
Czasy takie, że robić trzeba dużo, szybko i małym kosztem. Rozwiązania rodem z chińskiej fabryki świetnie sprawdzają się podczas robienia... selfie.
REKLAMA
Było już "sellotape selfie", czyli robienie sobie zdjęcia w obklejonej twarzy przeźroczystą taśmą, było nawet "selfies with homeless", czyli fotka z bezdomnym. Ba, my nawet na czas jakiś porzuciliśmy modę na robienie tego typu zdjęć, a wyjątkowe chwile zaczęliśmy rejestrować za pomocą... dronów. Okazuje się jednak, że moda na autoportrety nie przeminęła, ma się bardzo dobrze, a jej odmiany wciąż zaskakują. Ta, która narodziła się w Stanach, trzeba przyznać, jest hmm... ciekawa?
Na świecie coraz lepiej ma się "Selfie line". To nic innego, jak zdjęcie z ulubionym aktorem, piosenkarką, artystą rządzącym masową wyobraźnią. W końcu - gwiazdą internetu czy modową blogerką. Na czym jednak niezwykłość tego selfie polega? Otóż idzie o czas i precyzyjnie wykonane zdjęcie. Oraz ilość osób, które w danym momencie chcą zrobić sobie "spontaniczną" fotkę z idolem.
Fani, czy to na koncercie czy premierze filmu, ustawiają się w rzędzie, każdy z nich wyciąga smartfona i... czeka. Artysta, niczym przy taśmowej produkcji, podchodzi do każdego z fanów i robi szybkie, ale wykonane z precyzją selfie. Trzeba jednak dobrze wyczuć sytuację, bo przechadzający się gwiazdor nie będzie czekać w nieskończoność. Grupowe polowanie na fotkę na przykład z Justinem Bieberem budzi mieszane uczucia. Górę w ostateczności bierze... zażenowanie. "Selfie line" jest także porównywane do zdobywania autografów, gdzie grupka oddanych wielbicieli czeka na podpis artysty, a gdy ten się pojawia, od ręki rozdaje kilkanaście podpisów. Czasy się zmieniły.
