Reklama OLT Express
Reklama OLT Express Fot. Maciej Świerczyński / Agencja Gazeta

Zakładając firmę przedsiębiorca marzy o wielkim sukcesie, tysiącach klientów i milionowych dochodach. Czasami jednak ta popularność przysparza kłopotów, bo klientów jest zbyt dużo, a pracowników za mało, serwery zbyt słabe, a linia produkcyjna za mało wydajna. Historie kilku firm, które stały się ofiarami swojego sukcesu.

REKLAMA
Głośny start OLT Express, konkurencyjnej wobec LOT-u linii lotniczej, okazał się chyba zbyt głośny. Popularność tanich lotów między polskimi miastami jest tak duża, że firma nie radzi sobie ze sprawną obsługą klientów. Jak relacjonuje portal wyborcza.biz wiele lotów przewoźnika jest opóźnionych (29 procent z nich nawet powyżej 15 minut), a próbując dodzwonić się do call center trzeba uzbroić się w cierpliwość. Przedstawiciele firmy zapewniają, że niedługo kłopoty odejdą w przeszłość, bo poddostawcy usług przystosowują się do nowych zadań i systematycznie zwiększają swoje możliwości. Wkrótce ma też zwiększyć się załoga centrum obsługi klienta.
- Firma po prostu nie spodziewała się takiego wybuchu popularności - mówi naTemat Paweł Lipiec, redaktor prowadzący eCommerce.edu.pl, który zajmuje się między innymi start upami. - U pojedynczych klientów może pozostać niesmak, ale jeśli uda się z tymi problemami poradzić, to można to przekuć w sukces, mówiąc "nasz produkt jest super, nie spodziewaliśmy się takiego zainteresowania, ale udało nam się pokonać kłopoty" - mówi Lipiec.

Problem ze skalowalnością biznesu mamy wtedy, gdy dochodzimy do granicy, przy której nie opłaca nam się już obsłużyć kolejnego 1000 klientów. To znak, że biznesplan jest źle pomyślany i trzeba jak najszybciej zmienić go, bo bez tego firma po prostu upadnie

Podobny przypadek to Nasza Klasa (teraz działająca pod nazwą nk.pl), która w pierwszych kilkunastu miesiącach działalności nie była w stanie obsłużyć lawinowo rosnącego ruchu. Co prawda, firma od początku przynosiła dochody, ale były one zbyt niskie w porównaniu z potrzebami. A te były ogromne, bo serwery to jeden z najdroższych elementów internetowego biznesu. Gdyby założyciele serwisu - czwórka studentów Uniwersytetu Wrocławskiego - nie zdecydowała się na sprzedaż 20 proc. udziałów niemieckiemu funduszowi inwestycyjnemu, zabrakłoby im środków na kolejne serwery. Niewiele brakowało, a firma zawaliłaby się pod ciężarem własnej popularności.
Podobną drogę przeszedł internetowy gigant Google. Firma, która w trzech kwartałach zeszłego roku zarobiła prawie 3 miliardy dolarów, miała trudne początki. Larry Page i Sergey Brin, chociaż wynaleźli wspaniałą wyszukiwarkę internetową, nie wiedzieli jak na niej zarobić. Strona stawała się co raz popularniejsza, a co za tym idzie, konieczne były inwestycje w infrastrukturę. I gdyby nie finansowanie od tzw. aniołów biznesu, zapewne nie moglibyśmy dziś korzystać z narzędzi dostarczanych przez koncern z Mountain View.
Także Apple, firma niejednokrotnie uznawana za wzór skutecznego zarządzania i marketingu, musiała przesunąć aż o miesiąc światową premierę swojego iPada. Zaprezentowany wcześniej w Stanach Zjednoczonych tablet sprzedawał się tak dobrze, że zabrakło go dla klientów w Azji i na Starym Kontynencie. Produkt z charakterystycznym jabłuszkiem był wtedy jedynym takim urządzeniem na rynku, co zostało skrzętnie wykorzystane. - Jeżeli firma nie jest jedyna na rynku, to klient pewnie odejdzie do konkurencji. Jeśli jednak tylko ona dostarcza jakąś usługę albo produkt, może sobie pozwolić na utrzymywanie takiej sytuacji dłużej - mówi naTemat Grzegorz Marynowicz z serwisu MamBiznes.pl. Dodaje jednak, że w każdym takim przypadku źle świadczy to o zarządzających przedsiębiorstwem.
Tak jak stało się to w przypadku łódzkiego fryzjera Jarosława Budnego. Przedsiębiorca postanowił przyciągnąć nowych klientów przez Groupon - działający w Polsce amerykański serwis zakupów grupowych. Dzięki temu, że za pośrednictwem strony internetowej tą samą usługę kupują dziesiątki, a nawet setki użytkowników, jej handlowcy mogą wynegocjować u przedsiębiorców znaczące rabaty. Tak było też w tym przypadku - za mycie, strzyżenie, stylizację i refleksy klientka musiała zapłacić zaledwie 29 złotych. Nie byłoby tragedii, gdyby z promocji skorzystało 100 czy dwieście osób. Jednak Budny nie ograniczył liczby kuponów i Groupon sprzedał ich aż 1626. To doprowadziło jego salon niemal do bankructwa, a stałe klientki przeszły do konkurencji, bo nie mogły znaleźć dogodnego terminu wizyty.
- To akurat nie jest przykład źle skalkulowanego biznesplanu w ogóle, ale po prostu zła kalkulacja oferty. Przedsiębiorca założył, że obsłuży na przykład 1000 klientów miesięcznie, a tu nagle sprzedaje 10 tysięcy kuponów rabatowych. W dodatku z terminem realizacji jednego miesiąca, zamiast na przykład pół roku - mówi Paweł Lipiec, bloger naTemat.
Przedsiębiorców, którzy "złapali się" na czar Groupona będzie pewnie więcej. Tak samo jak zapewne nieraz zdarzy się, że startująca firma będzie musiała zmierzyć się z niespodziewanym zainteresowaniem klientów. Tylko od jej szefów będzie zależało, czy uda jej się przezwyciężyć kłopoty i pójść drogą Naszej Klasy czy Google. A czy Wam zdarzyło się stać w kolejkach, bo młoda firma nie była w stanie poradzić sobie z nadspodziewaną liczbą klientów?