Tomek Michniewicz
Tomek Michniewicz Fot. archiwum prywatne

Tomek Michniewicz wrócił właśnie z kolejnej wyprawy, tym razem z Karaibów. Znany podróżnik jest ciągle na piątym biegu: organizuje ekspedycje na drugi koniec świata, prowadzi dwie firmy, ma audycje w radiu i programy telewizyjne, pisze reportaże i książki podróżnicze. Jego ostatnia "Opowieść o trzech podróżach po inne życie" błyskawicznie trafiła na listę bestsellerów. Jeśli nie ma go w kraju, to znaczy że zaszył się w amazońskiej dżungli albo ratuje czarne nosorożce w Afryce. Nie, wcale nie przepada za kapeluszami w stylu Indiany Jonesa. Jego terminarz jest zapełniony na kolejne półtora roku i - jak sam przyznaje - jest miłośnikiem "stanu na granicy wyczerpania". Teraz odpowiada, jak go unikać.

REKLAMA
Reportaż sam się nie napisze, terminy gonią, wydawca pogania a ktoś ciągle dzwoni, mailuje, pomysłów w głowie brak... Zna to Pan?
Ależ oczywiście, to u mnie stały motyw. Kreatywna praca na deadline'ach jest wykańczająca, bo oznacza "mieć pomysły na życzenie". Czasem wiem, jak tekst ma wyglądać, co powinien zawierać, jaką scenę opisać w książce, siadam do biurka, i nic, pustka. Każda próba jakaś koślawa, nieudana. Cały czas tylko kasuję i zaczynam od zera.
logo
Tomek Michniewicz Fot. archiwum prywatne
I wtedy co?
Owszem, można się odciąć od wszystkiego i wszystkich, zamknąć w biurze czy gabinecie, nie wychodzić z niego, nie odbierać telefonów i próbować pisać na siłę. Jest takie angielskie sformułowanie: "writer's block", opisujące stan, w którym brakuje pomysłów, po prostu nie idzie i koniec. Moim zdaniem najważniejsze to dać sobie wystarczająco dużo przestrzeni na bodźce, inspirację z zewnątrz. Przewietrzyć się, pospacerować, poznać kogoś, zjeść coś nowego, porozmawiać z kimś obcym, posłuchać nietypowej historii, przeczytać coś o temacie, który mnie w ogóle wcześniej nie interesował, iść do kina, ulepić garnki, poznać przepisy kulinarne z Filipin, cokolwiek... To o wiele lepsza opcja, łatwiej tak odblokować kreatywność, czasem wystarczy sekunda, jeden przeskok na synapsach.
Ale czasem nie ma na to czasu. Artykuł jest „na wczoraj” albo ciąży projekt, który już dawno powinien być dopięty. A „twórczego polotu” brak i człowiek czuje, że intelektualnie nie podoła...
Po pierwsze: grunt to dobra organizacja. Przy pracy, którą wykonuję, nie mogę sobie pozwolić na spóźnienia, wszystko w moim kalendarzu jest dokładnie rozplanowane. Jeśli tę podstawę się położy, niewiele można zrobić. Zawalony termin wymusza rezygnację z czegoś, najczęściej z jakości. Można pisać, klepać na siłę, aż coś się z tego w końcu wyklepie. Cokolwiek, byle na czas. Ale czy to będzie dobre? Mała szansa. Ja nie uznaję takiej metody. Wychodzę z założenia że oddać mogę tekst, z którego jestem zadowolony, i tylko taki. Tak więc gdy minął termin, jest już za późno, kluczowe jest takie zorganizowanie pracy, zleceń i terminów, żeby do takiej sytuacji w ogóle nie dopuszczać. Freelancer sam decyduje kiedy i co może zrobić. Nie jest prosto odrzucać zlecenia, ale wolę jakiegoś nie przyjąć, niż położyć trzy projekty przez brak czasu i pracę po łebkach.
Kawa? Większość ludzi się nią wtedy ratuje.
Nie piję jej w ogóle, źle się czuję po kawie.
Jest Pan ciągle w podróży, organizuje wyprawy, wydaje portal internetowy, prowadzi program w telewizji i pisze książki podróżnicze...
...i prowadzę dwie firmy, szkolenia, mam audycję w radiu, piszę artykuły i robię wiele innych rzeczy. Na ostatnich wakacjach byłem cztery lata temu. I tak, ciągle jestem w podróży. Na szczęście moja praca jest moją pasją, więc to wszystko nie jest aż tak uporczywe.
Uporządkowany terminarz czy wszystko na biegu?
Uporządkowany i to bardzo. Ale to, że mój kalendarz jest taki uporządkowany nie znaczy, że nie robię wszystkiego w biegu. To właśnie napięte terminy zmuszają mnie do biegania. Dokładnie wiem, co będę robił półtora roku od dziś, bo z takim wyprzedzeniem mam zaplanowane nowe projekty. Jestem freelancerem, nie pracuję przy biurku ani na akord, a i tak muszę pilnować grafiku.
logo
Tomek Michniewicz Fot. archiwum prywatne

Cztery lata? Zastanawiam się, czy to się mocno odbija na formie?
Zdecydowanie. Dzisiaj w nocy wróciłem po 30-godzinnej podróży z Karaibów, bez snu, z nerwami przez opóźnione loty i odwołane promy. I wcale nie byłem tam na wakacjach, tylko w pracy, więc cały czas był stres, bieg. Jeśli człowiek daje z siebie wszystko, pracuje na 130 proc. normy i cały czas na najwyższym biegu, to musi się to odbić na formie, pojawi się wyczerpanie. Potem trudno sobie z nim poradzić, bo narasta jak kula śnieżna.
logo
Tomek Michniewicz Fot. archiwum prywatne
Dba Pan jakikolwiek sposób o "kondycję intelektualną"? Jakieś ćwiczenia na pamięć, koncentrację?
Mam bardzo dobrą pamięć i nie mogę na nią narzekać. Ale bardzo dbam o to, żeby ćwiczyć umysł, pobudzać go. Lubię zadania logiczne, szarady, gry strategiczne, grywam w pokera sportowego, w brydża. Dużo czytam. Uważam, że to bardzo potrzebne w mojej pracy. Zwłaszcza gdy się ma przed sobą czternastogodzinny lot.
Właśnie. Godziny w samolotach, zmiany klimatu, upały, często trudne warunki - bo jeździ Pan w różne rejony świata – też robią swoje.
Z tym akurat nie można sobie poradzić. Do tego trzeba się po prostu przyzwyczaić. Organizm uczy się szybko adaptować do nowych warunków, ale trzeba o niego zadbać: jeść o odpowiednich porach, nie odwodnić się, spać rozsądną ilość godzin. Wtedy jest mu łatwiej.
Zdarzyła się Panu kiedyś sytuacja, w której przytomność umysłu zawiodła na całej linii? Jakaś totalna klapa, spowodowana zaspaniem, brakiem refleksu, nieprzytomnością umysłu?
Owszem, i to właśnie teraz, na Karaibach. Miałem bilet na krótki, piętnastominutowy poranny lot międzynarodowy między wyspami. Wieczorem go sprawdziłem i rzuciły mi się w oczy dwie cyferki: siódemka i ósemka. Nie wiem jak, ale zakodowałem sobie, że mam ten lot o ósmej rano i oczywiście się spóźniłem, bo samolot odlatywał godzinę wcześniej. Pociągnęło trochę komplikacji, z piętnastu minut zrobiło się osiem godzin na lotniskach i dwie przesiadki. Tylko dlatego, że byłem już tak zmęczony i miałem tak przeładowane sensory, że przypałętał się prosty błąd. Freelancerowi trudno jest podjąć decyzję: dobra, teraz muszę odpocząć, nie przyjmuję zleceń. Ale to jest naprawdę koniecznie, nie da się pracować cały czas.