórych dochodzi też taka konstatacja, że to już tak będzie wyglądało do końca. Tymczasem wbrew pozorom, jak się już do "firmy" weszło, to trudno z niej wyjść, nagle się przebranżowić - tłumaczy Krzysztof.
Powodów jest wiele, ale mianownik jeden - służba
Te dwa przypadki samobójstw kolegów, które najlepiej pamięta, dotyczyły funkcjonariuszy z wydziału kryminalnego. - Pierwsza taka sytuacja wydarzyła się parę miesięcy po tym, gdy dołączyłem do nowego zespołu. I pamiętam, że mnie przeraziła, bo w kiblu powiesił się w zasadzie nasz szef. Oficjalna wersja była taka, że to przez rozwód. Ale potem okazało się, że żona od niego uciekła, bo do ich domu przyjeżdżały jakieś bandziory. Można powiedzieć, że praca aż za bardzo była obecna w domu - wspomina mój rozmówca.
Druga samobójcza śmierć kolegi również nie była bez związku ze służbą. - Zrobił to ze swojej służbowej broni, ale w domu. Powód był dla wszystkich jego znajomych jasny. Po dziesięciu latach w tej robocie miał ponad 100 tys. zł długów i czekała go z rodziną eksmisja. Teraz w "firmie" zarabia się trochę lepiej, więc może zaczną żyć na jakimś poziomie ci, którzy do służby weszli w ostatnich latach i ostrożnie pieniądzem gospodarują. Większość najstarszych kumpli ma raczej spore długi. Nawet jak są podwyżki i premie to i tak chodzą sfrustrowani - mówi doświadczony funkcjonariusz.
Czy sam miewał myśli samobójcze? - Bywało. Szczególnie, gdy kilka razy miałem spore problemy z udźwignięciem tego, jakie konsekwencje przyniosły prowadzone przeze mnie działania. Mam jednak wrażenie, że w tych momentach mocno pomogła mi po prostu wiara. W tej robocie się bardzo przydaje - odpowiada.
Bóg jest, psychologa nie ma...
Funkcjonariusze wolą liczyć na Boga, bo tego , że zastąpi go psycholog, podobno nie można oczekiwać zbyt często. - Teoria jest taka, że psycholog jest dostępny nie tylko dla ofiar, ale także dla samych policjantów. Rzeczywistość, z którą spotkałem się przez te cztery lata służby, jakie są za mną, jest tymczasem taka, że z psychologiem w pracy to widzieliśmy się ostatni raz na szkoleniu - zdradza kulisy opieki psychologicznej Marcin, młody funkcjonariusz z Trójmiasta.
28-latek po drugim roku w mundurze sam postanowił więc zasponsorować sobie serię psychoterapii. - Złapałem się na tym, że zaczynam się bać. Miałem takie uczucie nie tylko w pracy, ale przede wszystkim po powrocie do domu. Irracjonalnie bałem się w zasadzie wszystkiego. Tak samo mocno, że coś spieprzyliśmy w robocie i komuś w życiu namieszaliśmy, jak i że ktoś na ulicy się na mnie za coś zemści - wyznaje Marcin.
Jak tłumaczy mój rozmówca, w pracy tego typu rozterkami raczej nikt się nie dzieli. Choć czasem wyraźnie widać, że koledzy wpadają w gorszy nastrój. - Jeśli już takie rozmowy o tym, co jest w głowie, wypływają, to na imprezach po paru głębszych. Pewnego farta mają chyba ci, którym trafia się jakiś udział w trudnych akcjach, czy katastrofach. Wtedy można liczyć, że się dostanie zaproszenie do specjalisty choć na jedno spotkanie. Zawsze to jakaś szansa na oczyszczenie - stwierdza.
Kogo obchodzi, o czym myśli policjant?
W świetle tak kiepskiej opieki psychologicznej w połączeniu z równie kiepską kondycją psychiczną liczba samobójców nie dziwi psychologa społecznego dr. Leszka Mellibrudy. Jak zwraca uwagę specjalista, skuteczne targnięcie się na swoje życie funkcjonariuszom ułatwia po prostu to, że mają do dyspozycji broń. Czyli metodę uznawaną za skuteczną i bezbolesną. Statystyki i ostatnie tragedie potwierdzają, że to rzeczywiście "ulubiony" sposób na pożegnanie się ze światem.
W ocenie dr. Mellibrudy u policjantów symptomy charakterystycznego dla większości przyszłych samobójców wołania o pomoc są jednak tym lepiej zauważalne. Problem w tym, że w ich środowisku nie ma kto na nie zareagować. - Dowódcy wciąż posługują się bardzo schematycznym i zrutynizowanym sposobem postępowania wobec podwładnych. To jest nadal trochę taki dryl w stylu austro-węgierskim, w którym chodzi przede wszystkim o to, by wykonać rozkaz. To, co dzieje się w głowach tych, którzy go wykonują, ważnie już nie jest - mówi ekspert.
Samobójstwo, czyli zerwana maska
I dodaje, że im wyżej w tego typu służbach człowiek pnie się w hierarchii, tym trudniej wyjść mu potem z roli twardego dowódcy. A to konieczne, by mieć poczucie tego, w jakiej kondycji psychicznej są podwładni. - W policji jednak wszyscy zakładają nie tylko tylko mundury, ale i maski. I te maski potem bardzo trudno zdjąć. One już po kilku latach na służbie trwale się do człowieka przyklejają - tłumaczy psycholog.
Dodatkowym czynnikiem, który może popychać do samobójstwa szczególnie policjantów, jest fakt, iż w zasadzie nie są oni uczeni negocjacji i mediacji. Od tego mają specjalistów. Większość funkcjonariuszy uczy się tymczasem załatwiania spraw bardzo prosto, co często oznacza rozwiązanie siłowe. - W ten sam sposób podchodzą więc też do rozwiązywania swoich problemów - stwierdza dr Leszek Mellibruda.