
W biznesie nie jest trudno się zajechać. Zniszczyć pracą. Unieszczęśliwić siebie i innych. Zawsze jest jeszcze jedna sprawa, którą trzeba podjąć. Zawsze można zrobić więcej, wyprodukować więcej, sprzedać więcej, wymyślić więcej. Rozdzielenie pracy i wypoczynku nie udaje się każdemu. Udaje się Jarosławowi Augustyniakowi - prezesowi Lion's Bank. Augustyniak realizuje cele biznesowe i kolejne, coraz ambitniejsze, sportowe.
REKLAMA
Ze sportem był Pan związany zawsze. Nawet w tych najtrudniejszych biznesowo dniach i miesiącach?
Jestem sportowcem amatorem. Profesjonalistą nie zostanę dopóki będę pracował, tak jak pracuję. Ale dużo trenuję. Robię siedem treningów w tygodniu. Ale o co w tym wszystkim chodzi zrozumiałem dopiero wtedy, gdy trafiłem na dobrego trenera. On mi wytłumaczył, nauczył.
O co więc chodzi w sporcie?
To dość filozoficzne pytanie.
Odpowiedział Pan sobie na nie?
Trener mi wyjaśnił, że chodzi nie tylko o radość, jaką sport daje. Także o to, jak się trenuje, co się je, jak się regeneruje. Można biegać, albo biegać. Ja sam przygotowałem się do maratonu bez żadnego trenera. Tak sobie biegałem i myślałem, że to fajne. Zobaczyłem jednak, że w tym samym czasie można podobnym wysiłkiem osiągnąć dużo więcej. Wystarczy robić trening z głową. Więc już nie jest tak, że biorę trampki i biegnę.
Do tego jednak potrzebny jest ktoś, kto ci wytłumaczy.
Podobnie było z jedzeniem?
Wydawało mi się, że dobrze się odżywiam, bo jem twarożek i piję mleko. Później się okazało, że nie do końca twarożek i mleko są mi do czegoś potrzebne. Zrozumiałem, że takie typowe polskie podejście do sportu daleko mnie nie zaprowadzi.
Jakie jest typowe polskie podejście?
Żeby się zarżnąć. Jak pływam, to dwa razy dziennie po sześć kilometrów. A potem? Fajna impreza z kolegami. Zjem dwie kaszanki, bo przecież za chwilę spalę. Wypiję piwo. Podejście niepolskie jest natomiast takie, że bardzo ważna jest regeneracja. Ważna jest intensywność. Treningi są krótkie, intensywne, techniczne. Jest czas na odpoczynek, na porządne jedzenie. 70% sukcesu to to, co jest po treningu. Jak szybko zregenerujesz organizm, żeby dalej trenować.
Co jest dla Pana ważne w sporcie?
Cel.
Wynik?
Stawiam sobie cel: na przykład że przebiegnę maraton w Londynie. Wchodzę, zapisuję się i mam cel. Mój cel powinien być konkretny. To jest lepsze niż w biznesie. W biznesie jest bardzo dużo czynników zewnętrznych. Jest bardzo wiele zmiennych. Wiele osób na to wpływa. Cel jest bardzo nieuchwytny. W sporcie natomiast możesz swoje cele rozpisać na konkrety. Kroczysz po drodze i robisz to, co trener ci powie, albo sam sobie wyznaczyłeś. Mam 42 lata i odkryłem, że jestem bardzo zadaniowy.
Słyszę przykrość w Pana głosie?
Może lepiej jest być spontanicznym? Ja mam tak, że stoję na trzech nogach: rodzina, sport, biznes. Jak mi się ten sport rozjeżdża, to wpływa to na wszystko pozostałe. Skończyłem niedawno zawody, miałem mieć kolejne, ale nie dałem rady. Coś tam sobie truchtałem, ale zobaczyłem, że różne obszary życia mi się rozłażą. Wtedy przypomniałem sobie, że muszę mieć cel i do niego dążyć.
Co to oznacza na co dzień?
Sport porządkuje czas. Wiem, że mam do zrobienia treningi, więc nie może mi w nieskończoność pęcznieć kalendarz. Pilnuję spotkań, terminów.
Lubi pan rygor.
Na wakacjach lubię luz. Ale jak jestem długo bez presji, to zaczyna mnie to drażnić. Coś mnie gryzie od środka. Dziś wstałem o 5.45, żeby zrobić trening. Wiedziałem, że mam długi dzień, że jak nie zrobię rano, to potem już nie dam rady.
Co Pana odróżnia od sportowego amatora – profesjonalisty?
Nie mam czasu na obozy sportowe. Na wakacje jeżdżę z rodziną. Nie mam czasu na dwa treningi dziennie, w pracy jestem o 9-tej, a nie w południe. To rysuje cienką linię między moimi 3.30 w maratonie, a facetem który biega w granicach trzech. Ja połówkę Iron Mana robię w 5.30. Oni w 4.30. To jest przepaść.
Pełny Iron Man to 10-12 godzin ciężkiego wysiłku. Czego uczy?
Walczy się samemu ze sobą. Ale jednocześnie nabierasz szacunku dla przeciwnika. Do ludzi, którzy biegną, płyną, jadą obok Ciebie. Uczysz się szacunku do przeciwników w biznesie. Rywalizujesz z nimi, ale wiesz ile ciężkiej pracy musieli wykonać, żeby być, gdzie są. Ile musieli poświęcić. To mnie także nauczyło bycia długodystansowcem, a więc cierpliwości. Start w zawodach składa się z wielu małych kawałków. Podobnie jest w biznesie. Efektu nie ma następnego dnia. Nie jest tak, że siadasz, wymyślasz i działa. Sport pomaga także zrozumieć siebie. Wiesz, jak reagujesz w nerwowych sytuacjach.
Nie ma Pan ochoty na jakieś typowe rozrywki milionerów? Golf? Jacht?
Byłem kilka razy na żaglach. Podobało mi się. Golf na pewno jest ciekawym sportem, ale nie wyobrażam sobie siebie z kijem na trawie. Nie czuję tego. Co do milionerów natomiast, to moim zdaniem światowym trendem jest, że oni potrzebują normalnego wysiłku fizycznego. Kiedyś bogaty 45-latek szukał domu w Toskanii, żeby wypić wino, poczytać książkę. Teraz ten sam mężczyzna szuka domu, wokół którego będzie mógł pobiegać, pojeździć na rowerze. Szuka aktywnego wypoczynku. Krzywa wieku się przesuwa.
Trzyma Pan dietę?
Był taki czas, że przywozili mi gotowe lunche. Teraz sam je sobie robię i jem przy biurku z pojemnika. Głównie jadam węglowodany. Makaron, trochę kurczaka. Był taki okres, że z budzikiem jadłem co trzy godziny. Z suplementów biorę tylko BCA na kolana. Czasem magnez. Ale nie analizuję bardzo dokładnie odżywiania. Ostatnio odstawiłem gluten. Nie jestem lżejszy, nie straciłem wagi, ale lepiej się czuję. Ludzie na spotkaniach śmieją się ze mnie, bo znany jestem z tego, że jem makaron palcami.
Nie raz i nie dwa musiał Pan w sporcie przegrać.
Dlatego sport polecam wszystkim. Lubię zatrudniać sportowców. W biznesie też masz dużo porażek. Coś ci się nie uda, odejdzie kluczowy pracownik, inny się nie sprawdzi, wprowadzisz produkt, którego rynek nie kupi. Jest wiele elementów, którymi możesz się załamać. Sport uczy, żeby się otrzepać i jechać dalej. Sport uczy ambicji, ale też systematycznej pracy. Bo może Ci się wydawać, że jesteś mistrzem świata. Aż spotkasz na ringu człowieka, po starciu z którym będziesz siedział w kącie i płakał.
Przedsiębiorca ma wakacje?
Są tacy, którzy nie mają nigdy. Inni wyjeżdżają, ale nie odcinają się od pracy.
Trzeba się tego uczyć?
Zapominać o pracy na urlopie uczyłem się 4 lata.
Tyle co nauka w liceum.
Teraz potrafię wyjechać na dwa tygodnie i nie pracować. Jakiś czas temu pierwszego dnia w Grecji rozbiłem komórkę. Codziennie chciałem jechać do miasteczka po nową. Ale tego nie robiłem. Przez dwa tygodnie byłem bez telefonu i maila. Było super.
Kiedy Pan stwierdził, że to jest lepsze niż ciągły zawodowy stres?
Po ośmiu latach budowania własnego biznesu i siebie.
To krótko, czy długo?
Ta nauka inaczej wygląda w przypadku przedsiębiorcy, inaczej w przypadku pracownika korporacji. W korporacjach ludzie na wysokich stanowiskach boją się uwolnić. Są przekonani, że muszą być. Bo inaczej przestaną być potrzebni. Przedsiębiorca tego nie ma. On jest firmą. Obawy, jakie ma są inne. O stabilność, płynność, klientów. Codziennie masz do podjęcia bardzo wiele decyzji, których nie podejmie nikt poza tobą. Nie zawsze są to decyzje bardzo ważne.
Co Pan robi, gdy jest odłączony?
Nie odpowiadam na telefony, maile, smsy. Obserwowałem kiedyś niemiecką rodzinę. Pan co chwilę sięgał na leżaku po BlackBerry. - Kurcze, człowieku – myślę. - Jaką to masz ważną sprawę, że akurat teraz musisz sprawdzać, czy dostałeś wiadomość, czy musisz odpisać. Rzadko są w biznesie decyzje, jakie musisz podjąć w tej sekundzie. Jeśli coś zaczeka parę godzin, parę dni, a nawet tydzień, to nic się nie stanie.
Może świat będzie wyglądał inaczej, gdy wrócimy z tej Grecji.
Nikt z nas nie jest prezydentem Stanów Zjednoczonych. Świat przetrwa jeszcze chwilę bez naszej uwagi. Mam znajomego, który przerwał wyjazd narciarski, żeby wrócić do Warszawy na ważne spotkanie. Jedziesz na siedem dni z rodziną, z czego trzy dni cię nie ma, bo się przebijasz do Warszawy. Ja prowadzę biznes 14 lat. Zdarzyło mi się raz przesunąć wakacje.
Ta nauka przyszła do pana wraz ze zdarzeniem typu: miałem zawał, muszę zwolnić?
Nie. Nic takiego się nie wydarzyło. Zadaniem managera jest zbudować biznes, który zarabia dla akcjonariuszy i pracowników. Żeby zbudować ten biznes musisz być wypoczęty. Nie zbudujesz takiego biznesu, jeśli będziesz w pracy po dwadzieścia godzin dziennie. Każda kolejna godzina jest coraz mniej efektywna. Ja mam najlepsze pomysły za granicą. Na luźnych wyjazdach typu skok do Londynu, weekend w Paryżu. Siedzę gdzieś zrelaksowany, piję kawę i nagle WOW! Mam pomysł.
W biurze trudniej o innowacyjność?
To sobie uświadomiłem. Nie ma też co się oszukiwać. Człowiek się starzeje. Organizm mówi: albo odpoczniesz, albo dłużej nie pociągniesz. To jest jak w sporcie. Organizm 20-30 latka regeneruje się dużo szybciej niż 40-latka. Ja trenuję od podstawówki.
Cały czas to samo?
Nigdy profesjonalnie, ale zawsze coś trenowałem. Judo, taekwondo, bieganie, crossfit, triathlon. Dwadzieścia lat temu robiłem dwa treningi dziennie i czułem się świetnie. Teraz jak zrobię porządny trening, to następnego dnia czuję go w nogach. Dziś przebiegłem 10 kilometrów i będę to czuł jeszcze pół dnia.
Podobnie jest z pracą?
Efektywność 30 latka jest dużo większa. Wolniej się męczysz niż 10 lat później. To jest ten bagaż doświadczenia, który targasz. Więc dorastasz do tego, że odpoczynek jest ci potrzebny.
Czy kiedykolwiek był Pan tak po amerykańsku dumny, że zrobił 100-godzinny tydzień pracy?
Nigdy tego syndromu pracoholika zaczynającego o 6, kończącego o 24 nie miałem. Dla mnie liczył się cel, a nie siedzenie w biurze. Gdy jesteś przedsiębiorcą, to bez różnicy, gdzie jesteś. Możesz być w samochodzie, w kinie, czytając gazetę myśleć cały czas o firmie. Na „workoholiców” patrzyłem z dystansem. Oczywiście nie będę czarował, że nie denerwuje mnie, jak ludzie o 15-stej wychodzą do domu. To mnie wkurza.
Nawet jeśli osiągają cele :-)?
Ja mam przez rodzinę wpojone, że obojętnie co mam do zrobienia, to muszę to osiągnąć ciężką pracą. Łatwo nic nie przyjdzie. Tego się trzymałem na każdym etapie życia.
Czy to był sport, czy to był biznes, czy to była nauka. Wolałbym pewnie mieć w sobie łatwość, wierzyć, że to przychodzi tak po prostu. Ale nie mam tego. Zawsze miałem przekonanie, że będę ciężko pracować, żeby do czegoś dojść.
Czy to był sport, czy to był biznes, czy to była nauka. Wolałbym pewnie mieć w sobie łatwość, wierzyć, że to przychodzi tak po prostu. Ale nie mam tego. Zawsze miałem przekonanie, że będę ciężko pracować, żeby do czegoś dojść.
Brakuje więc panu luzu.
Próbuję go znaleźć. Doskonale wiem jednak, że go nie mam. Od małego trzeba było ciężko zasuwać, żeby coś osiągnąć. Może z tego jest większa satysfakcja.
Czy jest Pan w stanie poradzić sobie z codzienną gonitwą myśli?
Z zaśnięciem nigdy nie miałem kłopotu. Wszędzie potrafię usnąć w pięć minut. Ale gdy obudzę się w środku nocy, to już nie zasypiam. Bardzo często mam okres nieprzespanych nocy. Budzę się i wiem, że nie ma sensu walczyć. Biorę książkę, czytam. Wtedy mam gonitwę myśli. Nie potrafię wyciszyć umysłu. W czwartym kwartale 2008 prawie nie spałem. Po pół godziny w nocy. Budziłem się i do rana byłem na adrenalinie.
